Przyszłość social media

Właśnie dzieje się to, co duża część osób zajmująca się mediami społecznościowymi przepowiadała jakieś dwa, nawet trzy lata temu. Powoli odchodzimy od globalnych, olbrzymich sieci społecznościowych, a nasze aktywności kierują się w stronę mniejszych, ale bardziej ze sobą zżytych wspólnot opartych o geolokalizcję. Mimo to sądzę, że Facebook się i tym razem wybroni.

Czytaj dalej

Narzędzia dla content designera

Każdy community manager czy content designer potrzebuje kilku narzędzi, żeby dobrze wykonywać swoją pracę. Liczba tych narzędzi powiększa się, gdy w CV brakuje umiejętności korzystania z programów graficznych. Poniżej zestaw darmowych, prostych w użyciu narzędzi, które powinny pomóc początkującym social media ninjom.

Czytaj dalej

Cechy content marketingu

Jestem ortodoksem jeśli chodzi o content marketing. Prowadzę swoją małą, prywatną wojnę o to, żeby to pojęcie było oznaką porządnie planowanych i przeprowadzanych działań promocyjnych, a nie tylko kolejną modą i trendem. Taką, jaką były media społecznościowe. Dlatego też marketing treści powinien przede wszystkim uczyć, odpowiadać na pytania oraz inspirować.

Czytaj dalej

Why so forex?

Dlaczego spekulacja na rynku Forex jest tym, co tygryski lubią najbardziej? Czego nauczyłem się podczas miesiąca grania? Czym się różni od hazardu? Poniżej moja opinia, czyli osoby, która wciągnęła się w rynek, ale wie, że czekają ją jeszcze miesiące praktyki, zanim osiągnie sukces.

Jeśli ktoś rynkiem Forex zajmuje się zawodowo, to musi być jedna z najtrudniejszych, a zarazem najbardziej pasjonujących prac. Nawet pomimo tego, że 8h dziennie siedzi się przed monitorem komputera, tabletu… czasami obu na raz. A zwłaszcza, jeśli uwielbiał strategie (lub dalej uwielbia) typu Panzer General, w których musi  szybko analizować każdy swój ruch i jednocześnie przewidywać kolejny ruch przeciwnika.

W Forex Twoim przeciwnikiem jest wykres otwartej przez Ciebie pozycji. Na jego kształt wpływają decyzję tysięcy graczy na całym świecie, rządy krajów oraz decyzje wpływowych banków centralnych. Twoje pieniądze nigdy nie będą miały większego wpływu na wykres niż milionowa część procenta. Tak więc płyniesz z tym prądem (co jest najbezpieczniejsze) i czekasz na dogodny moment, żeby z niego się wyłamać. Takimi momentami są dane gospodarcze oraz ważne momenty, które odczytujemy z historycznych danych wykresu.

To jest właśnie to, co odróżnia Forex od hazardu. Jeśli chcesz osiągnąć sukces musisz mieć wiedzę i śledzić dane z rynku. Oczywiście możesz spekulować bez tego, ale gwarantuję Ci, że szanse są nawet mniejsze niż w kasynie (poza tym w kasynie jest przyjemniej). Dodatkowo hazard nie wymaga od gracza tak istotnych na Forexie cech jak sumienność i dyscyplina.

I właśnie wyżej wspomnianą sumienność i dyscyplinę można ćwiczyć spekulując na rynku Forex. Samobójstwem jest zostawianie otwartych pozycji bez ustawionych tak zwanych stop lossów (automatycznych zleceń zamknięcia pozycji, gdy zaczyna przynosić duże straty).

Poniżej trochę statystyk z mojego konta:
liczba zawartych transakcji (otwartych pozycji): 90
zyskowne transakcje: 56,6 proc.
transakcje kupna: 61,1 proc.

Najczęściej zawierane pozycje (rodzaj, liczba, procent zyskownych transakcji):
EUR/USD, 20, 60 proc.
USD/JPY, 18, 61,1 proc.
USD/CAD, 14, 57,1 proc.

Pomimo tego, że ponad 50 proc. moich transakcji było zyskownych, to i tak jestem stratny ponad 5 tys. złotych na koncie. Wszystko za zaprawą jednej pozycji GBP/USD, którą musiałem zamknąć ze stratą aż 6,5 tys. Wszystko przez podstawowy błąd w myśleniu zarówno uczestników rynku Forex, jak i graczy w kasynie: „kiedyś musi się odbić”.

Dlatego też, każdego kto chce zacząć przygodę z rynkiem Forex zachęcam do 2 rzeczy.

1. Otwarcia najpierw konta/rachunku demo, gdzie nie obracamy prawdziwymi pieniędzmi. Ja grałem na koncie od X-Trade Brokers.
2. Uczestniczenia w webinariach i uczenia się od doświadczonych osób. Wierzcie mi, lub nie, ale czasami jedna linia narysowana na wykresie przez doświadczonego tradera może Wam otworzyć oczy na wiele rzeczy. Zapraszam do Akademii Forex.

::

Macie doświadczenia na rynku Forex? Opiszcie je w komentarzach! Mam jeszcze kilka książek „Forex dla bystrzaków” do rozdania!

Wpis o niczym

Siedzę sobie z Troyannem w kawiarni na Powiślu. Kawiarni jakich wiele. Maciek pisze na swoim ajMaczku wpis na blogaska. Zrobiło mi się głupio, gdy zdałem sobie sprawę, że w tym czasie bezproduktywnie przeglądam strumień spamu na Facebooku. Postanowiłem też coś skrobnąć… tak powstał wpis o niczym.

Bo co? Opiszę jak mi smakowała mrożona mocha (zanim pomyślałem o zrobieniu foci na Insta już ją wypiłem)? Zdam relację z miejsca i jakości obsługi? Cholera. Nigdy o tym nie pisałem, więc nie byłbym rzetelny. Poza tym nie jestem regularnym bywalcem dziesiątek takich miejsc w miesiącu. Potem naszła mnie kolejna myśl. Znajomy bloger opisał jak promować w social media hotele. Może pierdolnę notkę o tym, jak powinny się promować kawiarnie? Temat całkiem, całkiem… ale czy kiedykolwiek zajmowałem się promocją takowych? Raczej nie. Może jak będę prowadził jakiś mały coffee shop na warszawskiej Pradze to się skuszę.

Cholera. Przy drzwiach stoi urocza blondynka w mini. Paczy sobie co ja tam skrobię i bawi się włosami. Cwana ma okulary przeciwsłoneczne więc nic z jej oczu nie wyczytam. No, ale może będzie dla mnie inspiracją? W końcu mam doświadczenie w kontaktach z kobietami (jak niemal każdy mężczyzna powyżej 18 roku życia). Trzasnę coś o tym jak postępować z kobietami, czemu są takie wspaniałe i w ogóle. Tylko kurde gdzie ja tam upcham marketing i social media? Zresztą pewien czas temu pisałem o podrywie na Facebooku, więc trzeba jeszcze trochę odczekać.

A może na szybkości ogarnę wywiad z Maćkiem? Ale jak mu to zaproponowałem to zrobił taką minę:

No to chociażby jakiś mały poradnik w 7,9 lub 13 punktach. Jak zachować się w kawiarni? 11 sposobów na zagadanie do dziewczyny. 3 i pół wskazówki jakie zdjęcia wrzucić na Tindera, żeby mieć więcej trafień (sic!). W sumie może ktoś to nawet przeczyta, zainspiruje się, skorzysta. Ale czy to nie jest tak, że każdy z nas, niezależnie od tego czy jest, czy nie jest blogerem, może takie poradniki trzaskać?

I tak, rozkminiając o czym mogę napisać, powstał ten wpis. Wpis o niczym ;-)

SuicideGirls: social media z tatuażami

 

Serwis społecznościowy, który utrzymuje się w dużej mierze z opłat członkowskich, u jego podstaw leży user generated content i uskuteczniał content marketing zanim to było modne? Jeśli znasz głównie Facebooka, Twittera czy Instagram może wydawać Ci się to niemożliwe. A jednak. Takie właśnie jest SuicideGirls.com!


Czym jest SuicideGirls.com? Jest wspólnotą ludzi o bardzo konkretnych zainteresowaniach i specyficznym guście jeśli chodzi o kobiece piękno (guście, który również ja podzielam). Głównymi treściami jakie znajdziecie na serwisie to erotyka w klimatach pin-up, gotyk, punkrock – czyli dużo tatuaży, kolczyków, tuneli i grzywek.

Oprócz treści w postaci zdjęć i wideo, każdy użytkownik serwisu, może pisać bloga czy brać udział w dyskusjach na forum. Jest też sklep online, który oferuje ubrania i gadżety z brandem SuicideGirls.

Źródło: www.facebook.com/SuicideGirls

Modelki SuicieGirls

Jednak najważniejsze są kobiety, które mogą pochwalić się mianem modelek SuicideGirls. W chwili obecnej tego zaszczytu dostąpiło ponad 2600 wytatuowanych dziewczyn z całego świata. Są one gwiazdami serwisu, mają najwięcej followersów (taka funkcja też istnieje), a jeśli ich sesja zdjęciowa trafi na główną stronę dostają 500 dolarów.

- Pierwszym krokiem do zostania SuicideGirl jest wypełnienie zgłoszenia na suicidegirls.com/model
- mówi Selena Mooney, założycielka serwisu w mailowym wywiadzie dla Whysosocial.pl. - Wymagamy, aby nasze modelki miały przynajmniej 18 lat. Szukamy dziewczyn, które są pewne siebie i mają predyspozycje do bycia SuicideGirl. Nie wymagamy tatuaży czy piercingu, jednak są one mile widziane.

Najlepiej sens słów Seleny tłumaczy wideo promocyjne, do którego obejrzenia gorąco zachęcam ;-)

Spytałem założycielkę serwisu również o to, czym jest serwis dla jego użytkowników i modelek.
- Dziewczyny SuicideGirl mają przede wszystkim radość z pozowania do zdjęć, poznawania nowych osób dzięki serwisowi, który jest pełny wspaniałych, wspierających ludzi – mówi Selena. – Większość modelek odpowiada bez zastanowienia, że ich ulubionym benefitem przynależności do społeczności jest zawieranie nowych przyjaźni. Wiele z nich bierze też udział w konwencjach tatuażu, komiksów, podróżuje, gra w teledyskach albo uczestniczy w innych projektach.

Na serwisie nie znajdziecie też reklam, co moim zdaniem jest jego ogromną zaletą. Głównym źródłem utrzymania  są opłaty członkowskie (12 dolarów za miesiąc lub 48 za rok). Potwierdza to Selena:
- Serwis utrzymuje się z kilku źródeł, a opłaty członkowskie są jednym z ważniejszych. Model biznesowy bardzo się zmienił od momentu powstania strony – nie przypuszczaliśmy, że media społecznościowe będą miały tak ogromny wpływ na internet! Wydaliśmy też wiele książek, komiksów, filmów oraz mamy własną, podróżującą grupę burleski!

Burleska w klimatach Gwiezdnych Wojen. Źródło: facebook.com/SuicideGirls

Historia i zasięg SuicideGirls.com

SuicideGirls.com powstał niemal 13 lat temu (wrzesień 2001) w Portland z inicjatywy Seana Suhla oraz wspomnianej już Seleny Mooney. Obecnie siedziba znajduje się w Los Angeles. Poniżej kilka kluczowych statystyk dotyczących serwisu i jego obecności w mediach społecznościowych:

- ponad 5 mln odwiedzających miesięcznie
- ponad pół miliona użytkowników z kontami 
- 51 proc kobiet
- wiek 18-24 58 proc., 25-34 34proc., 35+- 8 proc.
- ponad 6,1 mln fanów na Facebooku
- 1,5 mln obserwujących na Instagramie
- zdjęcia obrandowane logiem SuicideGirl docierają każdego dnia do 10 mln osób
- na stałe w serwisie pracuje 15 osób. Poza tym w treści tworzone przez serwis zaangażowanych są setki fotografów, modelek oraz miliony fanów, którzy są olbrzymią częścią jego sukcesu.

Wśród SG są również dziewczyny z Polski. Oto jedna z nich – LAF
Źródło: www.facebook.com/aleksandrawydrychphotography

Wspólnota, nie społeczność

Cechą charakterystyczną serwisu jest to, że skupia osoby o bardzo konkretnych zainteresowaniach. Nie ma raczej w nim osób z przypadku – zawdzięcza to głównie płatnemu członkostwu. Więzi pomiędzy poszczególnymi użytkownikami są bardzo mocne, mocniejsze niż w przypadku największych serwisów społecznościowych. Dlatego SuicideGirls możemy spokojnie nazwać wspólnotą, a nie społecznością.
Serwis jest też tak na dobrą sprawę platformą blogową. Więc każda z modelek (jak i zwykłych użytkowników) zamieszczając zdjęcia, wideo czy wpisy prowadzi swojego bloga.
Czy przyszłość mediów społecznościowych będzie należała właśnie do takich serwisów? Jak uważacie?

Jak prowadzić fan page?

Amerykańskie serwisy aż kipią od tego typu treści. Problem w tym, że od kilku miesięcy, z powodu spadającego zasięgu wpisów, wskazówki w nich zawarte są coraz mniej skuteczne. Trzeba ugryźć temat z zupełnie innej strony, co też uczyniłem w poniższym wpisie.

Czytaj dalej

Smutny autobus dzieli branżę

Branża podzieliła się na dwa skrajne obozy. Wszystko dzięki kreacji wideo od agencji K2 przygotowanej dla Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Chciałbym trochę na bok odstawić to, czy kampania jest dobra, czy zła. Ciekawsze są obserwacje ludzi komentujących Smutny autobus.

Opinia jest jak dupa – każdy ma swoją. Wiem, wiem. Powtarzam się znowu, ale powoli przestaję walczyć z, i o dupy innych. Zwłaszcza, że żyjemy w czasach Web 2.0. gdzie każdy kto umie włączyć komputer może być specjalistą od kurwa wszystkiego.
Podobnie jak mamy niemal 40 mln trenerów i specjalistów od piłki nożnej, tak mamy też 40 mln specjalistów do spraw reklamy i marketingu. No bo przecież skomentowanie reklamy na zasadzie podoba mi się/nie podoba mi się nie wymaga wiedzy i doświadczenia. I podobnie jak nasza reprezentacja spada na pysk w rankingu FIFA, tak i z Cannes przywozimy coraz mniej nagród.

Kto hejtuje „Samotny autobus”? Samozwańcze, pseudogwiazdki marketingowego świata. Gwiazdki, które w życiu nie przyłożyły chociażby pół palca do kreatywnej i nagrodzonej kampanii reklamowej. Gwiazdki, które połowę swojego czasu spędzają na pisaniu wpisów na Facebooku lub wymyślaniu wpisów na swoim blogasku. Reszta hejterów to typowe polaczki.

Postanowiłem spytać się o opinię na temat kontrowersyjnej kreacji kilku osób, które w kreacji siedzą od kilku lat i zjadły sobie zęby na briefach od klientów. I to nie byle jakich klientów i w nie byle jakich agencjach! Są to osoby, które na co dzień pracują w najlepszych polskich agencjach reklamowych. Co się okazuje? Zupełnie inaczej oceniają „Smutny autobus”, doceniając w pierwszym rzędzie fakt, że film jest viralem. Poniżej przedstawiam komentarze tych osób (autorzy chcą pozostać anonimowy z różnych względów).

Ja to lubię. Miał być viral i jest – nie wiem czy nie najbardziej rozprzestrzeniający się w historii polskiej reklamy*. Brawo. Wg mnie odbiór kampanii świadczy  tylko o społeczeństwie i jego zdolności rozumowania i wyciągania wniosków. Co zabawne autobus i jego bezrefleksyjny odbiór ma wiele wspólnego z tzw. „Aferą podsłuchową”. Brawo dla K2.

*po dwóch dniach wideo ma 300 tys. wyświetleń na Youtube. Stosunek ocen pozytywnych do negatywnych: Podoba mi się1 667 doNie podoba mi się5 053

Super, że wywołano emocje, prawdziwy wiral, tylko zabraklo jakiejś konferencji prasowej czy odkręcenia komunikatu (troche jak w akcji Bentley Burial)

Dwie branże

Jaki wniosek się nasuwa? Mamy dwie „branże”. Jedną skoncentrowaną wokół uznanych agencji reklamowych, gdzie na kierowniczych stanowiskach pracują ludzie, którzy mają mówiąc wprost wyjebane, bo są pewni swojej wartości. Drugą w formie interaktywnego wrzodu powstałego podczas boomu na media społecznościowe. Charakteryzuje się potrzebą pokazania własnej wartości oraz przerostem formy nad treścią. Branża numer jeden, nazwijmy ją „reklamową”, ma w swoich szeregach specjalistów z kilkunastoletnim stażem. Tam też przechodzą miliony złotych budżetów każdego roku (w niektórych przypadkach nawet dziesiątki milionów). Druga („interaktywna”) swoją wiedzą i doświadczeniem jest bliższa przeciętnemu Kowalskiemu, który porządnego i wymagającego briefu nawet nie powąchał.

Całkiem ciekawa dyskusja odbyła się również pod postem, który zamieściłem na swoim profilu.

Hejtować, czy nie hejtować

Na deser zaserwuje Wam moją ocenę kampanii – liczę, że zostanie zgłoszona na kilka festiwali w Polsce i za granicą.
Długo można rozprawiać o jej elementach, więc skupię się na tych dla mnie najważniejszych.

Po pierwsze spot wykorzystuje mechanizm „huśtawki emocjonalnej”, która wpływa na zapamiętywanie informacji albo nasze decyzje. Wbrew temu co „specjaliści” z branży interaktywnej sądzą, nie mamy zapamiętać adresu aplikacji, ale mieć świadomość o zagrożeniu jakie niosą za sobą niesprawne pojazdy. Rodzicowi wsadzającemu pociechę do autokaru powinna zapalić się lampka ostrzegawcza. Adres aplikacji i strony znajdzie sobie w telefonie w 30 sekund dzięki wyszukiwarce.
Po drugie czas wypuszczenia wirala jest idealny – koniec czerwca, czyli koniec roku szkolnego i początek wyjazdów na kolonie, obozy itp.
Po trzecie – jeden z branżowców zwraca uwagę, że kreacja wykorzystuje elementy z popularnych i nagradzanych w Cannes kampanii. So fucking what? Jak czerpać to od najlepszych. Poza tym niemal niemożliwe jest wymyślenie czegoś totalnie nowego w świecie reklamy i marketingu. Proces teamu kreatywnego zaczyna się od zrobienia reaserchu kampanii dla podobnego produktu/usługi/idei.

Na stronie Brief.pl zamieszczony jest też komentarz Arka Szułczyńskiego, dyrektora kreatywnego K2:

„Wiemy, że najlepiej oddziaływają silne emocje. Wywoływanie pozytywnych uczuć do antybohatera jest zabiegiem, który niejednokrotnie w historii reklamy potrafił skupić uwagę widza. Reklamy tego typu zawsze polaryzują publiczność. Chcieliśmy zderzyć sentyment i ciepłe uczucie z bardzo realistyczną odpowiedzialnością rodzicielską. W taki sposób stworzyliśmy zdezelowany Smutny Autobus jako przeciwwagę do nowego i przede wszystkim sprawnego pojazdu. Wierzymy, że poprzez kontrowersyjną historię komunikat na stałe zapadnie w pamięci. Pragniemy wesołych, nowych, bezpiecznych autobusów na drogach. Pragniemy bezpieczeństwa dla naszych dzieci i dla nas samych.”

Jak widać cel został osiągnięty, a założenia kampanii były słuszne.
Osobiście bardzo kibicuje „Smutnemu Autobusowi” i jestem ciekaw jak zostanie oceniony przez cały świat, a nie tylko nasze małe, pełne głośno szczekających ratlerków podwórko.

Public relations kuleje

Po ponad roku pracy w mediach mogę zmierzyć się ze stanem public relations w polskiej branży. Oceniając pijar w skali szkolnej nie mogę dać wyższej oceny niż 3 minus. Dlaczego? Ponieważ nie nadąża za zmieniającym się światem i rozwojem technologii.

Powstały setki, jak nie tysiące definicji pijaru. Jednak ich wspólnym elementem jest stwierdzenie, że pijarem nazywamy komunikowanie się instytucji/podmiotu/osoby z wybraną częścią otoczenia. Dlaczego warto wyróżnić konkretne części? Ponieważ marka inaczej będzie komunikowała się z klientami, a inaczej z partnerami biznesowymi czy inwestorami, a jeszcze inaczej z mediami.

Właśnie komunikacja z tą ostatnią grupą jest mi najbliższa. Z jednej strony cieszę się, że dalej utrzymuje się schemat „podmiot -> media -> grupa celowa”. Z drugiej natomiast niepokoi mnie fakt, że jest on tylko pozorny. Decydując się na medium marki głównie patrzą na jego zasięg, a nie grupę celową. Zasięg ma sens wyłącznie jeśli chcemy dotrzeć do szerokiej grupy konsumentów, bez konieczności szczegółowego określania ich demografii, zainteresowań itp. Gdy naszym celem są natomiast inwestorzy, czy partnerzy biznesowi to nie możemy liczyć na zasadę „ślepej kurze ziarno” – a tak się niestety dzieje.

Pijar w Polsce jest słaby

Zapewne wiele osób się z tą oceną nie zgodzi. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że będą to osoby, dzięki którym oceniam pijar nad Wisłą na 3-, a nie na 2.  Powodów mojej oceny jest kilka. Pierwszym jest stosowanie nieodpowiednich narzędzi.

Wysyłanie maili do baz setek adresów i obdzwanianie odbiorców to zło. I strata czasu. Dziennikarz (pracownik mediów) otrzymuje przynajmniej kilkadziesiąt (jak nie kilkaset) maili dziennie. Tego samego dnia zamieści góra 3 informacje na stronie WWW lub napisze jeden tekst do papieru. Jak widać wysyłka pijarowca ma 3 proc. szans na publikację. Oczywiście jeśli wyśle do bazy 300 adresów może liczyć, że ktoś się zainteresuje i umieści. Ale czy to ma sens?
Później następuje obdzwanianie, najczęściej przez juniorów lub stażystów. Dziennikarz sam się odezwie jeśli będzie potrzebował uzupełnienia, czy dodatkowych informacji. Dzwoniąc do niego tracimy czas, który lepiej przeznaczyć na przygotowanie lepszej i ciekawszej informacji.

Gdzie budowanie relacji z przedstawicielami mediów? Gdzie dialog? Jak te działania mają się do definicji? Media i pijar powinny współpracować. Na szczęście mam przyjemność pracować z kilkoma przedstawicielami tej profesji, którzy to rozumieją, wiedzą jak działać. Jednak jest to nadal kropla w morzy.

Do pijaru nie potrzeba umiejętności

Jest to przerażające! Wystarczy, że ktoś nie jest introwertykiem, umie napisać parę zdań (i to nie zawsze) i potrafi wysłać maila z załącznikami. Nie trzeba mieć wiedzy, twardych umiejętności. Czasami nawet załączenie plików sprawia problem bo dostaję zdjęcia w treści maila, albo wklejone w beznadziejnej rozdzielczości w plik word. Karierę w pijarze rozpoczyna się jak telefoniczny sprzedawca oferty telekomunikacyjnej. To ja już chyba wolałbym parzyć kawę jakiemuś kreatywnemu w agencji reklamowej!

Całe szczęście, że są takie narzędzia jak Prowly, które w jakiś sposób wprowadzają porządek i niejako wymuszają pewne standardy.

Klient każe, pijar robi

Mam wrażenie, że agencje pijarowe robią to, co każe im klient i nic więcej. Nie wychodzą z inicjatywą, nowymi pomysłami… albo są one zabijane z miejsca. Dla klienta liczy się liczba wzmianek w prasie, internecie czy telewizji. Dochodzi do chorych sytuacji, gdy zadaniem działu PR jest wysyłanie notek o tym, że marka ma nową stronę WWW albo wypuściła nowy spot reklamowy. Do jasnej cholery! Gdzie w takim działaniu jest budowanie relacji z otoczeniem? Jeśli chcecie, aby było dużo wejść na stronę, albo obejrzeń spotu to zainwestujcie w reklamę.

Agencje oczywiście pochylają głowę i nie walczą z klientem, nie edukują w obawie o stratę budżetu. A co najgorsze nie są w stanie powiedzieć klientowi, że to co robi nie jest seksi i wszyscy będą to mieli w głębokim poważaniu nieważne na ilu portalach zostanie to zamieszczone.

Na bakier z nowymi trendami i technologiami

Dobry pijarowiec działający w obrębie internetu powinien znać podstawy kodowania i pozycjonowania. Na stronach internetowych możemy dokonywać cudów: embadować animowane wykresy, wideo, wpisy z Twittera i Facebooka (nie zrzut ekranu, ale rzeczywisty wpis, który będzie się uaktualniał), Google Maps i wiele, wiele innych rzeczy, które sprawią, że treść będzie ciekawa dla czytelnika.
Podstawowa wiedza o pozycjonowaniu przydaje się w pisaniu treści na strony WWW. Po pierwsze totalnie nie zrozumiałe jest wysyłanie i zamieszczanie tej samej treści na kilku portalach czy serwisach. Media, które tak robią same sobie szkodzą – Google zmniejsza ich ranking, ponieważ uważa, że dana strona powiela czyjąś treść zamiast tworzyć własną. Media, które zdają sobie z tego sprawę zmieniają przynajmniej tytuł i lead. Po drugie notorycznie dostaję notki, informacje, propozycje artykułów, których tytuł nie zmieściłby się w jednym tweecie – bardziej nadaje się na lead. Dziki pęd na zamieszczenie jak najwięcej informacji w tytule, jednak większość stron nie wyświetla ich nigdy w całości.

Tekst i tak jest już tl:dr więc nie będę wyciągał kwiatków jakie miałem przyjemność zobaczyć w wysyłkach czy kontaktach z działami public relations różnych firm czy agencji. Chciałbym tylko, żeby dwa Lwy w Cannes w kategorii PR, które zdobyły polskie zgłoszenia w tym roku, nie zaciemniły ogólnego obrazu tej profesji w naszym kraju…

::
Photo by Stuart Miles