Myspace – Jak Feniks z popiołów?

Coraz więcej osób oswaja się z myślą, że Facebook będzie wiodącym portalem społecznościowym jeszcze przez kilka następnych lat. Nawet mimo ciągle nowych badań pokazujących, że portal Marka coraz bardziej męczy użytkowników. Szturm przeprowadził G+ oraz Pinterest. O ile ten drugi znalazł dla siebie miejsce na scenie obok Facebooka, Twiitera czy LinkedIn to Google poległo tuż po starcie.
I nagle jakiś jasny punkt pojawił się na niebie i niczym mityczny Feniks powrócił na Ziemię zając „Swoje nowe miejsce”…

Prawdę mówiąc nie spodziewałem się takiego powrotu. Zwłaszcza tak obiecującego! Nie spotkałem się również jeszcze z negatywną opinią na temat promocyjnego filmu nowego Myspace’a. Większość kiwa z uznaniem głowami, wyraża swoje zainteresowanie i chęć sprawdzenia nowej platformy społecznościowej.
Jakie są mocne strony nowego Myspace’a? Po pierwsze design. Jest nowoczesny, przejrzysty, kolorowy. Wygląda jak hybryda Tumblra z Pinterestem. No i te „cover photo” wielkie na cały ekran! Facebook przy tym wygląda jak strona www z połowy lat 90tych.
Druga mocna strona to możliwość logowania się (rejestrowania) przez Facebook (a jak!), Twittera i starego Myspace. Można pomyśleć, że w ten sposób Myspace od razu pokazuje, iż jest mniejszy od tych platform. Nic bardziej mylnego! Pinterest na przykład dzięki Facebook Connect zyskał miliony użytkowników. Szczególnie logowanie przez Twittera powinno być strzałem w dziesiątkę.
Trzecią rzeczą, która da dużego kopa nowemu Myspace’owi jest jeden z jego współudziałowców, czyli Justin Timberlake. Niedawno pisałem, że Twitter swoją popularność zawdzięcza celebrytom. W wypadku Myspace’a mamy do czynienia z jawnym promowaniem serwisu przez jednego z największych celebrytów w USA. W końcu jest udziałowcem…
Nie ma to jak znajomości. W każdej branży. A Timberlake ma znajomych, którzy podobnie jak on sam są celebrytami z milionami fanów na Facebooku i followersów na Twitterze (jego ćwierkanie śledzi ponad 13 milionów osób). Przy założeniu, że razem z nim na Myspace profile założy kilku piosenkarzy, aktorów czy zespołów możemy spodziewać się bardzo udanego debiutu naszego Feniksa.

Mam tylko dwie wątpliwości: jedną globalną, drugą lokalną. Ta globalna dotyczy wersji mobilnej serwisu. Niby przeglądanie newsfeeda, profili jest w poziomie, czyli idealnie dla tabletów, ale jak będzie wyglądała aplikacja na telefony? Czy utrzyma swoją atrakcyjność wizualną? Druga wątpliwość, ta lokalna, dotyczy popularności nowego Myspace’a nad Wisłą. Czy podzieli los napędzanego przez celebrytów Twittera i nie zyska fanów u nas w kraju. A może wręcz przeciwnie polscy ludzie showbiznesu podchwycą nowe medium. Również tego jestem ogromnie ciekawy.

Oczywiście czekam z niecierpliwością na mail aktywujący moje konto na nowej-starej platformie społecznościowej. Jak najszybciej chce zweryfikować czy rzeczy pokazane na promocyjnym filmie będą równie ładnie i sprawnie działały w praktyce.

Kolejną rzeczą, której oczekuje to odpowiedź Facebooka na, jakby nie patrzeć, nowego konkurenta. Tą odpowiedzią powinna być moim zdaniem radykalna zmiana layoutu graficznego portalu oraz danie większej możliwości modyfikacji swoich profili przez użytkowników. Jednak czy przy tak naszpikowanej funkcjami platformie z ponad 900 milionami użytkowników jest to w ogóle możliwe? 

Nad modelem biznesowym Myspace’a na tą chwilę się nie zastanawiam. Oczywiste jest, że serwis będzie musiał na siebie zarabiać, ale jak? Jak obstawiam, że jednym ze źródeł dochodów będzie sprzedaż piosenek.

Myspace – Jak Feniks z popiołów?

Coraz więcej osób oswaja się z myślą, że Facebook będzie wiodącym portalem społecznościowym jeszcze przez kilka następnych lat. Nawet mimo ciągle nowych badań pokazujących, że portal Marka coraz bardziej męczy użytkowników. Szturm przeprowadził G+ oraz Pinterest. O ile ten drugi znalazł dla siebie miejsce na scenie obok Facebooka, Twiitera czy LinkedIn to Google poległo tuż po starcie.
I nagle jakiś jasny punkt pojawił się na niebie i niczym mityczny Feniks powrócił na Ziemię zając „Swoje nowe miejsce”…

Prawdę mówiąc nie spodziewałem się takiego powrotu. Zwłaszcza tak obiecującego! Nie spotkałem się również jeszcze z negatywną opinią na temat promocyjnego filmu nowego Myspace’a. Większość kiwa z uznaniem głowami, wyraża swoje zainteresowanie i chęć sprawdzenia nowej platformy społecznościowej.
Jakie są mocne strony nowego Myspace’a? Po pierwsze design. Jest nowoczesny, przejrzysty, kolorowy. Wygląda jak hybryda Tumblra z Pinterestem. No i te „cover photo” wielkie na cały ekran! Facebook przy tym wygląda jak strona www z połowy lat 90tych.
Druga mocna strona to możliwość logowania się (rejestrowania) przez Facebook (a jak!), Twittera i starego Myspace. Można pomyśleć, że w ten sposób Myspace od razu pokazuje, iż jest mniejszy od tych platform. Nic bardziej mylnego! Pinterest na przykład dzięki Facebook Connect zyskał miliony użytkowników. Szczególnie logowanie przez Twittera powinno być strzałem w dziesiątkę.
Trzecią rzeczą, która da dużego kopa nowemu Myspace’owi jest jeden z jego współudziałowców, czyli Justin Timberlake. Niedawno pisałem, że Twitter swoją popularność zawdzięcza celebrytom. W wypadku Myspace’a mamy do czynienia z jawnym promowaniem serwisu przez jednego z największych celebrytów w USA. W końcu jest udziałowcem…
Nie ma to jak znajomości. W każdej branży. A Timberlake ma znajomych, którzy podobnie jak on sam są celebrytami z milionami fanów na Facebooku i followersów na Twitterze (jego ćwierkanie śledzi ponad 13 milionów osób). Przy założeniu, że razem z nim na Myspace profile założy kilku piosenkarzy, aktorów czy zespołów możemy spodziewać się bardzo udanego debiutu naszego Feniksa.

Mam tylko dwie wątpliwości: jedną globalną, drugą lokalną. Ta globalna dotyczy wersji mobilnej serwisu. Niby przeglądanie newsfeeda, profili jest w poziomie, czyli idealnie dla tabletów, ale jak będzie wyglądała aplikacja na telefony? Czy utrzyma swoją atrakcyjność wizualną? Druga wątpliwość, ta lokalna, dotyczy popularności nowego Myspace’a nad Wisłą. Czy podzieli los napędzanego przez celebrytów Twittera i nie zyska fanów u nas w kraju. A może wręcz przeciwnie polscy ludzie showbiznesu podchwycą nowe medium. Również tego jestem ogromnie ciekawy.

Oczywiście czekam z niecierpliwością na mail aktywujący moje konto na nowej-starej platformie społecznościowej. Jak najszybciej chce zweryfikować czy rzeczy pokazane na promocyjnym filmie będą równie ładnie i sprawnie działały w praktyce.

Kolejną rzeczą, której oczekuje to odpowiedź Facebooka na, jakby nie patrzeć, nowego konkurenta. Tą odpowiedzią powinna być moim zdaniem radykalna zmiana layoutu graficznego portalu oraz danie większej możliwości modyfikacji swoich profili przez użytkowników. Jednak czy przy tak naszpikowanej funkcjami platformie z ponad 900 milionami użytkowników jest to w ogóle możliwe? 

Nad modelem biznesowym Myspace’a na tą chwilę się nie zastanawiam. Oczywiste jest, że serwis będzie musiał na siebie zarabiać, ale jak? Jak obstawiam, że jednym ze źródeł dochodów będzie sprzedaż piosenek.

Kiedy Polska zacznie ćwierkać?

Patrzymy trochę z zazdrością na szaleństwo zza oceanu na temat ćwierkania. Jednocześnie zastanawiamy się dlaczego nie dzieje się to u nas? Czy przeszkodą jest mała świadomość mikroblogingu w Polsce? A może niska liczba telefonów umożliwiających sprawne korzystanie z Twittera? Moim zdaniem nie tu tkwi przyczyna.

Coraz więcej Polaków posiada telefony, na których można instalować różnego rodzaju aplikacje, również te służące do obsługi kont społecznościowych takich jak Facebook czy Twitter. Trend ten, jeśli się nie nasili, to na pewno utrzyma przez następne lata. Niska świadomość mikroblogów? Bardzo popularny na świecie Tumblr w Polsce ma mało aktywnych użytkowników, powoli zamiera BLIP. Wydaje się, że te argumenty tylko potwierdzają tą tezę.

Zastanówmy się jednak wokół czego kręci się popularność Twittera w USA. Oczywiście wokół celebrytów takich jak gwiazdy muzyki, aktorzy, politycy, sportowcy. To im mikrobloging zawdzięcza swoją popularność. Ich fani zaczęli ćwierkać i śledzić swoich idoli bo ci byli na Twitterze, a nie na odwrót!

Ktoś może powiedzieć, że mamy przecież tylu celebrytów, którzy mogliby ćwierkać i nakręcać modę na mikrobloging. Problem tkwi w tym, że polscy celebryci są jak polskie rolnictwo: zamiast kilkudziesięciu dużych gospodarstw mamy tysiące mały poletek. Większość z nich nie ma wystarczającej siły, aby przyciągnąć liczne grupy fanów na nową platformę społecznościową. To samo niestety jest z polskimi sportowcami, zwłaszcza po nieudanych Igrzyskach Olimpijskich. Honor mikroblogingu starają się ratować polscy politycy ale zdecydowanie nie sprzyja im ogólna atmosfera wokół polityki.

Oczywiście należy również brać pod uwagę różnice kulturowe i demograficzne, które mają wpływ na konsumpcję mediów, zwłaszcza tych nowych. Mój mały apel jest następujący: zamiast narzekać starajmy się działać i angażować na Twitterze zamiast sprzedawać. Nigdy nie osiągniemy takiej skali jak w innych krajach, ale lokalnie można ugrać dużo. Zwłaszcza, że ćwierkanie wydaje się być tańsze od postowania na Facebooku.

Na koniec fajny case z cy… piersiami. I to na Twitterze! Enjoy.

Kiedy Polska zacznie ćwierkać?

Patrzymy trochę z zazdrością na szaleństwo zza oceanu na temat ćwierkania. Jednocześnie zastanawiamy się dlaczego nie dzieje się to u nas? Czy przeszkodą jest mała świadomość mikroblogingu w Polsce? A może niska liczba telefonów umożliwiających sprawne korzystanie z Twittera? Moim zdaniem nie tu tkwi przyczyna.

Coraz więcej Polaków posiada telefony, na których można instalować różnego rodzaju aplikacje, również te służące do obsługi kont społecznościowych takich jak Facebook czy Twitter. Trend ten, jeśli się nie nasili, to na pewno utrzyma przez następne lata. Niska świadomość mikroblogów? Bardzo popularny na świecie Tumblr w Polsce ma mało aktywnych użytkowników, powoli zamiera BLIP. Wydaje się, że te argumenty tylko potwierdzają tą tezę.

Zastanówmy się jednak wokół czego kręci się popularność Twittera w USA. Oczywiście wokół celebrytów takich jak gwiazdy muzyki, aktorzy, politycy, sportowcy. To im mikrobloging zawdzięcza swoją popularność. Ich fani zaczęli ćwierkać i śledzić swoich idoli bo ci byli na Twitterze, a nie na odwrót!

Ktoś może powiedzieć, że mamy przecież tylu celebrytów, którzy mogliby ćwierkać i nakręcać modę na mikrobloging. Problem tkwi w tym, że polscy celebryci są jak polskie rolnictwo: zamiast kilkudziesięciu dużych gospodarstw mamy tysiące mały poletek. Większość z nich nie ma wystarczającej siły, aby przyciągnąć liczne grupy fanów na nową platformę społecznościową. To samo niestety jest z polskimi sportowcami, zwłaszcza po nieudanych Igrzyskach Olimpijskich. Honor mikroblogingu starają się ratować polscy politycy ale zdecydowanie nie sprzyja im ogólna atmosfera wokół polityki.

Oczywiście należy również brać pod uwagę różnice kulturowe i demograficzne, które mają wpływ na konsumpcję mediów, zwłaszcza tych nowych. Mój mały apel jest następujący: zamiast narzekać starajmy się działać i angażować na Twitterze zamiast sprzedawać. Nigdy nie osiągniemy takiej skali jak w innych krajach, ale lokalnie można ugrać dużo. Zwłaszcza, że ćwierkanie wydaje się być tańsze od postowania na Facebooku.

Na koniec fajny case z cy… piersiami. I to na Twitterze! Enjoy.

„Wszystko albo nic”, czyli koniec mitu o darmowym marketingu na Facebooku

Jednym z pierwszych mitów, które trzeba było zawsze zwalczać był mit o tym, że prowadzenie działań na Facebooku nic nie kosztuje. A jeśli już, to maksymalnie parę tysięcy na kwartał. Klienci na szczęście już zdają sobie sprawę, że trzeba niestety (dla nich) zapłacić za obecność w mediach społecznościowych. Ale czy wiedzą ile kontrolowana i dająca realne korzyści marce lub produktowi kampania kosztuje? Nie zawsze…

A więc kogo i w jakiej liczbie potrzeba, aby wszystko było tak jak trzeba? Po pierwsze zespół składający się z kilkunastu ludzi. Zaczynamy od Social Media Managera, który jest odpowiedzialny za strategię. Często również za kreację. Następnie wszystko spływa do osoby zajmującej się przygotowywaniem treści (Content Designer) oraz moderatora dbającego o kontakt z fanami/followersami/klientami (Community Manager). Doświadczenie tych dwóch osób jest równie ważne co doświadczenie Social Media Managera. Nawet najlepszy generał, z najlepszym zmysłem strategicznym nie wygra wojny dowodząc słabym wojskiem.
Wróćmy do Content Designera. Facebook (jak i całe Social Media zresztą) preferują komunikację obrazkowo/zdjęciową. Co za tym idzie osoba odpowiedzialna za przygotowanie treści nie może już być studentem polonistyki z „lekkim piórem”, która zgrabnie pisze statusy w 90 znakach. Albo muszą to być dwie osoby: od słowa i od obrazu, albo jedna dobra w obu tych zakresach.
Grafik jako Content Designer? Jak najbardziej! Tylko, że musi mieć na czym pracować. Zwłaszcza jeśli klient nie dostarcza zdjęć czy wizualizacji swoich produktów. Wtedy trzeba kupować stockowe zdjęcia (które do tanich nie należą), bądź organizować sesje zdjęciowe dla produktów. Kolejny koszt, tym razem za fotografa i studio.
Co do Community Managerów. Mają niewdzięczne zadanie być 24/7 i możliwie jak najszybciej reagować na zapytania fanów. Jeśli ktoś uważa, że prowadzenie Fan Page’a jest łatwą i przyjemną pracą to się myli. Samo poczucie, że nasza praca nie trwa od 9 do 17 jest bardzo przytłaczające. Co więcej, złota zasada zza oceanu mówi, że jeden Community Manager (zwany również moderatorem) powinien przypadać na każde 100 tysięcy fanów.
Oczywiście potrzebujemy też kogoś z działu „client service”. Jego zadaniem jest stały kontakt z klientem, załatwianie bieżących spraw, monitorowanie jakości pracy Community i Content Managerów, przygotowywanie raportów.
Jak widać są to przynajmniej cztery osoby, które nieustannie pracują nad jedną stroną marki. Oczywiście w przypadku, gdy decydujemy się na aplikacje do powyższej, radosnej gromadki dochodzi programista, grafik, czasami również animator.

Co zatem zrobić, gdy klient nie ma budżetu na pełny „zestaw”? Zazwyczaj jeden team prowadzi kilku klientów. Rozumiem dwóch, czy nawet trzech, ale przy wyższej liczbie zaczyna być to niebezpieczne. Dlaczego? O ile „akanci” to nie ludzie, tylko cyborgi i mogą obsługiwać kilku klientów to reszta zespołu się hmm… „rozmywa”.
Social Media Manager wymyśla dziesiątki strategii czy kreacji i nie ma siły, aby być cały czas na bieżąco z ciągle zmieniającym się światem mediów społecznościowych. Content Designer musi wymyślać dziesiątki wpisów dziennie (lub grafik) i po paru tygodniach bądź miesiącach po prostu kończą mu się pomysły co skutkuje spadkiem jakości tworzonej treści. Język i styl komunikacji Community Managera moderującego kilkanaście stron z biegiem czasu staje się monotonny. Wszystkie komunikaty, komentarze czy odpowiedzi zaczynają być coraz bardziej do siebie podobne.

Aby Fan Page rósł (przy założeniu, że nie jest wspierany przez viral lub inne kanały komunikacji) trzeba dosłownie pompować pieniądze w reklamę. Czy to w standardowe formaty, czy w promocje wpisów lub ich zasięgu. Skończyły się czasy gdy w Social Media wystarczyło „być”.

Jaki zatem wniosek na koniec? Jeśli marka chce się wybić w mediach społecznościowych na tle innych musi przyjąć opcję „full service” z pełnym zespołem i zapleczem. Inaczej będzie tylko kolejnym Fan Page’em w serwisie, który coraz bardziej tonie w informacyjnym chaosie. 

PS. Opisuję trochę idealny świat. Musimy być świadomi, że każda agencja ma inną strukturę, inne nazewnictwo i kompetencje stanowisk.

„Wszystko albo nic”, czyli koniec mitu o darmowym marketingu na Facebooku

Jednym z pierwszych mitów, które trzeba było zawsze zwalczać był mit o tym, że prowadzenie działań na Facebooku nic nie kosztuje. A jeśli już, to maksymalnie parę tysięcy na kwartał. Klienci na szczęście już zdają sobie sprawę, że trzeba niestety (dla nich) zapłacić za obecność w mediach społecznościowych. Ale czy wiedzą ile kontrolowana i dająca realne korzyści marce lub produktowi kampania kosztuje? Nie zawsze…

A więc kogo i w jakiej liczbie potrzeba, aby wszystko było tak jak trzeba? Po pierwsze zespół składający się z kilkunastu ludzi. Zaczynamy od Social Media Managera, który jest odpowiedzialny za strategię. Często również za kreację. Następnie wszystko spływa do osoby zajmującej się przygotowywaniem treści (Content Designer) oraz moderatora dbającego o kontakt z fanami/followersami/klientami (Community Manager). Doświadczenie tych dwóch osób jest równie ważne co doświadczenie Social Media Managera. Nawet najlepszy generał, z najlepszym zmysłem strategicznym nie wygra wojny dowodząc słabym wojskiem.
Wróćmy do Content Designera. Facebook (jak i całe Social Media zresztą) preferują komunikację obrazkowo/zdjęciową. Co za tym idzie osoba odpowiedzialna za przygotowanie treści nie może już być studentem polonistyki z „lekkim piórem”, która zgrabnie pisze statusy w 90 znakach. Albo muszą to być dwie osoby: od słowa i od obrazu, albo jedna dobra w obu tych zakresach.
Grafik jako Content Designer? Jak najbardziej! Tylko, że musi mieć na czym pracować. Zwłaszcza jeśli klient nie dostarcza zdjęć czy wizualizacji swoich produktów. Wtedy trzeba kupować stockowe zdjęcia (które do tanich nie należą), bądź organizować sesje zdjęciowe dla produktów. Kolejny koszt, tym razem za fotografa i studio.
Co do Community Managerów. Mają niewdzięczne zadanie być 24/7 i możliwie jak najszybciej reagować na zapytania fanów. Jeśli ktoś uważa, że prowadzenie Fan Page’a jest łatwą i przyjemną pracą to się myli. Samo poczucie, że nasza praca nie trwa od 9 do 17 jest bardzo przytłaczające. Co więcej, złota zasada zza oceanu mówi, że jeden Community Manager (zwany również moderatorem) powinien przypadać na każde 100 tysięcy fanów.
Oczywiście potrzebujemy też kogoś z działu „client service”. Jego zadaniem jest stały kontakt z klientem, załatwianie bieżących spraw, monitorowanie jakości pracy Community i Content Managerów, przygotowywanie raportów.
Jak widać są to przynajmniej cztery osoby, które nieustannie pracują nad jedną stroną marki. Oczywiście w przypadku, gdy decydujemy się na aplikacje do powyższej, radosnej gromadki dochodzi programista, grafik, czasami również animator.

Co zatem zrobić, gdy klient nie ma budżetu na pełny „zestaw”? Zazwyczaj jeden team prowadzi kilku klientów. Rozumiem dwóch, czy nawet trzech, ale przy wyższej liczbie zaczyna być to niebezpieczne. Dlaczego? O ile „akanci” to nie ludzie, tylko cyborgi i mogą obsługiwać kilku klientów to reszta zespołu się hmm… „rozmywa”.
Social Media Manager wymyśla dziesiątki strategii czy kreacji i nie ma siły, aby być cały czas na bieżąco z ciągle zmieniającym się światem mediów społecznościowych. Content Designer musi wymyślać dziesiątki wpisów dziennie (lub grafik) i po paru tygodniach bądź miesiącach po prostu kończą mu się pomysły co skutkuje spadkiem jakości tworzonej treści. Język i styl komunikacji Community Managera moderującego kilkanaście stron z biegiem czasu staje się monotonny. Wszystkie komunikaty, komentarze czy odpowiedzi zaczynają być coraz bardziej do siebie podobne.

Aby Fan Page rósł (przy założeniu, że nie jest wspierany przez viral lub inne kanały komunikacji) trzeba dosłownie pompować pieniądze w reklamę. Czy to w standardowe formaty, czy w promocje wpisów lub ich zasięgu. Skończyły się czasy gdy w Social Media wystarczyło „być”.

Jaki zatem wniosek na koniec? Jeśli marka chce się wybić w mediach społecznościowych na tle innych musi przyjąć opcję „full service” z pełnym zespołem i zapleczem. Inaczej będzie tylko kolejnym Fan Page’em w serwisie, który coraz bardziej tonie w informacyjnym chaosie. 

PS. Opisuję trochę idealny świat. Musimy być świadomi, że każda agencja ma inną strukturę, inne nazewnictwo i kompetencje stanowisk.

Gdzie tkwi siła Facebooka?

Źródło: wikipedia.pl

Zapewne nie raz zastanawialiście się dlaczego pod zdjęciem nagiej dziewczyny z „Elitarnych d..czek”, które minutę wcześniej polubiliście pojawia się komentarz waszej znajomej o treści „no ładne to się zdjęcia ogląda”. Już pędzę z wytłumaczeniem…

Otóż każdy nasz „like”, komentarz czy udostępnienie tworzy tak zwaną „historię” (ang. story).
I nic na to nie poradzimy. Również na to, że tą „historię” zobaczy około 20-30 naszych znajomych, w zależności od kochanego wszem i wobec EdgeRanka. Dla zwykłego użytkownika jest to problem bo nie każdy przed rodziną chce się pochwalić, że komentuje lub lubi zdjęcia erotyczne lub treści kontrowersyjne. Dla marketerów jednak , zwłaszcza tych w wersji „SM Ninja” jest to mega potencjał do wykorzystania.
Niestety dalej większość osób marketing na Facebooku widzi jako relację Fan Page -> Fan. No może jeszcze zdają sobie sprawę, że fan może coś tam nabazgrać na Fan Page’u ulubionej (w Polsce raczej: znienawidzonej) marki. Pozdrawiamy telekomy! ;-)
Jest to komunikacja „business to customer” (b2c), czyli informacyjny push jak w TV, prasie czy outdorze. Na szczęście generowane „historie” sprawiają, że komunikacja b2c jest zaledwie czubkiem góry lodowej, a jej podstawą jest komunikacja „customer to customer” (c2c).
Badania Nielsena pokazują, że c2c cieszy się dwa razy większym zaufaniem niż b2c.

Zaufanie klientów według Nielsena

A czy to zaufanie przekłada się na sprzedaż? W USA jak najbardziej według badań ComScore oraz Facebooka, co wydaje się logiczne, ponieważ skoro nasz znajomych coś kupił lub skorzystał z jakiejś usługi to musi ona być dobra. Okazuje się, że efekt ten przenosi się w dużym stopniu na zaufanie wobec tego co nasi facebookowi znajomi polubią, skomentują albo udostępnią!

Wzrost sprzedaży w sklepie online oraz offline dla sieci „Target” w USA. Grupa testowa to fani Fan Page’a oraz ich znajomi  po 4 tygodniach ekspozycji na kontent zamieszczany na stronie.

Oczywiste jednak jest, że na czubku tej góry lodowej jest kontent. Musi być angażujący, aby nasi fani stworzyli z niego „historie”. Jednocześnie powinien być związany z produktem, tak aby znajomi naszych fanów, po zobaczeniu historii wiedzieli jakiej marki on dotyczy. Dobry przekaz marketingowy, jakim niewątpliwie są również wpisy ma Fan Page’u, ma swoją skuteczność. Moim zdaniem na Facebooku skuteczność ta jest iloczynem „wartości kontentu” (ilość informacji o marce/produkcie, którą post zawiera) oraz „potencjału zasięgowego”. Potencjał ten rozumiany oczywiście jako liczbę wyświetleń danej treści i jest też zależny od tego jak dużo „historii” wygenerują osoby, które go zobaczyły.
Typowy „żebrolajk” z kotem ma „wartość kontentu” bardzo niską, ale wysoki „potencjał zasięgowy”. Jak to się przekłada na skuteczność przekazu pokazuje poniższa grafika: 

Skuteczność przekazu na Facebooku

Solidna treść na Facebooku będzie miała wynik oscylujący w okolicach 10. Nie łudźmy się, wyniki między 16 a 25 to złote strzały, które stanowią zapewne około 2-3% wszystkich postów. 

Jak z drugiej strony osądzić post, który przedstawia dwa modele samochodów jednej marki i ma treść „Jeśli A to polub, jeśli B to skomentuj”? Zarówno wartość kontentu jak i potencjał zasięgowy jest spory, co niesie za sobą dużą skuteczność przekazu… Czy ten „żebrolajk” jest zły? Zwłaszcza, że jest treścią produktową, która trafia do dużej ilości odbiorców poprzez komunikacje c2c.

Zapewne powyższe „wyliczenia” i definicje składowych skuteczności przekazu na Facebooku okażą się dosyć kontrowersyjne. Nie wszyscy się z nimi zgodzą… i dobrze! Bo moim zdaniem, aby obronić Facebooka przed totalną anarchią i chaosem (zachowując jednocześnie skuteczność działań), trzeba rozmawiać i dyskutować. Nie tylko czytać i przyklaskiwać.

Gdzie tkwi siła Facebooka?

Źródło: wikipedia.pl

Zapewne nie raz zastanawialiście się dlaczego pod zdjęciem nagiej dziewczyny z „Elitarnych d..czek”, które minutę wcześniej polubiliście pojawia się komentarz waszej znajomej o treści „no ładne to się zdjęcia ogląda”. Już pędzę z wytłumaczeniem…

Otóż każdy nasz „like”, komentarz czy udostępnienie tworzy tak zwaną „historię” (ang. story).
I nic na to nie poradzimy. Również na to, że tą „historię” zobaczy około 20-30 naszych znajomych, w zależności od kochanego wszem i wobec EdgeRanka. Dla zwykłego użytkownika jest to problem bo nie każdy przed rodziną chce się pochwalić, że komentuje lub lubi zdjęcia erotyczne lub treści kontrowersyjne. Dla marketerów jednak , zwłaszcza tych w wersji „SM Ninja” jest to mega potencjał do wykorzystania.
Niestety dalej większość osób marketing na Facebooku widzi jako relację Fan Page -> Fan. No może jeszcze zdają sobie sprawę, że fan może coś tam nabazgrać na Fan Page’u ulubionej (w Polsce raczej: znienawidzonej) marki. Pozdrawiamy telekomy! ;-)
Jest to komunikacja „business to customer” (b2c), czyli informacyjny push jak w TV, prasie czy outdorze. Na szczęście generowane „historie” sprawiają, że komunikacja b2c jest zaledwie czubkiem góry lodowej, a jej podstawą jest komunikacja „customer to customer” (c2c).
Badania Nielsena pokazują, że c2c cieszy się dwa razy większym zaufaniem niż b2c.

Zaufanie klientów według Nielsena

A czy to zaufanie przekłada się na sprzedaż? W USA jak najbardziej według badań ComScore oraz Facebooka, co wydaje się logiczne, ponieważ skoro nasz znajomych coś kupił lub skorzystał z jakiejś usługi to musi ona być dobra. Okazuje się, że efekt ten przenosi się w dużym stopniu na zaufanie wobec tego co nasi facebookowi znajomi polubią, skomentują albo udostępnią!

Wzrost sprzedaży w sklepie online oraz offline dla sieci „Target” w USA. Grupa testowa to fani Fan Page’a oraz ich znajomi  po 4 tygodniach ekspozycji na kontent zamieszczany na stronie.

Oczywiste jednak jest, że na czubku tej góry lodowej jest kontent. Musi być angażujący, aby nasi fani stworzyli z niego „historie”. Jednocześnie powinien być związany z produktem, tak aby znajomi naszych fanów, po zobaczeniu historii wiedzieli jakiej marki on dotyczy. Dobry przekaz marketingowy, jakim niewątpliwie są również wpisy ma Fan Page’u, ma swoją skuteczność. Moim zdaniem na Facebooku skuteczność ta jest iloczynem „wartości kontentu” (ilość informacji o marce/produkcie, którą post zawiera) oraz „potencjału zasięgowego”. Potencjał ten rozumiany oczywiście jako liczbę wyświetleń danej treści i jest też zależny od tego jak dużo „historii” wygenerują osoby, które go zobaczyły.
Typowy „żebrolajk” z kotem ma „wartość kontentu” bardzo niską, ale wysoki „potencjał zasięgowy”. Jak to się przekłada na skuteczność przekazu pokazuje poniższa grafika: 

Skuteczność przekazu na Facebooku

Solidna treść na Facebooku będzie miała wynik oscylujący w okolicach 10. Nie łudźmy się, wyniki między 16 a 25 to złote strzały, które stanowią zapewne około 2-3% wszystkich postów. 

Jak z drugiej strony osądzić post, który przedstawia dwa modele samochodów jednej marki i ma treść „Jeśli A to polub, jeśli B to skomentuj”? Zarówno wartość kontentu jak i potencjał zasięgowy jest spory, co niesie za sobą dużą skuteczność przekazu… Czy ten „żebrolajk” jest zły? Zwłaszcza, że jest treścią produktową, która trafia do dużej ilości odbiorców poprzez komunikacje c2c.

Zapewne powyższe „wyliczenia” i definicje składowych skuteczności przekazu na Facebooku okażą się dosyć kontrowersyjne. Nie wszyscy się z nimi zgodzą… i dobrze! Bo moim zdaniem, aby obronić Facebooka przed totalną anarchią i chaosem (zachowując jednocześnie skuteczność działań), trzeba rozmawiać i dyskutować. Nie tylko czytać i przyklaskiwać.

Jednorożce biegające po tęczy i elfickie wróżki, czyli marketing na Facebooku.

Dalej w modzie Social Mediowej są dwa pojęcia: „budowanie społeczności wokół marki” oraz „engagement”. Wzniosłe i piękne. Zwłaszcza to pierwsze, bo drugie uległo mocnej dewaluacji poprzez lawinę „żebrolajków”. Ja chciałbym się zapytać, czy to magiczne, tęczowe wręcz „budowanie społeczności” opłaca się każdej marce na Facebooku.

Pewien czas temu pisałem o tym jakie rodzaje produktów powinny (lub nie) być obecne na Facebooku. Teraz chciałbym się zastanowić jaką strategię powinny przyjąć poszczególne produkty.
Z jednej strony mamy „budowanie społeczności”, które na wszystkie możliwe sposoby opisali Socialowi Ninja. Po drugiej są strategie „zasięgowe” budowane na bazie „lol-kontentu”. My jesteśmy jak ten jednorożec, który w odpowiednim miejscu tęczy musi zająć miejsce.

Podsumowując, jak gdzieś przeczytacie, że „budowanie społeczności” jest jedynym słusznym działaniem na Facebooku czy w innych mediach społecznościowych, to pamiętajcie, że jest to prawda tylko dla pewnej części marek czy usług. Jeśli natomiast w tym samym wpisie doczytacie o złu jakie generuje lol-kontent i działania mające za zadanie dotrzeć do jak największej liczby użytkowników, to nie dajcie się zwieść. Takie działania też mają swoje uzasadnienie i są skuteczne.