Changebook czyli co tam nowego na fejsiku

Ostatnio, niemalże codziennie pojawia się jakaś nowość na naszym ulubionym portalu społecznościowym. Podejmę się próby wylistowania wszystkiego co ostatnio Mark nam zaserwował. Pewnie i tak wiele rzeczy pominę :P

Się dzieje.

- 11 marca oficjalnie pożegnaliśmy stare fanpage. Już nigdy nie będzie wspaniałych, widocznych, szarych zakładek . Teraz fp są podobne do profili użytkowników. Wiele osób narzekało, ale już wszyscy się do tego przyzwyczaili.

- skoro zmieniliśmy fp to czemu nie pozmieniać profili osobowych? I stało się. Teraz wyglądamy jak wizytówki. W polu wielkości około 480x200px zawarta jest esencja z człowieka. Wiele osób narzekało, ale już wszyscy się do tego przyzwyczaili.

- skoro mamy profile osobowe podobne do fanpage’y to czemu tych pierwszych nie konwertować na te drugie bezboleśnie? Najpierw zasypujemy random ludzi tysiącem zaproszeń do znajomości, a gdy osiągamy magiczną liczbę 5k znajomych przemieniamy się w fanpage. Trochę posiedzimy i mamy fanów, którzy kosztowaliby nas ponad 15k zł (biorąc pod uwagę dzisiejszą cenę reklamy CPC w Polsce na poziomie 0,32USD).
Teoretycznie to się Markowi nie opłaca… ale wszyscy się pewnie do tego przyzwyczają.

- paskudne wyświetlanie zdjęć na czarnym tle to moja „ulubiona” zmiana ostatnimi czasy. Wiele osób narzeka, ale się do tego przyzwyczaja.

- żeby developerzy nie czuli się osamotnieni to im też uprzykrzymy życie żegnając xfbml, a witając iframes. Wielu developerów będzie narzekało, ale się przyzwyczają. Chociaż żeby nie było, że znowu marudzę, to tą zmianę akurat uważam za coś fajnego in plus.

Dodajmy jeszcze takie szczegóły jak wprowadzenie statusu „w związku homoseksualnym” (niestety jeszcze nie w średniowiecznej Polsce), raport na temat osoby, która nas zaprosiła, nikomu nie potrzebne info o losowych zmianiach statusów naszych znajomych – sprzed powiedzmy np. 8 miesięcy, wejście (w końcu) w naszym „może_nie_aż_tak_średniowiecznym_kraju” facebook places…

ufff. I tak pewnie parę rzeczy pominąłem, no ale ostatnie 2 miesiące były dosyć intensywne.

No i pamiętajmy że lada tydzień będziemy mieli możliwość ścisłej integracji ze skype i tworzenia wideokonferencji na facebook.com ;)

Quo vadis facebooku?

Mam nieodparte wrażenie, iż wszystkie te zmiany są częścią jakiegoś większego planu, którego nie ogarniamy bo jesteśmy zbyt zajęci swoimi tablicami.

Podobno Mark nonstop zleca badania na temat postrzegania swojego kochanego tworu, jakieś tam eyetrackingi i inne neuromarketingowe badania. Ile w tym prawdy nikt nie wie.

Nie ulega jednak wątpliwości, iż facebook jest wspaniałym narzędziem w rękach konsumentów. Narzędziem dzięki któremu mogą wpływać na swoją ulubioną markę (sprawa loga GAP i niedawny mur służewiecki spod pędzla adisucks). Tylko czemu nie możemy wpływać na facebook’a?! Możemy co najwyżej ponarzekać, a potem…. zgadłeś Drogi Czytelniku…. możemy się przyzwyczaić.

A na koniec zagadka: Znajdź 3 różnice

Changebook czyli co tam nowego na fejsiku

Ostatnio, niemalże codziennie pojawia się jakaś nowość na naszym ulubionym portalu społecznościowym. Podejmę się próby wylistowania wszystkiego co ostatnio Mark nam zaserwował. Pewnie i tak wiele rzeczy pominę :P

Się dzieje.

- 11 marca oficjalnie pożegnaliśmy stare fanpage. Już nigdy nie będzie wspaniałych, widocznych, szarych zakładek . Teraz fp są podobne do profili użytkowników. Wiele osób narzekało, ale już wszyscy się do tego przyzwyczaili.

- skoro zmieniliśmy fp to czemu nie pozmieniać profili osobowych? I stało się. Teraz wyglądamy jak wizytówki. W polu wielkości około 480x200px zawarta jest esencja z człowieka. Wiele osób narzekało, ale już wszyscy się do tego przyzwyczaili.

- skoro mamy profile osobowe podobne do fanpage’y to czemu tych pierwszych nie konwertować na te drugie bezboleśnie? Najpierw zasypujemy random ludzi tysiącem zaproszeń do znajomości, a gdy osiągamy magiczną liczbę 5k znajomych przemieniamy się w fanpage. Trochę posiedzimy i mamy fanów, którzy kosztowaliby nas ponad 15k zł (biorąc pod uwagę dzisiejszą cenę reklamy CPC w Polsce na poziomie 0,32USD).
Teoretycznie to się Markowi nie opłaca… ale wszyscy się pewnie do tego przyzwyczają.

- paskudne wyświetlanie zdjęć na czarnym tle to moja „ulubiona” zmiana ostatnimi czasy. Wiele osób narzeka, ale się do tego przyzwyczaja.

- żeby developerzy nie czuli się osamotnieni to im też uprzykrzymy życie żegnając xfbml, a witając iframes. Wielu developerów będzie narzekało, ale się przyzwyczają. Chociaż żeby nie było, że znowu marudzę, to tą zmianę akurat uważam za coś fajnego in plus.

Dodajmy jeszcze takie szczegóły jak wprowadzenie statusu „w związku homoseksualnym” (niestety jeszcze nie w średniowiecznej Polsce), raport na temat osoby, która nas zaprosiła, nikomu nie potrzebne info o losowych zmianiach statusów naszych znajomych – sprzed powiedzmy np. 8 miesięcy, wejście (w końcu) w naszym „może_nie_aż_tak_średniowiecznym_kraju” facebook places…

ufff. I tak pewnie parę rzeczy pominąłem, no ale ostatnie 2 miesiące były dosyć intensywne.

No i pamiętajmy że lada tydzień będziemy mieli możliwość ścisłej integracji ze skype i tworzenia wideokonferencji na facebook.com ;)

Quo vadis facebooku?

Mam nieodparte wrażenie, iż wszystkie te zmiany są częścią jakiegoś większego planu, którego nie ogarniamy bo jesteśmy zbyt zajęci swoimi tablicami.

Podobno Mark nonstop zleca badania na temat postrzegania swojego kochanego tworu, jakieś tam eyetrackingi i inne neuromarketingowe badania. Ile w tym prawdy nikt nie wie.

Nie ulega jednak wątpliwości, iż facebook jest wspaniałym narzędziem w rękach konsumentów. Narzędziem dzięki któremu mogą wpływać na swoją ulubioną markę (sprawa loga GAP i niedawny mur służewiecki spod pędzla adisucks). Tylko czemu nie możemy wpływać na facebook’a?! Możemy co najwyżej ponarzekać, a potem…. zgadłeś Drogi Czytelniku…. możemy się przyzwyczaić.

A na koniec zagadka: Znajdź 3 różnice

Changebook czyli co tam nowego na fejsiku

Się dzieje.

Ostatnio niemalże codziennie pojawia się jakaś nowość na naszym ulubionym portalu społecznościowym. Podejmę się próby wylistowania wszystkiego co ostatnio Mark nam zaserwował. Pewnie i tak wiele rzeczy pomine :P

- 11 marca oficjalnie pożegnaliśmy stare fanpage. Już nigdy nie będzie wspaniałych, widocznych, szarych zakładek . Teraz fp są podobne do profili użytkowników. Wiele osób narzekało, ale już wszyscy się do tego przyzwyczaili.
- skoro zmieniliśmy fp to czemu nie pozmieniać profili osobowych? I stało się. Teraz wyglądamy jak wizytówki. W polu wielkości około 480x200px zawarta jest esencja z człowieka. Wiele osób narzekało, ale już wszyscy się do tego przyzwyczaili.
- skoro mamy profile osobowe już podobne do fanpage’y to czemu tych pierwszych nie konwertować na te drugie bezboleśnie? Najpierw zasypujemy random ludzi tysiącem zaproszeń do znajomości, a gdy osiągamy magiczną liczbę 5k znajomych przemieniamy się w fanpage. Trochę posiedzimy i mamy fanów, którzy kosztowaliby nas ponad 15k zł (biorąc pod uwagę dzisiejszą cenę reklamy CPC w Polsce na poziomie 0,32USD).
Teoretycznie to się Markowi nie opłaca… ale wszyscy się pewnie do tego przyzwyczają.
- paskudne wyświetlanie zdjęć na czarnym tle to moja „ulubiona” zmiana ostatnimi czasy. Wiele osób narzeka, ale się do tego przyzwyczaja.
- żeby developerzy nie czuli się osamotnieni to im też uprzykrzymy życie żegnając xfbml a witając iframes. Wielu developerów będzie narzekało, ale się przyzwyczają. Chociaż żeby nie było, że znowu marudzę to tą zmianę akurat uważam za coś fajnego in plus.

Dodajmy jeszcze takie szczegóły jak wprowadzenie statusu „w związku homoseksualnym” (niestety jeszcze nie w średniowiecznej Polsce), raport na temat osoby, która nas zaprosiła, nikomu nie potrzebne info o losowych zmianiach statusów naszych znajomych – sprzed powiedzmy np. 8 miesięcy, wejście (w końcu) w naszym „może_nie_aż_tak_średnioweicznym_kraju” facebook places…

ufff. I tak pewnie parę rzeczy pominąłem, no ale ostatnie 2 miesiące były intensynwne dosyć.

No i pamiętajmy że lada tydzień będziemy mieli możliwość ścisłej integracji ze skype i tworzenia wideokonferencji na facebook.com ;)

Quo vadis facebooku?

Mam nieodparte wrażenie, iż wszystkie te zmiany są częścią jakiegoś większego planu, którego nie ogarniamy bo jesteśmy zbyt zajęci swoimi tablicami.

Podobno Mark nonstop zleca badania na temat postrzegania swojego kochanego tworu, jakieś tam eyetrackingi i inne neuromarketingowe badania. Ile w tym prawdy nikt nie wie.

Nie ulega jednak wątpliwości, iż facebook jest wspaniałym narzędziem w rękach konsumentów. Narzędziem dzięki któremu mogą wpływać na swoją ulubioną markę (sprawa loga GAP i niedawny mur służewiecki spod pędzla adisucks). Tylko czemu nie możemy wpływać na facebook’a?! Możemy co najwyżej ponarzekać, a potem…. zgadłeś Drogi Czytelniku…. możemy się przyzwyczaić.

A na koniec zagadka: Znajdź 3 różnice

Life is a social game

Nie oszukujmy się: nasze życie to jak swoisty World of Warcraft. Z tą różnicą, iż nie biegamy z siekierą w 10 osobowych zespołach szukając dorodnego smoka do ubicia.

Zaczynając od kilkudziesięciu nawet lat edukacji, gdzie naszym celem jest zdobywanie kolejnych szczebli wykształcenia, poprzez zdobycie najlepszych samic/samców rozpłodowych i kreowanie swojej ścieżki kariery zawodowej aby mieć dużo „golda” za które kupimy fajne „itemy”, a kończąc na swoistym emerytalnym „last man standing”.
Ciągle gramy! Centra handlowe i szukanie promocji to też gra. Zresztą przykłady możemy mnożyć i mnożyć… 

Statystyczny człowiek uwielbia rywalizować, zdobywać nowe szczyty, rozwijać się. I chwała nam za to, bo bez tego nie było by postępu cywilizacyjnego. Jednak czy w życiu offline nie mamy już wystarczająco dużo rywalizacji?
Chyba nie, bo wszelkiego rodzaju gry zyskują coraz więcej zwolenników. Ba! Tęgie głowy marketingowe tą naszą skłonność do rywalizacji i osiągania kolejnych celów zaczęly wykorzystywać w swoich niecnych planach pod kryptonimem „Grywalizacja”.
W erze mediów web 2.0 i wyżej, gdzie nie angażują nas tak bardzo reklamy tv a klikalność banerów i mailingów liczona jest w promilach, grywalizacja jest czymś świeżym. Zapewnia kilkukrotny kontakt klienta z marką dając możliwość zmiany jego zachowań i nawyków.
Jak zwykle ktoś to zauważył jako pierwszy i wykorzystał. Tym kimś jest Zynga ze swoimi ponad 55 milionami „daily active users”w sumie dla wszystkich swoich aplikacji. W 3 lata osiągnęli tyle co EA w 15 lat. I nic dziwnego skoro w USA około 5% graczy Zyngi kupuje za realne pieniądze wirtualne kredyty.
Popularność gier Zyngi i jej konkurencji dostrzegły wielkie koncerny, które widzą łatwy i przyjemny product placement. Teraz nie zbieramy marchewki, teraz zbieramy marchew dla jednego ze światowych fastfoodów.

Do czego doprowadzi nagły rozwój grywalizacji? Ciężko powiedzieć. Jak na razie w życiu online, w przeciwieństwie do życia offline, gdzie edukacja, praca i rodzina to „gry” obowiązkowe, możemy grać w co chcemy. Na razie….
Czy na pewno będziemy chcieli rywalizować online, będąc atakowani setkami przekazów reklamowych? Bo może właśnie prowadzenie swojej farmy w spokoju od świata zewnętrznego czy bieganie po krainach w poszukiwaniu skarbów daje nam szansę na odpoczynek. Odpoczynek od tej prawdziwej grywalizacji, która nie ma opcji save i load.

Life is a social game

Nie oszukujmy się: nasze życie to jak swoisty World of Warcraft. Z tą różnicą, iż nie biegamy z siekierą w 10 osobowych zespołach szukając dorodnego smoka do ubicia.

Zaczynając od kilkudziesięciu nawet lat edukacji, gdzie naszym celem jest zdobywanie kolejnych szczebli wykształcenia, poprzez zdobycie najlepszych samic/samców rozpłodowych i kreowanie swojej ścieżki kariery zawodowej aby mieć dużo „golda” za które kupimy fajne „itemy”, a kończąc na swoistym emerytalnym „last man standing”.
Ciągle gramy! Centra handlowe i szukanie promocji to też gra. Zresztą przykłady możemy mnożyć i mnożyć… 

Statystyczny człowiek uwielbia rywalizować, zdobywać nowe szczyty, rozwijać się. I chwała nam za to, bo bez tego nie było by postępu cywilizacyjnego. Jednak czy w życiu offline nie mamy już wystarczająco dużo rywalizacji?
Chyba nie, bo wszelkiego rodzaju gry zyskują coraz więcej zwolenników. Ba! Tęgie głowy marketingowe tą naszą skłonność do rywalizacji i osiągania kolejnych celów zaczęly wykorzystywać w swoich niecnych planach pod kryptonimem „Grywalizacja”.
W erze mediów web 2.0 i wyżej, gdzie nie angażują nas tak bardzo reklamy tv a klikalność banerów i mailingów liczona jest w promilach, grywalizacja jest czymś świeżym. Zapewnia kilkukrotny kontakt klienta z marką dając możliwość zmiany jego zachowań i nawyków.
Jak zwykle ktoś to zauważył jako pierwszy i wykorzystał. Tym kimś jest Zynga ze swoimi ponad 55 milionami „daily active users”w sumie dla wszystkich swoich aplikacji. W 3 lata osiągnęli tyle co EA w 15 lat. I nic dziwnego skoro w USA około 5% graczy Zyngi kupuje za realne pieniądze wirtualne kredyty.
Popularność gier Zyngi i jej konkurencji dostrzegły wielkie koncerny, które widzą łatwy i przyjemny product placement. Teraz nie zbieramy marchewki, teraz zbieramy marchew dla jednego ze światowych fastfoodów.

Do czego doprowadzi nagły rozwój grywalizacji? Ciężko powiedzieć. Jak na razie w życiu online, w przeciwieństwie do życia offline, gdzie edukacja, praca i rodzina to „gry” obowiązkowe, możemy grać w co chcemy. Na razie….
Czy na pewno będziemy chcieli rywalizować online, będąc atakowani setkami przekazów reklamowych? Bo może właśnie prowadzenie swojej farmy w spokoju od świata zewnętrznego czy bieganie po krainach w poszukiwaniu skarbów daje nam szansę na odpoczynek. Odpoczynek od tej prawdziwej grywalizacji, która nie ma opcji save i load.