Ile waży hejter?

Pojęcie „hejter” (ang. hater) stało się ostatnio bardzo modne, a co za tym idzie zyskało kilka obiegowych definicji. Coraz częściej jednak się zdarza, że nie jest prawidłowo używane w kontekście konkretnych osób i ich wypowiedzi. Serwisy społecznościowe oraz blogi stały się naturalnym domem „hejterów” i polem ich działania. Ale kim oni właściwie są? Ile waży „hejter”?


Zacznijmy od analizy dostępnych w internecie definicji:

Definicja #1
„A person that simply cannot be happy for another person’s success. So rather than be happy they make a point of exposing a flaw in that person.

Hating, the result of being a hater, is not exactly jealousy. The hater doesnt really want to be the person he or she hates, rather the hater wants to knock somelse down a notch.”
Ta definicja, pochodząca ze strony www.urbandictionary.com, szczególnie przypadła mi do gustu. Oddaje ona moim zdaniem najlepiej to kim jest „hejter” – osobą, która zawsze „szuka dziury w całym”.  Przed czasami internetu to właśnie o takich jednostkach mówiono, że „hejtują”. Jednak przeanalizujmy następującą sytuację:
Osoba X: „Tomek osiągnął wiele na polu marketingu interaktywnego”
Hejter: „Co z tego, jak dalej nie ogarnia social media”
Tomek może być najlepszy w tym co robi. Dzięki temu ma dużo pieniędzy i uznanie ludzi branży. Jednak „hejter” wypomni tak małą istotną rzecz dla ogólnej działalności Tomka, jaką jest nieumiejętne prowadzenie działań w mediach społecznościowych. 
W tym momencie nachodzi mnie refleksja. Jeśli Tomek, rzeczywiście sobie nie radzi to „hejter” tylko stwierdza pewien fakt, pewną oczywistość. Co w tym jest złego? Zwłaszcza, jeśli rzekomy „hejter” zgadza się z tym, że Tomek jest mistrzem pozostałych kanałów marketingu interaktywnego.
Definicja #2
„Zazdrosny koleś który nie potrafi cieszyć sie sukcesem kogoś innego, dlatego próbuje wytknąć w nim wszystkie możliwe wady.
1.
- Ten Arek ostatnio tyle kasy zarobił…a mu się nie należy, on nawet nie jest z tego osiedla!
- Skończ pi****lić hejterze.

2.
- Popatrz jakiego sobie Merca kupił, zasraniec…
- Jesteś hejterem. Harował ciężko, zarobił, to ma!”
Powyższa definicja oraz przykłady pochodzą ze strony www.miejski.pl.

Ta definicja jest tożsama z tą ze strony urbandictionary.com, jednak podane przykłady są bardziej interesujące. Różnią się one tym od poprzedniego, że to „hejter” pierwszy angażuje dyskusję o  negatywnym wydźwięku, z obrażaniem włącznie. Jest to moim zdaniem bardzo ważna kwestia gdy chcemy zdefiniować „hejtera”.

Kim zatem jest „hejter”?

Definicja „hejtera” zależy, moim zdaniem, od 4 zmiennych. W zależności od tego jak odpowiemy sobie na poniższe 4 pytania (zmienne), nasza prywatna definicja „hejtera” może przybierać różne formy:
- czy „hejter” sam angażuje „hejt” i negatywne komentarze, czy robi to tylko gdy zostanie sprowokowany?
- czy „hejt” jest skierowany bezpośrednio do osoby „hejtowanej” czy okazywany wśród osób trzecich?
- czy „hejt” dotyczy tylko konkretnej osoby lub organizacji?
- czy „hejt” zawiera w sobie obrażanie lub wyzywanie?
Jak widać definicja osoby „hejtera” ma bardzo szerokie, wręcz wielowymiarowe spektrum. Dlatego odpowiedź na pytanie z tytułu wpisu brzmi: „Tyle ile wynosi nasza odporność na krytykę i wewnętrzna pewność siebie”.  Bo tak naprawdę osoby, które nie są pewne siebie i swoich działań „hejterem” nazwą każdego, kto się z nimi nie zgadza.

Blogerzy a reszta świata

Z tym co poniżej napisałem biłem się od pewnego czasu. Chodzi o zjawisko popularności blogerów w polskim internecie. I powiem wprost – ta popularność i szum są przecenione. Zapewne czytając ten wpis wyrobisz sobie, Drogi Czytelniku, opinię na mój temat dosyć nieprzychylną. Hipokryta, zazdrośnik, hejter… Jestem na to gotowy bo mam nadzieję, że znajdzie się chociaż jedna osoba, która przyjmie moje argumenty „na sucho” i będzie miała ochotę na merytoryczną dyskusję odnośnie takiego medium, jakim jest blogosfera. A zatem…


Blogosfero – zmierzmy się!

Jednym z najbardziej irytujących mnie stwierdzeń jest to, że blogerzy z czasem wyprą dziennikarzy. Tak naprawdę to moje uczucia wobec takich predykcji są mieszaniną wyżej wspomnianej irytacji, zdziwienia, wkurzenia i politowania. Dlaczego tak jest?

Ponieważ bloger zazwyczaj nie ma warsztatu potrzebnego do pisania

Dziennikarze (chociaż przyznaję, że nie wszyscy) mają napisanych w swoim życiu setki różnych form dziennikarskich takich jak felietony, reportaże, artykuły, recenzje, eseje czy wywiady. Obstawiam, że 99% blogosfery nie potrafi wskazać różnic pomiędzy tymi formami lub nawet wskazać ich cech charakterystycznych. Czytając popularne blogi za cholerę nie widzę pomysłu na wpis. Zazwyczaj są to zlepki różnych myśli. Podczas lektury takiego wpisu z brakiem jakiegokolwiek szkieletu, bardzo szybko zapominamy co w nim było. Na świeżo, machinalnie klikniemy w „lubię to” lub skomentujemy go w mało odkrywczy sposób. Oczywiście do tego dochodzą literówki, nadmierne używanie słownictwa branżowego i technicznego. Ostatnio w modzie jest też rzucanie przekleństwami (taka konwencja) na lewo i prawo.

Są wyjątki i blogerzy, którzy mają bardzo dobrze opanowany warsztat pisania. To się chwali i życzyłbym sobie więcej takich osób. To w jaki sposób coś serwujemy innym ma duże znaczenie.

Sam mam w swoim warsztacie bardzo dużo do poprawienia. Być może już nigdy nie uda mi się go poprawić do bardzo dobrego poziomu czołowych dziennikarzy w kraju. Dlatego też nie mam ambicji bycia „elitą” blogerów. Proszę zatem, darujcie sobie argument mojej hipokryzji w komentarzach.

Dziennikarz to też charakter

Punkt pierwszy nie bez powodu jest zestawiony obok siebie z punktem drugim. Są to naczynia powiązane. Aby mieć warsztat na wysokim poziomie, trzeba być wytrwałym, dokładnym i sumiennym. Są to cechy mocno zakorzenione w człowieku. Świadczy o tym fakt, że sumienność należy do tak zwanej „wielkiej piątki”, czyli pięciu cech mierzonych przez najbardziej popularny test osobowościowy. Oczywiście można z tym walczyć i nawet odnosić sukcesy w pracy nad sobą. Jednak taka walka jest wyczerpująca a z doświadczenia wiem, że bardzo łatwo wrócić do poprzedniego stanu rzeczy. Taki „efekt yo-yo” cech charakteru. 

Jak się łatwo domyśleć mam niezbyt wysoki wskaźnik sumienności we wszelkich testach, stąd też obawa, że nie uda mi się podnieść warsztatu pisania do założonego poziomu ;-)

Zasięg

Po pierwsze nie mówmy, że w Polsce są 3 miliony blogerów. Ta liczba pokazuje liczbę założonych kont na  platformach blogerskich takich jak Blogspot czy WordPress. Gdyby blogerów było rzeczywiście 3 miliony to jadąc rano do pracy wypełnionym autobusem, powinienem podróżować razem z przynajmniej dwoma innymi blogerami. Kurczę, szkoda, że nie noszą plakietek, bo bym zagadał…

Instytut Monitorowania Mediów monitoruje ponad 1000 tytułów prasy lokalnej i regionalnej. W każdym tytule pracuje kilku dziennikarzy. Większość tytułów ma nakład i sprzedaż w tysiącach egzemplarzy. Jeśli założymy, że dziennikarz to bloger, który zamiast online pisze na papier, to mamy armię specjalistów z różnych dziedzin. I każdy z nich ma zasięg, którym nie pogardziłby nie jeden bloger.
Nie zapominajmy, że większość tytułów prasowych idąc z duchem czasu ma swoje strony WWW, które też mają olbrzymi zasięg, a treści piszą do nich też dziennikarze.

Po drugie. Ile jest wart zasięg blogerów? Tak zwana elita ma ponad 100 tysięcy odsłon miesięcznie. Reszta zdecydowanie mniej – po kilka tysięcy. Jeśli przyjmiemy koszt CPM (za tysiąc wyświetleń) na poziomie 30 PLN to z 100 tysięcy odsłon miesięcznie można wyciągnąć 3000 PLN. Oczywiście jeśli jesteśmy elitą. Jak to się ma do milionowych zasięgów większości portali, dobrze wiemy.

Czytelnicy bloga są bardziej wartościowi dla klienta? Nie do końca, bo przy obecnym rozwoju reklamy targetowanej już nie strzela się „na ślepo” kreacjami, tylko dobiera odpowiedni profil użytkownika na bardzo konkretnej stronie. Zwiększa to konwersję na leady sprzedażowe, które możemy mierzyć. Czy blogerzy potrafią powiedzieć jak ich blogi sprzedają produkty firm, z którymi współpracują?

Blog nie jest niczym specjalnym, jest tylko kolejną pozycją w rozbudowanym mediaplanie.



Każdy pisać może, trochę lepiej lub trochę gorzej, czyli witamy w Web 2.0

Web 2.0 i rozwój mediów społecznościowych to pożywka dla ludzkiego ekshibicjonizmu. Niemal każdy chce się czymś podzielić, pochwalić czy na coś pożalić. Lubimy jak ludzie nas słuchają. Lubimy jak nas czytają i udostępniają nasze treści dalej. Cieszymy się, gdy jesteśmy uważani za specjalistów w jakiejś dziedzinie.

Lekarze, architekci, prawnicy itp. – oni nie muszą pisać bloga, aby czuć się specjalistami. Na co dzień robią wiele pożytecznych rzeczy dla innych, od ich decyzji zależą losy nierzadko całych społeczności czy instytucji. Dziennikarze mają misję społeczną, którą jest informowanie społeczeństwa na temat bieżących wydarzeń z wielu dziedzin, głównie polityki i gospodarki. A jaka jest rola blogerów? Moim zdaniem rozrywkowa. Oczywiście są tacy, którzy piszą o bardzo konkretnej tematyce, ale jest to jednak mniejszość jeśli chodzi o zasięg. Nie można też blogerom odmówić charakteru opiniotwórczego, zresztą podobnie jak dziennikarzom.

Pisanie, aby dać czytelnikom rozrywkę, albo w celu ekshibicjonizmu nie wymaga świetnego warsztatu, ponieważ bardziej liczy się autentyczność i szczerość wypowiedzi.I teraz rodzi się następujące pytanie: co jest ważniejsze dla internautów? Rzetelna i obiektywna analiza/opinia dziennikarza, czy subiektywna, nacechowana emocjami treść od blogera?

Dziennikarze przespali swoją szansę

Wraz z nadejściem Web 2.0. zaczęło się rozwijać pojęcie „personal brandingu”, zwłaszcza w mediach elektronicznych. Co więcej serwisy społecznościowe, platformy blogerskie, a ostatnio nawet sam Google dają narzędzia do budowania swojej pozycji w internecie. Nie skorzystali z nich odpowiednio szybko dziennikarze, dlatego są sami sobie winni, że na ich poletko wkroczyli dziarsko blogerzy. Szczególnie mocno odczuły to osoby zajmujące się modą, ponieważ blogosfera modowa urosła do bardzo dużych rozmiarów. A przecież zanim objawiły się szafiarki, na rynku prasy były tytuły związane z modą, trendami, w których pracowały doświadczone dziennikarki.

Dziennikarze dopiero uczą się, na przykład, Twittera oraz transparentności swojej osoby w internecie. Poza tym nie zapominajmy, że zazwyczaj jest tak, że dziennikarz pisze – bo musi, bloger – bo chce. Dla jednych jest to praca i zawód, dla drugich przygoda, która ma szansę zamienić się w normalny etat. Wierzcie mi, coś tam bloguję, ale też jestem początkującym dziennikarzem i podzielenie treści na dwie platformy to bardzo trudna rzecz, bo za każdym razem stoję przed dylematem jaki materiał gdzie zamieścić. Muszę zawieść Cię Drogi Czytelniku – lepsze kąski częściej trafiają na łamy Brief niż „Why so social”.

Na koniec

Wylałem co mi na sercu leży w sprawie „świętej wojny” polskiej branży. Zapewne coś mi się przypomni jeszcze i dopiszę. Jeśli ktoś się z czymś nie zgadza, ma inne spojrzenie, doświadczenie to zapraszam do komentowania. Jestem tym wymierającym gatunkiem ludzi, który potrafi powiedzieć, że jest w błędzie i przyjąć wiedzę od innej osoby.  
Nie poruszyłem też tematu vlogerów, którzy zasługują na osobne opracowanie. Jednak już teraz jestem skłonny stwierdzić, że to przed nimi może rysować się najbardziej świetlana przyszłość.

10 tys. na promocję własnego biznesu

Dużo małych i średnich firm ma na swoją promocję przeznaczony ograniczony budżet. Możliwości jego wydania jest bardzo dużo, co rodzi pytanie: „Jak go wydać efektywnie”. We wpisie przyjąłem wysokość budżetu na poziomie 10 tysięcy złotych. Mając do dyspozycji kwoty kilkanaście lub kilkadziesiąt razy większe, możemy szaleć i paradoksalnie zadanie może być łatwiejsze. Proponowana przeze mnie wielkość pozwoli na przeprowadzenie skutecznej promocji zmuszając nas jednocześnie do wzniesienia się na wyżyny pomysłowości.



Budżet zazwyczaj dzieli się na dwie części: produkcja i media. Mając 10 tysięcy złotych musimy być szczególnie ostrożni na co i gdzie wydamy każdą złotówkę.
Załóżmy, że sprzedajemy jakiś produkt w postaci koszulek czy biżuterii. Uruchamiamy część budżetu przeznaczonego na produkcję i stawiamy stronę wraz ze sklepem internetowym. Musi być prosta (bo tanio), ładna (żeby nikt po trzech sekundach nie uciekł) i z prostą ścieżką konwersji. Najlepiej duży przycisk „kup teraz” albo „w czerwcu 25% zniżki”. Za 5-6 tysięcy złotych możemy taką stronę mieć od freelancera, który ją zrobi po godzinach pracy w korporacji. Oczywiście będziemy czekać kilka tygodni dłużej na nasze zamówienie, ale oszczędzimy sporo.

Pozostaje około 5 tysięcy przeznaczamy na media (promocję). Najpierw wykorzystajmy naszych znajomych. Poprośmy ich o udostępnienie strony, zdjęć produktów w mediach społecznościowych. Potem poszukajmy for internetowych związanych z naszym produktem i zaangażujmy się w nie. Ale nie na zasadzie spamu (wrzucanie wszędzie linku bez wyjaśniania o co chodzi), tylko merytorycznej dyskusji. Informacje o naszym sklepie zamieśćmy w naszym forumowym profilu, najlepiej podpisie.
Załóżmy też stronę na Facebooku, konto na Instagram oraz na Pinterest. Te trzy platformy komunikację opierają na zdjęciach i obrazach, więc jest to najlepsze miejsce do promowania produktów. Pamiętajmy o odpowiednim tagowaniu i linkowaniu do naszej strony lub sklepu.

Aby zaoszczędzić na pozycjonowaniu podepnijmy pod naszą stronę blog, który będziemy stale uzupełniać ciekawymi treściami przynajmniej raz w tygodniu. W świecie rzeczywistym, jak również w internecie działa reguła wzajemności. Dając ciekawe treści zwiększamy szansę, że ktoś ja udostępni, odwiedzi naszą stronę lub nawet kupi nasz produkt.

W wydaniu pieniędzy na media musimy być sprytni. Koszulek jako takich nie szukamy w internecie tylko idziemy do sklepu. Jednak gdy organizujemy wieczór kawalerski to jest wielce prawdopodobne, że w wyszukiwarce wpiszemy frazę „koszulka na kawalerski”. Przygotujmy odpowiedni produkt i wydajmy pieniądze właśnie na taką frazę w ad wordsach (oczywiście nie w grudniu tylko podczas sezonu). Z promocją biżuterii wystartujmy w Walentynki razem z frazą „prezent na walentynki”. Promując nowy produkt, którego nikt nie zna to my musimy wyjść do klientów bo jak oni mogą nas szukać, skoro nie wiedzą o naszym istnieniu? Starajmy się wykorzystywać nadarzające sytuacje.
Fundusze na media możemy też wydać na reklamę na Facebooku, aby zdobyć pierwszych fanów. Odpowiednio przygotowana reklama, z dobrze dobraną grupą docelową może zdziałać cuda, nawet jeśli wydamy na nią jeden lub dwa tysiące.

Przy kwocie pięciu tysięcy złotych zapomnijmy raczej o banerach reklamowych i mailingach. Zbyt mała konwersja i CTR. Chyba, że będą nas kosztowały kilkaset złotych zamiast kilku tysięcy.
Skorzystajmy też z narzędzi do monitoringu internetu. Możemy skorzystać jednorazowo z 2 tygodniowego okresu testowego jednego z kilku dostępnych na polskim rynku narzędzi. Najlepiej zrobić to pewien czas po kampanii promocyjnej. Dzięki temu sprawdzimy czy i jaki odniosła skutek. Zobaczymy kto i gdzie rozmawia o naszym produkcie. Są to bardzo cenne informacje.

Podsumowując. Im większa część budżetu idzie na media zamiast na produkcje – tym większe szanse na sukces. Po drugie, mały budżet mediowych wydajemy naraz, aby mieć jak największe uderzenie.
Możliwości wydawania budżetu, nawet wydawałoby się tak niedużego jak 10 tysięcy złotych, jest nieskończenie wiele. Wszystko zależy od grupy celowej naszego produktu, jego rodzaju, czasu i miejsca promocji. Powyższy wpis ma na celu naprowadzić na rozwiązanie problemu, a nie podanie gotowego rozwiązania na tacy. Tak postępują dobrzy psychoterapeuci ;-)

Branża o hashtagach, szafiarkach i seksie.

Bardzo często pod statusami na Facebooku toczy się merytoryczna dyskusja na branżowe tematy. Czasami zdarza się nawet, że dyskusja przebiega bez wymądrzania się, obrażania i personalnych przytyków (czyli bez wszechobecnego hejterstwa). Tak też się wydarzyło pod jednym z moich statusów, dlatego postanowiłem relację z dyskusji przenieść na blog. W końcu co kilka głów to nie jedna.

Bohaterami są byli:
Dawid Pacha – dawidpacha.com
Kamil Mirowski -  mrsocial.pl
Artur Jabłoński - jeszczejedenblog.pl
Maria Wasilewska-Kwiatkowska

no i ja... ;-)

  • Dawid Pacha Zawsze możemy sobie tutaj pogadać Na podstawie jarania się branżuni podejmuje się codziennie mnóstwo złych i nietrafionych decyzji. To jest standard i nie dotyczy tylko hashtagów.
  • Artur Roguski Dawid ja miałem wczoraj dyskusję z panem Opydo, który ewidentnie nie ogarnia, że są osoby zwykłe, które nie są z branży. Naprawdę na Czwartkowe Spotkania Social Media trzeba zgarnąć trochę ludzi z ulicy i zrobić z nimi panel dyskusyjny

  • Kamil Mirowski Ok. Artur. Ponabijamy Ci trochę Klouta Dawid. Dokładnie tak. Bo to, czym się jaramy staramy się zajarać Klientów, którzy zaczynają tego używać. Tak było kilka lat temu z NK i FB (czasy, gdy FB jeszcze był niewiele znaczącym serwisem w PL) – siedziała tam branża, próg wejścia marki był niski, więc agencje pchały tam pomysły, marki itp. Potem wrzucono FB w przestrzeń życia ludzi (wchodźcie na nasz profil, polubicie nas na facebooku itp.) i się nakręciło. Podejrzewam, że gdyby nie zajaranie się branży fejsbuniem – teraz rynek mediów społecznościowych w PL mógłby wyglądać zupełnie inaczej

  • Dawid Pacha Kamil dokładnie to miałem na myśli. Sam Facebook był właśnie wyborem na siłę, pod własne widzimisię. Do dzisiaj wiele firm, które do FB nie pasują zakłada tutaj konto na zasadzie, bo inni zakładają, zamiast poświęcić ten czas na coś produktywnego w marketingu internetowym. Artur jest pomysł, żeby zaprosić zupełnie inne ekspertki od SM, a które z naszą branżą też mają niewiele wspólnego. Chodzi mi o szafiarki, które są przekonane, że mają najlepsze wyczucie w promocji w SM. Coś w tym może być

  • Kamil Mirowski Szafiarki? OMG

  • Kamil Mirowski A wracając do hashtagów – myślicie, że przeciętni Użytkownicy zaczęliby ich używać, gdyby marki nie zaczęły ich nakłaniać? Bo to, że teraz wszyscy marketerzy wymyślą swojego hashtaga i zaczną nakręcać userów – to jest pewne

  • Artur Roguski Będę w pierwszym rzędzie siedział podczas takiego panelu

  • Artur Roguski Hashtag jest klikalny, myślę, że wiele osób odruchowo zacznie w niego klikać i zostanie przeniesionych w zupełnie nowy wymiar.

    Obstawiam, że poprawią znacząco czas spędzony na fejsie i interakcje między użytkownikami/profilami.



    Ta sama zasada, która się od dawna sprawdza na Twiterze i Tumblr

  • Kamil Mirowski Żeby zaglądać im pod sukienki? Zboczeniec!

  • Artur Jabłoński jedno słowo: instagram

  • Artur Roguski teraz w modzie są krótkie spodenki, ale spoko… zrobię Ci Kamil rezerwację w pierwszym rzędzie!

  • Dawid Pacha Tak zupełnie serio, to uważam, że z czasem hashtag się na pewno przyjmie. Teraz jest po prostu za wcześnie. Wiadomo, że nasza branża pierwsza przejmuje trendy w SM. Za pół roku hashtag będzie standardem w komunikacji. Jesteśmy trochę zapóźnieni, bo Twitter się u nas nie przyjął. Na zachodzie hashtag jest standardem. Myślę, że i u nas ludzie zrozumieją o co chodzi i zaczną używać.

  • Dawid Pacha Mam nadzieję, że uda się zaprosić dziewczyny, które etap szafiarki mają dawno za sobą, a dzisiaj po prostu są power influencerami w branży modowej.

  • Artur Jabłoński Powiem to samo, co pisałem Michałowi – to jest nasze zadanie, żeby podłapywać takie rzeczy i wciskać ludziom. Przecież to nie jest tak, że hashtagi są nieprzydatne. Gdyby tak było, to Twitter, Instagram, Tumblr by się chyba zawaliły. Dla Facebooka – i polskiego rynku, gdzie wymienione portale średnio sobie radzą, może poza filtrowanymi fociami – to nowość. Za to nowość, która może dużo zmienić w sposobie wyszukiwania informacji. Na G+ też są i nikt nie narzeka. Także wciśnijmy to ludziom, bo im się przyda.

  • Kamil Mirowski Pewnie tak będzie. Na razie widać po branżowych stronach, że zaczynają promocję hashtagów. A to oznacza, że za chwilę pokażą się jakieś kreatywne rozwiązania marketingowe. I społeczeństwo się nauczy pisać z # przed słowami. Mam tylko nadzieję, że nie okaże się, że każdy post będzie śmietnikiem tagów. #obawa #socialmedia #komunikacja #communication #post #facebook #marketing

  • Artur Jabłoński Kamil będzie jak ze wszystkim. Część będzie prowadzić ciekawą, dobrą komunikację, a część pisać o piątku, wrzucać zdjęcie kota i obtaczać to w mnóstwie haszy.

  • Kamil Mirowski Dokładnie tego się obawiam. Pseudo ninjasy podłapią, że żeby zostać wyświetlonym wszędzie (bo przecież najlepiej być wszędzie) to trzeba każdy post otagować wszystkim. I zrobią sobie listę najpopluarniejszych tagów #cycki #seks itp. i będą wrzucać w każdy post.

  • Artur Roguski Mam wrażenie, że statusy z hashtagami w tym momencie są też przez EdgeRank wspierane. Zasięg nawet chyba dwukrotnie wyższy Potestuje jeszcze na jakiś generycznych stronach.

  • Artur Jabłoński W ogóle sytuacja z hashtagami przypomina mi trochę sytuacje z iOSem7. W sensie: fejs był pierwszy, G+ udoskonalił kilka rzeczy, teraz fejs je kopiuje -> jak iOS od Androida. Tylko że tu jeszcze jest pierwszy twórca, czyli Twitter, ale pomińmy go dla logiki wywodu

  • Kamil Mirowski No w końcu Mark musi wypromować nową funkcjnoalność? To jasne, że teraz posty wykorzystujace nowe funkcjonalności będą miały od razu +10 do EdgeRanka. To dobry sposób wprowadzania nowych produktów. Skoro na Twojej tablicy pojawia się mnóstwo hashtagów lub postów z emocjami – to dlaczego miałbyś się bronić przed ich używaniem? Takie psychologiczne podejście

  • Dawid Pacha Jakiś czas temu dosyć głośno rozprawiałem z Kamilem i Michalem co zmienią hashtagi na FB (
    http://www.webskie.pl/22-webskie-chlopaki/
    ) i doszliśmy do wniosków:

    a) zaczniemy tworzyć inaczej społeczności, być może hashtagi zastąpią Fan Page’e w wielu przypadkach,

    b) jeszcze bardziej wymknie się z rąk firmom kontrola, bo ludzie będą mogli łatwiej się organizować wokół hashtagów.

    www.webskie.pl

    1. Hashtagi na Facebooku? Zastanawiamy się nad konsekwencjami i zaletami tego roSee More

  • Maria Wasilewska-Kwiatkowska Kamil, aż sprawdziłam ile się wyświetla na #seks. Nic. Za to facebook ładnie mi zaczął podpowiadać „Say something about #seks”. Idź panie z tymi internetami…

  • Maria Wasilewska-Kwiatkowska P.S. O, jak ładnie, „” i traktuje # jako element ciągu znaków

  • Kamil Mirowski Dawid, z tą kontrolą to też może być różnie. Bo mądre firmy będą monitorowały jakie hashtagi pojawiają się wokół ich marek i dalej – monitorowały gdzie te hashtagi się pojawiają. I mądre firmy będą brały udział w dyskusjach, w których pojawią się hashtagi związane z ich markami

  • Kamil Mirowski Powinien pytać: „So… you think about sex? What do you think?”

  • Dawid Pacha Kamil i to jest dla nich jedyna droga. O ile Facebook umożliwi im wypowiadanie się poza własnym Fan Page’e, pod wpisami zwykłych ludzi. Na pewno jednak nie pozwoli im na moderację tych wpisów, jak mogą to robić na Fan Page’u.

  • Maria Wasilewska-Kwiatkowska Kamil, ja już się boję sprawdzać co mi zaproponują jeszcze. Za to obawiam się, podobnie jak Ty, że się zrobi taki sam hashtagowy śmietnik jak na Instagramie.

  • Kamil Mirowski Dawid, to chyba będzie regulowane przez ustawienia prywatności Użytkownika? Jeżeli post będzie publiczny – to wszyscy (łącznie z markami) będą mogli pod nim dyskutować. Jeżeli nie – no to cóż. Ale podobnie chyba jest teraz z tagami? Jeżeli otagowałbym np. Czwartkowe Spotkania Social Media w prywatnym poście – to chyba też FP nie mógłby uczestniczyć w dyskusji?

    PS. podczas rejestracji dyskusji nie ucierpiała żadna panda

    PS2. jak nie dasz „lubię to” to gdzieś na świecie zasmuci się mały kotek… :-(

Cz.2 Jak prowadzić działania w mediach społecznościowych?

Wiele firm i przedsiębiorstw jeszcze nie podjęło decyzji na temat tego czy chcą być obecne w mediach społecznościowych ze swoimi produktami lub usługami. Pomijamy fakt, że tę decyzję podjęli za nich ich klienci – wystarczy skorzystać z narzędzi do monitoringu treści w internecie, aby się przekonać, że nie posiadając konta na Facebooku czy kanału na YouTube nasz produkt jest obecny na w mediach społecznościowych. Firmy, które jako pierwsze uwierzyły w moc social media zastanawiają się jakie korzyści dzięki temu osiągnęły i czy da się poprawić efektywność prowadzonych działań. W zależności od wewnętrznej strategii komunikacji firmy, jak również od budżetu, mamy do wyboru dwie drogi. Pierwsza to zatrudnienie w swoich strukturach osoby, bądź zespołu, który będzie odpowiedzialny za komunikację w mediach społecznościowych (omówione we wcześniejszym wpisie). Druga droga, którą omówię poniżej,to zatrudnienie wyspecjalizowanej agencji reklamowej bądź PR.


Jak wybrać odpowiednią agencję do prowadzenia komunikacji w mediach społecznościowych.

1. Pierwsza i fundamentalna zasada to zaufanie. W następnych punktach zostaną opisane rzeczy, na które trzeba zwracać uwagę przy wyborze agencji. Jednak zanim ten proces rozpoczniemy musimy być mentalnie przygotowani, że będziemy współpracować z osobami, które wiedzą co robią i mają odpowiednie doświadczenie. Oczywiście pokusa, aby sugerować wpisy i ich treść jest olbrzymia, ale należy ją szybko poskromić.

2. Agencja, nawet najlepsza i najdroższa, nigdy nie będzie miała 100 procent wiedzy na temat naszej firmy. Musimy się z tym pogodzić i starać, aby ścieżka komunikacji była jak najbardziej efektywna. Najlepszym rozwiązaniem jest zaangażowanie w kontakty z agencją osoby zajmującej się public relations.
Po drugie zanim rozpoczniemy jakiekolwiek działania przygotujmy jak najdokładniejsze informacje o naszej firmie. Agencja nie jest naszym klientem, więc nie próbujmy jej sprzedać naszych produktów jako unikatowych, wspaniałych, niepowtarzalnych. Skupmy się na słabościach równie mocno co na przewagach konkurencyjnych.
Po trzecie zastanówmy się co chcemy osiągnąć w mediach społecznościowych i… bądźmy gotowi na to, że jesteśmy w błędzie. Podczas wyboru jednej z agencji i przygotowaniu przez nie ofert dajmy im poczucie, że to co jest w briefie, nie jest ostateczne.

3. Nie wysyłajmy briefu lub zapytania do wszystkich agencji jakie tylko znajdziemy. Marnujemy czas swój i agencji. Niestety Polska w tym względzie jest wręcz upośledzona. Każdy wysyła do każdego, z każdym się spotyka. Wszyscy mają mniej czasu, więc muszą robić więcej i szybciej. Oczywiście odbija się to negatywnie na jakości świadczonych usług. Pokłosie tego przyzwyczajenia będziemy zbierać jeszcze przez wiele lat.
Jak zatem powinna wyglądać idealna sytuacja? Przeglądamy portfolio klientów agencji i wybieramy 3 (słownie: trzy) agencje, które otrzymają od nas brief. Wyboru dokonujemy na podstawie doświadczenia agencji w pracy z markami z tej samej kategorii lub markami o zbliżonym potencjale do naszej. Spróbujmy zebrać feedback na temat działań i kampanii, które zrealizowały.
Na koniec najlepsze – jedna z trzech agencji wygra nasz budżet, dwie pozostałe dostaną wynagrodzenie za udział w przetargu. Owo wynagrodzenie ustalamy dla wszystkich jednakowe i powinno być równowartością przynajmniej 24 godzin pracy agencji. Oczywiście możemy sobie zastrzec prawo do wykorzystania pomysłów przegranych agencji (nie polecam jednak tego robić). Co nam da zagwarantowanie pokrycia czasu pracy wszystkich agencji starających się o nasz budżet? To, że przygotują swoje oferty lepiej a przecież o to nam chodzi.

4. Podczas wyboru agencji, oprócz tak oczywistych rzeczy jak odpowiednia strategia, kreatywne pomysły czy działania dodatkowe, musimy wyegzekwować jeszcze jedną rzecz. Chodzi o osobę, która będzie w naszym imieniu pisała do klientów w internecie. Niech agencja przedstawi taką osobę, poznajmy ją, porozmawiajmy o pogodzie, pokażmy nasze biuro, spytajmy o jej doświadczenie. Czemu jest to ważne, nie trzeba tłumaczyć. No chyba, że nie przeszkadza nam, że do kilkunastu lub kilkudziesięciu tysięcy naszych klientów będzie mówił student polonistyki prowadzący jednocześnie siedem innych fanpage’y…
Aż boli gdy agencje, które wygrały duży przetarg, radośnie szukają następnego dnia nowych pracowników (często stażystów). Zażądajmy już na etapie wyboru agencji, aby przedstawiły nam zespół, który będzie się zajmował naszą marką.

5. Konkurencja wśród agencji reklamowych, zwłaszcza tych, które zajmują się mediami społecznościowymi jest bardzo duża. Niestety nie zawsze przekłada się na jakość świadczonych usług. Warto zaproponować okres próbny na kwartał.

Powyższe punkty zdecydowanie nie wyczerpują tematu, jednak mam nadzieję, że zwrócą uwagę na kilka najbardziej istotnych kwestii. Zapraszam do kontaktu w razie dalszych pytań.

Cz.1 Jak prowadzić działania w mediach społecznościowych?

Wiele firm i przedsiębiorstw jeszcze nie podjęło decyzji na temat tego czy chcą być obecne w mediach społecznościowych ze swoimi produktami lub usługami. Pomijamy fakt, że tę decyzję podjęli za nich ich klienci – wystarczy skorzystać z narzędzi do monitoringu treści w internecie, aby się przekonać, że nie posiadając konta na Facebooku czy kanału na Youtube nasz produkt jest obecny na w mediach społecznościowych. Firmy, które jako pierwsze uwierzyły w moc social media zastanawiają się jakie korzyści dzięki temu osiągnęły i czy da się poprawić efektywność prowadzonych działań. W zależności od wewnętrznej strategii komunikacji firmy, jak również od budżetu, mamy do wyboru dwie drogi. Pierwsza, którą omówię poniżej, to zatrudnienie w swoich strukturach osoby, bądź zespołu, który będzie odpowiedzialny za komunikację w mediach społecznościowych. Druga droga to zatrudnienie wyspecjalizowanej agencji reklamowej bądź PR. 

Jak prowadzić działania w mediach społecznościowych wewnątrz firmy.

1. Zacznijmy od zamówienia raportu na nasz temat. Zobaczmy gdzie i co mówią klienci o naszych produktach. Zidentyfikujmy strony, portale, fora internetowe, na których te dyskusje są najczęstsze lub najbardziej intensywne. Nie zapominajmy o przyjrzeniu się też źródłom odwiedzin naszej strony WWW. Zebrane informacje pozwolą podjąć decyzję gdzie warto założyć oficjalne konto i prowadzić działania tak, aby były skierowane do naszej grupy docelowej (obecnych i przyszłych klientów). Oczywiście może się okazać, że nie ma nas w internecie. Jest to również bardzo cenna informacja! Wtedy decyzję dotyczącą wyboru portali społecznościowych podejmujemy na podstawie konsumpcji mediów przez naszego „typowego klienta”.
Warto zamówić raport i monitorować media elektroniczne u kilku dostarczycieli tej usługi jednocześnie. Nie ma narzędzia ani firmy, która bada cały internet.
Polecane narzędzia do monitoringu internetu: Brand24, NewsPoint, SentiOne

2. Czas na opracowanie strategii. Jest to najważniejszy krok, który determinuje nasze działania w mediach społecznościowych na najbliższe lata. Musimy być też świadomi, że z social media już się nie wycofamy, przynajmniej bez szkody dla naszej marki. Na strategię wpływa wiele czynników począwszy od wyników raportu opisanego w punkcie pierwszym a skończywszy na rodzaju produkt lub usługi, który chcemy zaoferować. Poszczególne strategie postaram się opisywać dokładniej w kolejnych wpisach, ponieważ jest to przysłowiowy temat rzeka.
Opracowanie strategii wiąże się z pierwszymi decyzjami personalnymi. Media społecznościowe są z pogranicza kompetencji marketing managera, brand managera jak również działu PR. Warto, aby te osoby usiadły przy jednym stole i rozpoczęły prace. Jednak taki zespół trzeba zasilić osobą, która bardzo dobrze zna know-how mediów społecznościowych i się w nich specjalizuje. Taka osoba naprowadzi zespół na odpowiednie tory, pomoże wskazać cele, które realnie można osiągnąć. Sprawi, że unikniemy wielu pułapek mediów społecznościowych, takich jak puste zaangażowanie czy fikcyjni fani.
Specjalistę ds. mediów społecznościowych możemy zatrudnić jako konsultanta na czas tworzenia strategii. Najlepiej wybrać osobę z doświadczeniem agencyjnym i klientami z naszej branży w swoim portfolio. Oczywiście taka osoba, może zostać u nas na stałe, aby pilnować egzekucji założonych celów, jednak wiąże się to z dużym, comiesięcznym wydatkiem. Na tym etapie lepiej skorzystać z tymczasowych usług uznanego specjalisty niż zatrudniać na stałe kogoś z mniejszym doświadczeniem, ale za mniejsze pieniądze.

Przekonanie, że stworzenie strategii marki w mediach społecznościowych nie jest rzeczą trudną jest najlepszym znakiem, że potrzebujemy specjalisty.
3. Obecność w mediach społecznościowych to codzienna praca polegająca na prowadzeniu oficjalnych profili marki, monitorowaniu internetu oraz komunikowania się z naszymi fanami, obserwatorami i… klientami. Potrzebna jest nam osoba, która będzie to wszystko w stanie wykonywać. Jakie powinniśmy postawić wymagania wobec kandydata? Na pewno musi sprawnie posługiwać się w piśmie językiem polskim i angielskim. Media społecznościowe ulegają dynamicznym przemianom, funkcjonalności popularnych portali zmieniają się z dnia na dzień. Dlatego też zatrudniona osoba musi śledzić branżowe portale, aby być na bieżąco. Oczywiście najbardziej wartościowe treści są w języku angielskim. W ten sposób będziemy mieli pewność, że stale uaktualnia swoje know-how na temat mediów społecznościowych.
Dobrze jest zatrudnić też osobę, która już prowadziła wyżej wymienione działania dla innej marki o podobnej wielkości. Jednak najważniejsze są cechy charakteru takie jak dokładność, sumienność, empatia i ugodowość. Wszystkie są niezbędne by unikać literówek we wpisach, źle wstawionych linków, braku regularności wpisów oraz kryzysów w komunikacji z klientami.
Gdy już zdecydujemy się na konkretnego kandydata powinniśmy go wprowadzić do naszej firmy, pokazać wszystkie jej tryby, procesy, zasady. Należy również przedstawić strategię, którą wcześniej opracowaliśmy. Dajmy takiej osobie kilka tygodni na podpatrzenie pracy działu PR, marketing managera, wyślijmy do naszych fabryk czy punktów usługowych. Nie sadzajmy nowego pracownika pierwszego dnia przed komputerem i nie każmy mu prowadzić komunikacji na fanpage’u.
Internet to komunikacja obrazkowa. Nie bez powodu mówi się, że obraz wyraża więcej niż tysiąc słów. Dlatego też z tyłu głowy musimy pamiętać o osobie, która będzie dla nas przygotowywała zdjęcia profilowe na portale, infografiki czy zdjęcia naszych produktów.

4. Oprócz ciągłego monitoringu internetu, o którym wspomniałem na początku wpisu, powinniśmy też zadbać o badanie efektywności naszych działań w mediach społecznościowych. Warto sprawdzać regularnie kim są nasi fani i obserwatorzy, identyfikować tych najbardziej aktywnych oraz sprawdzać, które treści przez nas zamieszczane wywołują ich największy odzew. Pouczające jest też podglądanie działań konkurencji.
Wszystkie te dane zbiera Sotrender, czyli narzędzie do analizy działań na Facebooku, Twitterze i Youtubie. Jego zaletą jest to, że jest rodzimym produktem i ma najlepsze rozeznanie w polskich mediach społecznościowych.

5. Media społecznościowe nie są darmowe. Decydując się na oficjalne zaistnienie w nich musimy być gotowi na poniesienie wydatków, dzięki którym dotrzemy do naszej grupy docelowej. Dotyczy to przede wszystkim Facebooka, który jest bogaty w różnego rodzaju formaty reklamowe. Oprócz zdobywania nowych fanów musimy też zadbać o to, aby zamieszczane przez nas treści docierały do jak największej ich liczby oraz ich znajomych.
Parę miesięcy temu Facebook wprowadził możliwość promowania wpisów na fanpage’ach. Za każde 100 złotych nasza treść dociera do dodatkowych 15-25 tysięcy użytkowników portalu. Jest to świetne narzędzie, które wciąż jest mało wykorzystywane w Polsce.

Podsumowanie – co potrzebujemy do prowadzenia działań w mediach społecznościowych wewnątrz firmy:

- specjalistę do przygotowania strategii
- osobę do prowadzenia profili na portalach społecznościowych (community manager)
- osobę do przygotowywania materiałów graficznych (content designer/grafik)
- dostęp do narzędzi monitoringu internetu oraz mediów społecznościowych
- stały budżet na budowanie zasięgu dla naszych treści

Modele biznesowe agencji marketingu mobilnego

Udział mobile marketingu jest coraz większy w kampaniach promocyjnych wykorzystujących wiele kanałów komunikacji. Nic dziwnego, przecież telefon z dostępem do internetu towarzyszy nam niemal całą dobę przy sobie. 25 procent Polaków jest w posiadaniu smartfona z możliwością instalowania aplikacji. Coraz więcej marek widzi korzyści w posiadaniu aplikacji mobilnych czy zamieszczaniu reklam na urządzeniach mobilnych. Wprost proporcjonalnie rośnie również liczba agencji chcących się specjalizować w marketingu mobilnym. Rynek powoli się zapełnia co sprawia, że konkurencja jest silna. Jaką zatem drogę obrać, aby nie zostać w tyle? Na jaki model biznesowy się zdecydować?

Pierwszy model biznesowy to szukanie klientów i przygotowanie aplikacji odpowiadających ich potrzebom. Zaletą jest możliwość budowania portfolio i jego powiększanie z każdym wykonanym projektem. Niestety musimy być przygotowani na to, że przez pierwsze miesiące nie będziemy zarabiać. Zerowe portfolio nie zachęci potencjalnych klientów, nawet jeśli zatrudnimy bardzo dobrego sprzedawcę (któremu też trzeba zapłacić). Nie możemy też przesadzać z ceną za swoje usługi ponieważ istnieje ryzyko, że zlecenia padną łupem tańszych freelancerów.
Drugi model biznesowy to praca jako podwykonawca dla innych, większych agencji. Nie zarobimy dużo, nie powiększymy portfolio, ale za to zapewnimy sobie w miarę regularny przypływ gotówki, który jest niezbędny do funkcjonowania. Agencje czy domy mediowe żyją na krawędzi asap i rzeczywistości więc od podwykonawcy oczekują terminowości i sumienności. Zawiedziesz raz i na twoje miejsce wskakuje inna agencja. Minusem jest też to, że najczęściej dostajemy już gotową koncepcję, którą musimy wykonać i nie mamy za bardzo szans na pokazanie naszej kreatywności. No chyba, że nasz zleceniodawca wierzy nam na tyle, że pyta nas o zdanie.
Trzecim modelem dającym możliwość osiągnięcia sukcesu jako podmiot specjalizujący się w marketingu mobilnym to tworzenie aplikacji (w modelu płatnym bądź freemium) i zamieszczanie ich w sklepach aplikacji takich jak App Store czy Google Play. Niewątpliwą zaletą jest to, że nie musimy szukać klientów, musimy mieć tylko pomysł. Najlepiej kilkanaście bo nikt nie da nam gwarancji, że pierwsza aplikacja będzie strzałem w dziesiątkę i dzięki niej zarobimy. Większym problemem jednak jest to, że nawet najlepsza aplikacja nie zostanie wysoko wypozycjonowana w sklepie bez odpowiedniej promocji i dużej liczby ściągnięć w krótkim okresie po jej opublikowaniu w sklepie.
Podsumowując
W praktyce wygląda to tak, że większość agencji czy domów produkcyjnych zajmujących się aplikacjami mobilnymi stosuje mieszany model działania. Jest to najlepsze rozwiązanie, zwłaszcza dla małej lub średniej firmy. Oczywiście powinno się dążyć do trzeciego modelu, w którym jesteśmy niezależni od zleceń zewnętrznych a zarabiamy wyłącznie na sprzedaży aplikacji (lub zawartych w nich dodatkowych funkcjonalności). Jednak, aby wspiąć się na ten poziom niezbędne jest przejście przez dwa poprzednie lub duży budżet na start firmy.

Reklamowy Matrix, czyli przyszłość marketingu w internecie

Wszystkie znaki na ziemi i w internecie wskazują, że przyszłość reklamy internetowej będzie skupiona wokół dwóch pojęć: content marketingu (marketingu treści) i reklamy behawioralnej (reklamie kierowanej do ściśle określonej grupy celowej konsumentów na podstawie ich wcześniejszych aktywności). Oczywiście nie będą to jedyne formy, techniki i narzędzia promocji wykorzystywane w marketingu. Jednak to właśnie one powinny zdecydowanie zdominować rynek w przyszłości. Czytaj dalej