Social media zmieniło marketing

Od dłuższego czasu rozgorzała w internecie dyskusja na temat tego czy media społecznościowe sprzedają. Osobiście, z każdym dniem coraz mocniej, przekonuję się, że tak. Do rozważenia pozostaje jedynie kwestia tego kiedy i w jakich okolicznościach. Więcej na ten temat obiecuję napisać niedługo na łamach Brief.pl. Jednak moim zdaniem ta dyskusja przykrywa o wiele istotniejszą sprawą jaką jest wpływ mediów społecznościowych na dzisiejszy marketing.

Marketing wypada porównać do skrzynki z narzędziami, w której zamiast młotka, śrubokrętu i klucza francuskiego mamy mailing, reklamę tv, strony WWW, POS, sampling i… media społecznościowe. Wszystkie te narzędzia służą do konkretnych celów. Jeśli chcemy złożyć regał to wystarczy nam śrubokręt. Jeśli chcemy zbudować budę dla psa będziemy potrzebowali młotka, gwoździ czy miarki (odpowiednik monitoringu mediów;). Oczywiście możemy gwóźdź wbić za pomocą… śrubokręta, ale zajmie to więcej czasu i jest obarczone większym ryzykiem niepowodzenia.

Wielu „młodych” marketerów, z małym doświadczeniem i wiedzą, ogranicza swoją „skrzynkę” wyłącznie do narzędzi online. Ok, wydatki na reklamę spadają we wszystkich kanałach oprócz internetu i kina, ale mam co do takiego ograniczonego podejścia inne zdanie. Za czasów studiów pracowałem jako merchendiser lub „doradca klienta”. Zajmowałem się chemią gospodarczą, tłumaczami elektronicznymi i asortymentem do malowania i remontowania. Właśnie wtedy nauczyłem się marketingu i spojrzałem na sprzedaż w szerszej perspektywie. Przykład? Proszę bardzo! Przyszła klientka do hipermarketu i pewnym ruchem włożyła do koszyka opakowanie tabletek do zmywarki w cenie 25 złotych, które było reklamowane intensywnie w telewizji. Los chciał, że akurat wykładałem obok z palety tabletki konkurencyjnej firmy w cenie około 50 złotych za opakowanie. Spojrzałem na tą panią z miną na twarzy typu „disapproves” i powiedziałem jedno zdanie: „To co tanie, nie koniecznie musi być dobre, my mamy promocję” (czy jakoś tak). I wiecie co się stało? Klientka odłożyła opakowanie konkurencji za 25 złotych i wzięła 2 opakowania mojej firmy po 50 złotych każde. Klient przyszedł po obejrzeniu reklamy telewizyjnej a ja jednym zdaniem zmieniłem jego decyzję zakupową! Wtedy nie było jeszcze mediów społecznościowych, ale jest to nieistotne…
Ile setek litrów farby Dulux sprzedałem jako doradca klienta to już inna kwestia. Ba! Klienci do mnie wracali i wysyłali swoich znajomych. Gdyby to były dzisiejsze czasy to miałbym szansę na stanie się kimś w rodzaju „remontowego celebryty”. Podsumowując: praca przy półce z klientem nauczyła mnie pierwszej, poważnej lekcji marketingu:

„Proces sprzedaży jest bardzo wrażliwy na każdym swoim etapie i wygrywa w nim marka, która mocniej i szczerzej zaangażuje się w kontakt z potencjalnym klientem”

Rozwój, eksplozja mediów społecznościowych, dołożyły do skrzynek marketerów kolejne narzędzie. Narzędzie, które pozwala wejść w angażującą interakcję z konkretnym klientem. Można sobie zadawać pytanie – co jeśli firma ma miliony klientów? Jakim cudem stworzy z większością z nich intymną, indywidualną nić porozumienia? Wychodzi na to, że Coca-Cola ze swoimi imionami na puszkach tego dokonała. Podobnie jak Old Spice, gdy Mustafa odpowiadał na pytania fanów na YouTube. Niedawno Agent Zbyszek z kampanii PZU również poszedł tą drogą (w ogóle to ta kampania jest dla mnie mistrzowska i życzę jej Lwów w Cannes).

Sceptycy z miejsca będą kontrować – przecież nagranie odpowiedzi wideo dla jednego klienta jest nieopłacalne. Zwłaszcza jeśli chodzi o branżę FMCG. No cóż, sceptycy zapomnieli o tym, że uwielbiamy się chwalić w mediach społecznościowych. Zwłaszcza jeśli odpowiada nam sama marka! Drugą istotną rzeczą, o której zapomnieli to wpływ pojedynczych jednostek na większe grupy. Najlepszy przykład – blogerzy.

„Dzięki mediom społecznościowym marketing wszedł na nowy, wyższy poziom. Stał się bardziej spersonalizowany i skuteczniejszy.”

Jaka jest zatem przyszłość? Całkiem przyjemna dla samych konsumentów, którzy będą lepiej poinformowani na temat produktów czy usług. Poza tym będą szczęśliwsi, zmniejszy się dyskomfort związany z zakupami. Już teraz co sprytniejsi powinni pomyśleć o założeniu agencji „marketingu interakcji”. Czegoś co będzie łączyło sprzedaż z wydarzeniami dla 10-20 osób, podczas których będzie można poznać produkt lub usługę bardzo, bardzo blisko.

    

Kominek wypie…. mnie w obie dziurki.

Wczoraj ponownie zawiodłem się na guru polskiej blogosfery. Wszystko zaczęło się od tekstu na temat słabo przygotowanej oferty współpracy dla blogerki. Oczywiście cały mail z ofertą, z podaniem nazwy marki oferującej współpracę trafił do Kominka. Postanowiłem zabrać w tej sprawie głos i zamieściłem komentarz następującej treści…

„Najlepsze jest to, że dyskutują o tym w komentarzach osoby, które mają problem ze złożeniem poprawnego zdania. To tak jakby czytać komentarze aptekarzy na temat marketingu…

Śmieszy mnie też wyciąganie takich tematów. Pomijam fakt, że jest to brak profesjonalizmu ze strony „wyciągającego”. Dostajesz taką propozycję? Nie pasuje? Odrzucasz i wracasz do swoich obowiązków a nie płaczesz „po internetach”. Żal.

Co do samej oferty od sklepu – źle napisana, nie profesjonalna, nie uwzględniająca specyfiki blogera, masowa wysyłka.”

Jak na moje możliwości i tak należy ten komentarz uznać za łagodny ;-) Ba! Nawet zgodziłem się z Kominkiem co do jakości wysłanej oferty. Potem zobaczyłem, że komentarze przed zamieszczeniem podlegają moderacji, więc z przymrużeniem oka puściłem w szeroki świat tweeta.

Wracając do kwestii moderacji komentarzy – w mojej opinii jest to złamanie zasady mediów społecznościowych. Standardem powinna być komunikacja post factum. Wiadomo, treści obrzydliwe, naruszające godność i tak dalej powinny być usuwane. Ale to jest moje zdanie i nie chcę się rozwodzić na ten temat.

Wracając do Twittera:

Oczywiście miał prawo do nieprzepuszczenia przez rygorystyczne sito moderacji mojego komentarza. Nie jestem o to zły, czy zawiedziony. Mój świat się nie zawalił, bo Kominek nie jest wyznacznikiem tego, do czego dążę w rozwoju swojego stylu czy umiejętności.

Bardziej rozczarowała mnie odpowiedź na Twitterze, pełna merytoryki, empatii i otwartości na dyskusję.

Kominek zbudował swój zasięg – chwała mu za to. Jednak teraz spadła na niego w związku z tym pewna odpowiedzialność społeczna. Odpowiedzialność, której najwyraźniej nie chce udźwignąć na swoich, zmęczonych pracą i intensywnymi wyjazdami, barkach. Dużo młodych ludzi, którzy dopiero uczą się internetu i etykiety patrzy na Kominka i kopiuje wzorce od niego. Niestety niezbyt dobrych zachowań. Odbije się to na nas wszystkich za pewien czas, chociaż mam nadzieję, że czytanie Kominka to taki trochę bunt młodzieńczy, z którego się wyrasta.

Zapewne ten wpis zostanie potraktowany jako zmasowany atak na guru polskiej blogosfery. Inteligentni czytelnicy, ci z empatią, odbiorą go inaczej. Pracuję w Brief, najstarszym magazynie o marketingu i reklamie w tym kraju i teoretycznie nie powinienem zamieszczać tego posta. Nie powinienem też wchodzić w dyskusję z Kominkiem. Jednak Brief, z którym się identyfikuję, ma zupełnie inną grupę czytelników od Kominka. I prędzej oni, po odbyciu buntu młodzieńczego, przyjdą czytać Brief, niż na odwrót…

Blogerzy a reszta świata

Z tym co poniżej napisałem biłem się od pewnego czasu. Chodzi o zjawisko popularności blogerów w polskim internecie. I powiem wprost – ta popularność i szum są przecenione. Zapewne czytając ten wpis wyrobisz sobie, Drogi Czytelniku, opinię na mój temat dosyć nieprzychylną. Hipokryta, zazdrośnik, hejter… Jestem na to gotowy bo mam nadzieję, że znajdzie się chociaż jedna osoba, która przyjmie moje argumenty „na sucho” i będzie miała ochotę na merytoryczną dyskusję odnośnie takiego medium, jakim jest blogosfera. A zatem…

Blogosfero – zmierzmy się!

Czytaj dalej