HOT or NOT: Farmy fanów na Facebook

A jak wygląda Twoja farma?

Ostatnio przeczytałem artykuł autorstwa Mirka Usidusa na blogu Jacka Gadzinowskiego. Traktował on o krytyce BBC względem Facebooka, która narobiła sporo szumu w branży na całym świecie. Oczywiście bardzo głęboki i merytoryczny tekst BBC został potraktowany przez ekspertów Social Media podobnie do informacji General Motors na temat nieskuteczności reklam na Facebooku. Niestety Pan Marek dał się w sumie nabrać i rozpoczął swoją krucjatę. Szczególnie zainteresował mnie fragment na temat „farm fanów” i chciałbym się w poniższym wpisie do niego odnieść.

Pan Mirek pisze:
„Np. ulubioną metodą naganiania klientom fanów o zerowej wartości stosowaną przez niektóre „agencje social media” były i, być może, do pewnego stopnia jeszcze są „farmy fanów„, czyli strony typu „Ja chcę w góry!”, „Ja chcę na urlop!”, „Ja chcę na wybrzeże!”, „Zawsze rano po przebudzeniu drapię się po jajkach” itp. Twory te mają nierzadko setki tysięcy „lubiących”. Zostały bądź to utworzone przez branżowych spryciarzy, bądź kupione przez spryciarzy, którzy mieli związany z nimi „plan biznesowy”.
Gdy się ma taką farmę, to, po podpisaniu umowy z klientem, którego obchodzi głównie to aby licznik liczby lubiących szybko rósł i tyle z tego „social media” na ogół rozumie, wystarczy „zbierać” fanów z pola i przerzucać na stronę klienta w ramach np. jakiegoś konkursu. Nawet, jeśli za przerzuconym profilem stoi realny człowiek, to gości na stronie tylko wtedy gdy mu chodzi o nagrodę a potem go już ta strona nie obchodzi, no chyba, że ma nowy konkurs.”

Najpierw zastanówmy się dlaczego użytkownicy Facebooka dołączają do „farm fanów”. Robią to spontanicznie, pod wpływem emocji (podobnie jak zakupy w sklepie!). Pokazują przez to swoje potrzeby i pragnienia. Reasumując: dają nam konsumencki feedback! Ok, weźmy na tapetę „Ja chcę na urlop!” i zastanówmy się kto mógł dołączyć do tej „farmy”? Obstawiam, że osoba mocno zapracowana, która zasuwa minimum 10 godzin dziennie i nie ma czasu na rozrywkę. Dodając do tego informację na temat wieku (18-34 lata) i miejsca zamieszkania (duże miasto) mamy całkiem konkretną grupę docelową, która sporo zarabia. A skoro dużo zarabia i pracuje to stać ją zapewne na urlop i wakacje. 

Czym różni się na Facebooku grupa ludzi zgromadzona wokół idei, jakiegoś „ja chcę….!” od grupy zgromadzonej wokół produktu? Co jest pierwsze: myśl o zasłużonym urlopie czy myśl o biurze podróży? Raczej decydujemy się najpierw jechać na wakacje a dopiero potem zastanawiamy się nad wyborem biura podróży. Dobrze prowadzona „farma fanów”, gdzie moderator zamieszcza regularnie ciekawy kontent nierzadko ma też wyższe wskaźniki zaangażowania niż na stronach konkretnych produktów.

Co do przerzucania fanów z „farm” na stronę klientów. Przecież nikt fanowi „Ja chcę na urlop!” nie każe tego robić. Podejmuje świadomą decyzję podczas klikania w „Lubię to” na stronie biura podróży. Jednocześnie wszyscy pieją w zachwycie nad reklamą i targetowaniem behawioralnym, czyli dotarciem z reklamą do użytkowników najbardziej zainteresowanych jej treścią. A czymże innym jest podrzucenie linku do strony biura sprzedającego wycieczki, na stronie gdzie mamy zebranych kilkaset tysięcy osób pragnących jechać na urlop i w większości mających na to zasoby! Plus zachęcam do przejścia się do domu mediowego i poproszenie o media plan na dotarcie do grupy docelowej o podobnej liczebności i charakterystyce…

Pan Marek również albo przespał jakieś pół roku, albo nie ma częstych kontaktów z klientami. Dlaczego? Bo pisze o klientach, których obchodzi jedynie liczba fanów. Panie Mirku, chciałbym Pana poinformować, że klienci się już dosyć nieźle wyedukowali z Social Media i oprócz liczby fanów w KPI załączonym do umowy żądają wręcz określenie procentowego zaangażowania fanów w treści strony. Ba! Podają takie procenty, że nawet „Elitarne Dupeczki” miałyby problem z wypełnieniem tych KPI!

Oczywiście nie twierdzę, że wszystkie „farmy fanów” są dobre. Zresztą tak samo jak Fan Page firmowe. Oba muszą mieć sens, skupiać jak najlepiej określoną grupę fanów i być regularnie prowadzone. Zdaje sobie też sprawę, że ten wpis to trochę taki kij w mrowisko fanów „engejdżmentu” na Facebooku. Ale powtórzę się po raz kolejny: zaangażowanie to nie cel, a środek do uzyskania dużego zasięgu. Poza tym prawdziwych, kochających markę ambasadorów na Fan page’ach zazwyczaj jest mniej niż promil. jednocześnie każde dodatkowe 100000 wyświetleń daje nam szansę na ściągnięcie kolejnego.
Deal with it!

Czasami też warto najpierw coś przemyśleć, a dopiero potem podłączać się do jakiejś tam krucjaty/krytyki tylko po to, aby przypodobać się „branżuni” i potencjalnym klientom.

HOT or NOT: Farmy fanów na Facebook

A jak wygląda Twoja farma?

Ostatnio przeczytałem artykuł autorstwa Mirka Usidusa na blogu Jacka Gadzinowskiego. Traktował on o krytyce BBC względem Facebooka, która narobiła sporo szumu w branży na całym świecie. Oczywiście bardzo głęboki i merytoryczny tekst BBC został potraktowany przez ekspertów Social Media podobnie do informacji General Motors na temat nieskuteczności reklam na Facebooku. Niestety Pan Marek dał się w sumie nabrać i rozpoczął swoją krucjatę. Szczególnie zainteresował mnie fragment na temat „farm fanów” i chciałbym się w poniższym wpisie do niego odnieść.

Pan Mirek pisze:
„Np. ulubioną metodą naganiania klientom fanów o zerowej wartości stosowaną przez niektóre „agencje social media” były i, być może, do pewnego stopnia jeszcze są „farmy fanów„, czyli strony typu „Ja chcę w góry!”, „Ja chcę na urlop!”, „Ja chcę na wybrzeże!”, „Zawsze rano po przebudzeniu drapię się po jajkach” itp. Twory te mają nierzadko setki tysięcy „lubiących”. Zostały bądź to utworzone przez branżowych spryciarzy, bądź kupione przez spryciarzy, którzy mieli związany z nimi „plan biznesowy”.
Gdy się ma taką farmę, to, po podpisaniu umowy z klientem, którego obchodzi głównie to aby licznik liczby lubiących szybko rósł i tyle z tego „social media” na ogół rozumie, wystarczy „zbierać” fanów z pola i przerzucać na stronę klienta w ramach np. jakiegoś konkursu. Nawet, jeśli za przerzuconym profilem stoi realny człowiek, to gości na stronie tylko wtedy gdy mu chodzi o nagrodę a potem go już ta strona nie obchodzi, no chyba, że ma nowy konkurs.”

Najpierw zastanówmy się dlaczego użytkownicy Facebooka dołączają do „farm fanów”. Robią to spontanicznie, pod wpływem emocji (podobnie jak zakupy w sklepie!). Pokazują przez to swoje potrzeby i pragnienia. Reasumując: dają nam konsumencki feedback! Ok, weźmy na tapetę „Ja chcę na urlop!” i zastanówmy się kto mógł dołączyć do tej „farmy”? Obstawiam, że osoba mocno zapracowana, która zasuwa minimum 10 godzin dziennie i nie ma czasu na rozrywkę. Dodając do tego informację na temat wieku (18-34 lata) i miejsca zamieszkania (duże miasto) mamy całkiem konkretną grupę docelową, która sporo zarabia. A skoro dużo zarabia i pracuje to stać ją zapewne na urlop i wakacje. 

Czym różni się na Facebooku grupa ludzi zgromadzona wokół idei, jakiegoś „ja chcę….!” od grupy zgromadzonej wokół produktu? Co jest pierwsze: myśl o zasłużonym urlopie czy myśl o biurze podróży? Raczej decydujemy się najpierw jechać na wakacje a dopiero potem zastanawiamy się nad wyborem biura podróży. Dobrze prowadzona „farma fanów”, gdzie moderator zamieszcza regularnie ciekawy kontent nierzadko ma też wyższe wskaźniki zaangażowania niż na stronach konkretnych produktów.

Co do przerzucania fanów z „farm” na stronę klientów. Przecież nikt fanowi „Ja chcę na urlop!” nie każe tego robić. Podejmuje świadomą decyzję podczas klikania w „Lubię to” na stronie biura podróży. Jednocześnie wszyscy pieją w zachwycie nad reklamą i targetowaniem behawioralnym, czyli dotarciem z reklamą do użytkowników najbardziej zainteresowanych jej treścią. A czymże innym jest podrzucenie linku do strony biura sprzedającego wycieczki, na stronie gdzie mamy zebranych kilkaset tysięcy osób pragnących jechać na urlop i w większości mających na to zasoby! Plus zachęcam do przejścia się do domu mediowego i poproszenie o media plan na dotarcie do grupy docelowej o podobnej liczebności i charakterystyce…

Pan Marek również albo przespał jakieś pół roku, albo nie ma częstych kontaktów z klientami. Dlaczego? Bo pisze o klientach, których obchodzi jedynie liczba fanów. Panie Mirku, chciałbym Pana poinformować, że klienci się już dosyć nieźle wyedukowali z Social Media i oprócz liczby fanów w KPI załączonym do umowy żądają wręcz określenie procentowego zaangażowania fanów w treści strony. Ba! Podają takie procenty, że nawet „Elitarne Dupeczki” miałyby problem z wypełnieniem tych KPI!

Oczywiście nie twierdzę, że wszystkie „farmy fanów” są dobre. Zresztą tak samo jak Fan Page firmowe. Oba muszą mieć sens, skupiać jak najlepiej określoną grupę fanów i być regularnie prowadzone. Zdaje sobie też sprawę, że ten wpis to trochę taki kij w mrowisko fanów „engejdżmentu” na Facebooku. Ale powtórzę się po raz kolejny: zaangażowanie to nie cel, a środek do uzyskania dużego zasięgu. Poza tym prawdziwych, kochających markę ambasadorów na Fan page’ach zazwyczaj jest mniej niż promil. jednocześnie każde dodatkowe 100000 wyświetleń daje nam szansę na ściągnięcie kolejnego.
Deal with it!

Czasami też warto najpierw coś przemyśleć, a dopiero potem podłączać się do jakiejś tam krucjaty/krytyki tylko po to, aby przypodobać się „branżuni” i potencjalnym klientom.

Czego pragnie użytkownik Social Media?

Ale się narobiło! Same posty słoni, kotów, półnagich dziewczyn a wszystko na siłę albo wcale nie połączone z marką czy produktem. No i od razu mamy wielki szum wśród całej branży, że taka komunikacja to lipa straszna jakaś. Z drugiej zaś strony wszyscy zgodnie twierdzą, iż atakowanie użytkowników tylko kontentem produktowym jest jeszcze bardziej „be”. Ale nikt nie wie gdzie jest ten złoty środek.

Pierwszą odpowiedzią jest to, że złoty środek leży zawsze gdzie indziej. W zależności od produktu/marki/usługi. No tak, ale jednak pokusiłbym się o pewien podział marek, które chcą zaistnieć w mediach społecznościowych. Nie będzie on dokładny, ale być może chociaż trochę ułatwi nam rozkminę jaka komunikacja i dla kogo.

Must be on Facebook! - tutaj zaliczamy wszystkie „love brandy” z całego świata. Ich produkty są tak dobre i powszechnie używane, że nie muszą się w social media reklamować. Wystarczy, że są. Ludzie sami spontanicznie na tą obecność reagują poprzez lajki, komentarze i co najważniejsze udostępnianie. Praca agencji polega tylko na uważaniu, aby nie strzelić gafy, która przerodzi się w kryzys. Zazwyczaj klient ma kontentu całe magazyny i terabajty zdjęć.
Przykłady: Apple, Coca-Cola, Lacoste, Ferrari, Starbucks itp
Fan: wyraża swoje uwielbienie

Should be on Facebook – zazwyczaj marki aspirujące, jednak zawsze dostępne dla przeciętnego śmiertelnika. Powinny być w social media, aby zwiększyć zasięg (reach, impressions). Zakup produktów z tego worka wymaga od konsumenta przekształcenia się w prosumenta aktywnie szukającego informacji o produkcie. Zazwyczaj porównujemy cechy kilku konkurencyjnych produktów i podejmujemy świadomą decyzję. Kupno wszystkich i wypróbowanie jest zbędnym wydatkiem. Klient przyzwyczaja się do jednej marki i najczęściej boi się ją zmienić. Tutaj agencja ma już o wiele, wiele więcej pracy niż z „Must be on Facebook!„. Po pierwsze liczy się fachowość, rzetelna wiedza, szybka reakcja i pomoc dla użytkowników czy klientów. Dzięki temu możemy zdecydowanie więcej zamieszczanego kontentu przydzielić do kategorii „produktowy”. W tej grupie produktów niezwykle ważne jest też, z racji siły komunikacji c2c, monitorowanie opinii klientów. Prosumenci bardzo chętnie dzielą się nimi w mediach społecznościowych, zarówno pozytywnymi jak i negatywnymi.
Przykłady: Samsung, Loreal, Whirlpool, Play
Fan: szuka informacji

Facebook? Why not! - tutaj mamy całe FMCG, które kupujemy wręcz intuicyjnie. Produkty z tej kategorii zazwyczaj kosztują mniej niż 10 PLN za sztukę, więc wydatek raczej nie wywołuje dyskomfortu psychicznego. Marki takie w social media są po to, żeby zaistnieć. Mają złudne przekonanie, że fan podchodząc do półki sklepowej w 2 godziny po zalajkowaniu postu wybierze akurat ich produkt. Do tego ani przedstawiciele klienta, ani agencje nie dojrzały moim zdaniem do łączenia social media z miejscem sprzedaży. To profil na Facebooku musi  podążać za dobrym pozycjonowaniem produktu na półce (merchendising) oraz promocją (hostessy), bo wtedy ma to sens. Grupa tych produktów ma też największy problem z kontentem. Weźmy keczup. Czy przez 6 miesięcy można nonstop gadać o zajebistości pomidorów, z których jest on zrobiony? Nie. Raz bo nudne a dwa, że w sumie niczym nie różni się od innych keczupów. Dlatego też, agencja musi dawać gawiedzi fanów rozrywkę. Najlepiej w postaci śmiesznych memów, rysunków, zaspokajać ich poczucie estetyki kotami i szczeniakami. Wszystko po to, aby przemycić do jak największej liczby użytkowników nazwę Fan page’a lub logo produktu.
Przykłady: Heinz, Danio, Warka, Vizir
Fan: szuka rozrywki i promocji

Facebook is not for you – za komentarz do tej grupy niech posłuży poniższa grafika.

Reasumując: jaki produkt taka komunikacja. Dlatego też dziwię się temu „naskakiwaniu” na kontent nie związany z produktem. To, że promocja produktów z grupy „Facebook? Why not!” wychodzi tak a nie inaczej, świadczy o poziomie wiedzy na temat mediów społecznościowych w naszym kraju. Oraz braku umiejętności i odwagi w łączeniu social media ze sklepową półką.

Czego pragnie użytkownik Social Media?

Ale się narobiło! Same posty słoni, kotów, półnagich dziewczyn a wszystko na siłę albo wcale nie połączone z marką czy produktem. No i od razu mamy wielki szum wśród całej branży, że taka komunikacja to lipa straszna jakaś. Z drugiej zaś strony wszyscy zgodnie twierdzą, iż atakowanie użytkowników tylko kontentem produktowym jest jeszcze bardziej „be”. Ale nikt nie wie gdzie jest ten złoty środek.

Pierwszą odpowiedzią jest to, że złoty środek leży zawsze gdzie indziej. W zależności od produktu/marki/usługi. No tak, ale jednak pokusiłbym się o pewien podział marek, które chcą zaistnieć w mediach społecznościowych. Nie będzie on dokładny, ale być może chociaż trochę ułatwi nam rozkminę jaka komunikacja i dla kogo.

Must be on Facebook! - tutaj zaliczamy wszystkie „love brandy” z całego świata. Ich produkty są tak dobre i powszechnie używane, że nie muszą się w social media reklamować. Wystarczy, że są. Ludzie sami spontanicznie na tą obecność reagują poprzez lajki, komentarze i co najważniejsze udostępnianie. Praca agencji polega tylko na uważaniu, aby nie strzelić gafy, która przerodzi się w kryzys. Zazwyczaj klient ma kontentu całe magazyny i terabajty zdjęć.
Przykłady: Apple, Coca-Cola, Lacoste, Ferrari, Starbucks itp
Fan: wyraża swoje uwielbienie

Should be on Facebook – zazwyczaj marki aspirujące, jednak zawsze dostępne dla przeciętnego śmiertelnika. Powinny być w social media, aby zwiększyć zasięg (reach, impressions). Zakup produktów z tego worka wymaga od konsumenta przekształcenia się w prosumenta aktywnie szukającego informacji o produkcie. Zazwyczaj porównujemy cechy kilku konkurencyjnych produktów i podejmujemy świadomą decyzję. Kupno wszystkich i wypróbowanie jest zbędnym wydatkiem. Klient przyzwyczaja się do jednej marki i najczęściej boi się ją zmienić. Tutaj agencja ma już o wiele, wiele więcej pracy niż z „Must be on Facebook!„. Po pierwsze liczy się fachowość, rzetelna wiedza, szybka reakcja i pomoc dla użytkowników czy klientów. Dzięki temu możemy zdecydowanie więcej zamieszczanego kontentu przydzielić do kategorii „produktowy”. W tej grupie produktów niezwykle ważne jest też, z racji siły komunikacji c2c, monitorowanie opinii klientów. Prosumenci bardzo chętnie dzielą się nimi w mediach społecznościowych, zarówno pozytywnymi jak i negatywnymi.
Przykłady: Samsung, Loreal, Whirlpool, Play
Fan: szuka informacji

Facebook? Why not! - tutaj mamy całe FMCG, które kupujemy wręcz intuicyjnie. Produkty z tej kategorii zazwyczaj kosztują mniej niż 10 PLN za sztukę, więc wydatek raczej nie wywołuje dyskomfortu psychicznego. Marki takie w social media są po to, żeby zaistnieć. Mają złudne przekonanie, że fan podchodząc do półki sklepowej w 2 godziny po zalajkowaniu postu wybierze akurat ich produkt. Do tego ani przedstawiciele klienta, ani agencje nie dojrzały moim zdaniem do łączenia social media z miejscem sprzedaży. To profil na Facebooku musi  podążać za dobrym pozycjonowaniem produktu na półce (merchendising) oraz promocją (hostessy), bo wtedy ma to sens. Grupa tych produktów ma też największy problem z kontentem. Weźmy keczup. Czy przez 6 miesięcy można nonstop gadać o zajebistości pomidorów, z których jest on zrobiony? Nie. Raz bo nudne a dwa, że w sumie niczym nie różni się od innych keczupów. Dlatego też, agencja musi dawać gawiedzi fanów rozrywkę. Najlepiej w postaci śmiesznych memów, rysunków, zaspokajać ich poczucie estetyki kotami i szczeniakami. Wszystko po to, aby przemycić do jak największej liczby użytkowników nazwę Fan page’a lub logo produktu.
Przykłady: Heinz, Danio, Warka, Vizir
Fan: szuka rozrywki i promocji

Facebook is not for you – za komentarz do tej grupy niech posłuży poniższa grafika.

Reasumując: jaki produkt taka komunikacja. Dlatego też dziwię się temu „naskakiwaniu” na kontent nie związany z produktem. To, że promocja produktów z grupy „Facebook? Why not!” wychodzi tak a nie inaczej, świadczy o poziomie wiedzy na temat mediów społecznościowych w naszym kraju. Oraz braku umiejętności i odwagi w łączeniu social media ze sklepową półką.

Trzy etapy rozwoju specjalistów mediów społecznościowych

Trzeba przyznać, że branża mediów społecznościowych w Polsce jest dosyć płodna. Wiele blogów, Fan page’y, grup dyskusyjnych, liczne spotkania i konferencje. Już nie wspominam o ilości agencji robiących sołszale. Niektórym wiedzie się lepiej, innym trochę gorzej – jak to w życiu. Oczywiście ta mnogość przekłada się na różny poziom rozumienia mediów społecznościowych, który można opisać w 3 etapach.

Etap I – Nie da się ukryć, że osoby będące w tej grupie są bardzo optymistycznie nastawione do mediów społecznościowych, a zwłaszcza Facebooka. Bardzo chętnie mówią o tym jaki ten Facebook jest fajny, jak dobrze jest mieć dużą liczbę fanów i karmić ich konkursami. Jednak na tych argumentach kończy się ich wiedza merytoryczna co skutkuje konkursami na timeline’ach, kupowaniem fanów czy „syndromem postów o niczym” (np. Jaki kolor lubiecie: zielony czy czerwony?). Na forach lubią się pochwalić jakąś oczywistością jak nowa funkcja wprowadzona przez ekipę z Menlo Park, aby się pokazać jacy oni są na czasie.

Etap II – Nie lubią osób z etapu I. Uważają ich za pseudo specjalistów zapominając, że sami kiedyś do nich należeli. Ich dwoma flagowymi zasadami jest to, że media społecznościowe to nie tylko Facebook oraz, że liczba fanów to lipa a liczy się ilość lików i komci. Ze wszystkich 3 etapów mają chyba w sobie najwięcej jadu i nieposkromionej pewności siebie. Lubią czytać blogi popularnych Social Mediowców, niektórzy też silą się na swojego blogaska. Lubią używać frazy „wiralowość kontentu”. Gdzieś na dalekim horyzoncie ich przemyśleń pojawia się ROI…

Etap III – Czyli tru social media ninjas. Zaprawieni w bojach z dziesiątkami klientów, popularni blogerzy, bardzo często osoby, które doświadczenie zdobywały trzaskając mailingi, strony i banery. Wiedzą co to jest media plan. Ba! Umieją go czytać. Dlatego też w przeciwieństwie do etapu II wiedzą jak bardzo istotny jest zasięg i skupiają działania na Facebooku, opcjonalnie na blogach. Jednak ani zasięgu, ani tak lubianego przez etap II engejdżmentu nie traktują jako cel, tylko środek do niego. Celem jest ROI w postaci zebranych leadów, pobranych kuponów czy sprzedanych produktów czy usług. Ich nieszczęściem jest to, że są drożsi od pozostałych dzięki czemu mają czas udzielać się na forach i blogach ;-) 

Oczywiście powyższe opisy należy traktować z przymrużeniem oka. Jeśli ktoś się czuje urażony to z góry przepraszam. Poza tym chyba każdy musiał przejść wszystkie 3 etapy. Nie można się urodzić social media ninja tak od razu. Wymaga to ciężkiego treningu i doświadczenia!
Pocieszające jest jednak to, że coraz więcej osób wykazuje pokorę, chęć słuchania i uczenia się. Dzięki temu powyższe etapy przechodzi szybciej i mniej boleśnie.
Warto też zaznaczyć, że bardzo często nie chodzi o to jak zajebistym (pierwsze brzydkie słowo na moim blogu… ale ostatnio taka konwencja)specjalistą się jest, ale o to jakim jest się człowiekiem.

Pozdrawiam.

Trzy etapy rozwoju specjalistów mediów społecznościowych

Trzeba przyznać, że branża mediów społecznościowych w Polsce jest dosyć płodna. Wiele blogów, Fan page’y, grup dyskusyjnych, liczne spotkania i konferencje. Już nie wspominam o ilości agencji robiących sołszale. Niektórym wiedzie się lepiej, innym trochę gorzej – jak to w życiu. Oczywiście ta mnogość przekłada się na różny poziom rozumienia mediów społecznościowych, który można opisać w 3 etapach.

Etap I – Nie da się ukryć, że osoby będące w tej grupie są bardzo optymistycznie nastawione do mediów społecznościowych, a zwłaszcza Facebooka. Bardzo chętnie mówią o tym jaki ten Facebook jest fajny, jak dobrze jest mieć dużą liczbę fanów i karmić ich konkursami. Jednak na tych argumentach kończy się ich wiedza merytoryczna co skutkuje konkursami na timeline’ach, kupowaniem fanów czy „syndromem postów o niczym” (np. Jaki kolor lubiecie: zielony czy czerwony?). Na forach lubią się pochwalić jakąś oczywistością jak nowa funkcja wprowadzona przez ekipę z Menlo Park, aby się pokazać jacy oni są na czasie.

Etap II – Nie lubią osób z etapu I. Uważają ich za pseudo specjalistów zapominając, że sami kiedyś do nich należeli. Ich dwoma flagowymi zasadami jest to, że media społecznościowe to nie tylko Facebook oraz, że liczba fanów to lipa a liczy się ilość lików i komci. Ze wszystkich 3 etapów mają chyba w sobie najwięcej jadu i nieposkromionej pewności siebie. Lubią czytać blogi popularnych Social Mediowców, niektórzy też silą się na swojego blogaska. Lubią używać frazy „wiralowość kontentu”. Gdzieś na dalekim horyzoncie ich przemyśleń pojawia się ROI…

Etap III – Czyli tru social media ninjas. Zaprawieni w bojach z dziesiątkami klientów, popularni blogerzy, bardzo często osoby, które doświadczenie zdobywały trzaskając mailingi, strony i banery. Wiedzą co to jest media plan. Ba! Umieją go czytać. Dlatego też w przeciwieństwie do etapu II wiedzą jak bardzo istotny jest zasięg i skupiają działania na Facebooku, opcjonalnie na blogach. Jednak ani zasięgu, ani tak lubianego przez etap II engejdżmentu nie traktują jako cel, tylko środek do niego. Celem jest ROI w postaci zebranych leadów, pobranych kuponów czy sprzedanych produktów czy usług. Ich nieszczęściem jest to, że są drożsi od pozostałych dzięki czemu mają czas udzielać się na forach i blogach ;-) 

Oczywiście powyższe opisy należy traktować z przymrużeniem oka. Jeśli ktoś się czuje urażony to z góry przepraszam. Poza tym chyba każdy musiał przejść wszystkie 3 etapy. Nie można się urodzić social media ninja tak od razu. Wymaga to ciężkiego treningu i doświadczenia!
Pocieszające jest jednak to, że coraz więcej osób wykazuje pokorę, chęć słuchania i uczenia się. Dzięki temu powyższe etapy przechodzi szybciej i mniej boleśnie.
Warto też zaznaczyć, że bardzo często nie chodzi o to jak zajebistym (pierwsze brzydkie słowo na moim blogu… ale ostatnio taka konwencja)specjalistą się jest, ale o to jakim jest się człowiekiem.

Pozdrawiam.

Owsianka seksem zakrapiana

Coraz trudniej o zaangażowanie fanów w dyskusje w mediach społecznościowych. Przyczyny takiego stanu rzeczy są nam wszystkim znane. Powoduje to jednak coraz częściej podbijanie „are talking about” przez niektóre agencje i klientów w sposób, delikatnie rzecz ujmując, niezrozumiały. Ostatnio granice dobrego smaku przekroczyła najzwyklejsza w świecie owsianka.

Fan Page „Coś na ząb” już pewien czas temu wybrał seks i związane z nim skojarzenia jako nośnik informacji o produkcie. Czy jest to dobre dopasowanie? Oceńcie sami. Jednak ten wpis przekroczył granice dobrego smaku nie tylko w moim odczuciu. Content Editor zdecydowanie nie przygotowuje wpisów wedle zasady „najważniejsze, żeby fanów nie zrazić, dopiero potem myśleć jak ich zaangażować”.


Wpis nawiązuje do seksu oralnego, czyli formy współżycia preferowanej przez co trzecią kobietę (dana sprzed 5 lat za czasów kiedy studiowałem psychologię, być może procent wzrósł). Pozostała, ponad połowa jakby nie patrzeć, zapewne nie za bardzo ma ochotę patrzeć na wszystko co z seksem oralnym się kojarzy, a zwłaszcza z jego finałową częścią. Dlatego uważam ten wpis za mocno przestrzelony. Zresztą wystarczy przeczytać komentarze fanów i nie fanów.

Co jednak mnie najbardziej zasmuciło w tym wszystkim? Że na Fan Page’u „Coś na ząb” najbardziej aktywną grupą fanów są osoby w wieku 13-17 lat. Czy na ulicy zapytalibyście się 14 letniej dziewczynki czy umie robić dobrze w 3 minuty? Nie, ale to przecież Facebook, tutaj są inne prawa, ludzie wiedzą, że treści zamieszczane są dla żartów itp. Nieprawda! Jesteś w wieku 25-30 lat, swoje przeżyłeś i widziałeś, ale nie masz raczej zielonego pojęcia co i jak interpretuje młodzież i dzieci (!) z wyżej wymienionej grupy docelowej.

Spotkałem się z kontrargumentem, że MTV i VIVA również zamieszczają mocno nieprzyzwoite materiały i mają podobną grupę docelową. A czy to usprawiedliwia owsiankę? Czy to sprawia, że może umyć ręce (usta) i powiedzieć: „ale oni też tak robią więc dajcie nam spokój?”. Zdecydowanie nie! Po drugie MTV i VIVA najbardziej pikantne programy emituje po 22, ponieważ jest pod ciągłą kontrolą KRRiT.

Nie mam w zwyczaju atakowania pod postacią upubliczniania swoich negatywnych opinii innych agencji social media. W końcu koledzy i koleżanki „po fachu”, a atakowanie konkurencji to bardzo brzydki i nieczysty chwyt. Jednak tym razem myślę, że reklamowanie owsianki seksem oralnym u 13-17 latków jest o wiele cięższym grzechem…

Owsianka seksem zakrapiana

Coraz trudniej o zaangażowanie fanów w dyskusje w mediach społecznościowych. Przyczyny takiego stanu rzeczy są nam wszystkim znane. Powoduje to jednak coraz częściej podbijanie „are talking about” przez niektóre agencje i klientów w sposób, delikatnie rzecz ujmując, niezrozumiały. Ostatnio granice dobrego smaku przekroczyła najzwyklejsza w świecie owsianka.

Fan Page „Coś na ząb” już pewien czas temu wybrał seks i związane z nim skojarzenia jako nośnik informacji o produkcie. Czy jest to dobre dopasowanie? Oceńcie sami. Jednak ten wpis przekroczył granice dobrego smaku nie tylko w moim odczuciu. Content Editor zdecydowanie nie przygotowuje wpisów wedle zasady „najważniejsze, żeby fanów nie zrazić, dopiero potem myśleć jak ich zaangażować”.


Wpis nawiązuje do seksu oralnego, czyli formy współżycia preferowanej przez co trzecią kobietę (dana sprzed 5 lat za czasów kiedy studiowałem psychologię, być może procent wzrósł). Pozostała, ponad połowa jakby nie patrzeć, zapewne nie za bardzo ma ochotę patrzeć na wszystko co z seksem oralnym się kojarzy, a zwłaszcza z jego finałową częścią. Dlatego uważam ten wpis za mocno przestrzelony. Zresztą wystarczy przeczytać komentarze fanów i nie fanów.

Co jednak mnie najbardziej zasmuciło w tym wszystkim? Że na Fan Page’u „Coś na ząb” najbardziej aktywną grupą fanów są osoby w wieku 13-17 lat. Czy na ulicy zapytalibyście się 14 letniej dziewczynki czy umie robić dobrze w 3 minuty? Nie, ale to przecież Facebook, tutaj są inne prawa, ludzie wiedzą, że treści zamieszczane są dla żartów itp. Nieprawda! Jesteś w wieku 25-30 lat, swoje przeżyłeś i widziałeś, ale nie masz raczej zielonego pojęcia co i jak interpretuje młodzież i dzieci (!) z wyżej wymienionej grupy docelowej.

Spotkałem się z kontrargumentem, że MTV i VIVA również zamieszczają mocno nieprzyzwoite materiały i mają podobną grupę docelową. A czy to usprawiedliwia owsiankę? Czy to sprawia, że może umyć ręce (usta) i powiedzieć: „ale oni też tak robią więc dajcie nam spokój?”. Zdecydowanie nie! Po drugie MTV i VIVA najbardziej pikantne programy emituje po 22, ponieważ jest pod ciągłą kontrolą KRRiT.

Nie mam w zwyczaju atakowania pod postacią upubliczniania swoich negatywnych opinii innych agencji social media. W końcu koledzy i koleżanki „po fachu”, a atakowanie konkurencji to bardzo brzydki i nieczysty chwyt. Jednak tym razem myślę, że reklamowanie owsianki seksem oralnym u 13-17 latków jest o wiele cięższym grzechem…