Co ja czytam? (online)

Zapewne mało kogo obchodzi w jakie czeluści internetu się zapuszczam. Bo każdy ma swoją listę stron, swój poranny koktajl cyfrowych inspiracji, które napędzają go na cały dzień ciężkiej pracy użerania się z podobnymi do siebie ludkami. Ja też takowy posiadam – a jak! – i przedstawiam go poniżej wraz z kilkoma swoimi przemyśleniami.

Truizm. W branży marketingowo reklamowej, zwłaszcza tej dotyczącej mediów społecznościowych, dziennie produkowane jest więcej treści, niż jesteśmy w stanie przyjąć i przetworzyć. Dlatego rozsądnym działaniem jest wybranie zaledwie kilku źródeł i naprawdę regularne ich śledzenie. W moim przypadku jest to:

Mashable.com – klasyka polskiego jazzu, chociaż ostatnio znajduję tam coraz mniej interesującego mnie mięska. Wydaje mi się, że serwis osiągnął maksimum jeśli chodzi o serwis branżowy i postanowił dotrzeć do szerszego targetu poprzez bardziej „lifestylowe” treści. Mimo wszystko mój #mustread
Wizualnie również bardzo mi się podoba.

Socialmediaexaminer.com – serwis, który dla odmiany jest paskudny. Przynajmniej w porównaniu do Mashable. A więc za co go cenię? Za treść oczywiście i sposób jej podania. Totalnie poradnikowo, w punktach. 75 proc. rzeczy tam podanych to nihil novi, ale warto je sobie przeczytać, żeby utrwalić. Kolejnym plusem dla Examinera jest sporo treści na temat LinkedIn oraz komunikacji B2B.

Socialmediatoday.com - portal, który polecam, ale sam za bardzo go nie czytam. Chyba najlepsze źródło wiedzy o mediach społecznościowych, sporo treści każdego dnia. Podobnie podane jak na Examinerze… i tak samo paskudnie. Jeśli interesujesz się mediami społecznościowymi to to jest Twój #mustread

TheVerge.com – o social media dużo treści tutaj nie znajdziecie. Raczej nowe technologie, sprzęt, recenzje. Mam wrażenie, że podobnie jak Mashable swój poziom wyświetleń w branży osiągnął i powoli wyrusza na wody „lifestylowej” treści. Szybkie i rzetelne źródło jeśli chodzi o gorące newsy. Najładniejszy ze wszystkich z zestawienia. Prawie tak ładny jak mój blog ;-) (po zmianie layoutu).

Edgerankchecker.com/blog – mięsko na temat mierzenia mediów społecznościowych. Wpisy raz na tydzień albo i rzadziej. Ale warto zajrzeć, poczytać. Bardzo konkretne przedstawienie co działa, a co nie na Facebooku. Często treści są z niego zaciągane przez inne serwisy.

Trendhunter.com - jeśli przed Tobą stoi zadanie kreatywne w najbliższym czasie, lub szukasz czegoś do wrzucenia na Facebooka, żeby podbiło Ci Klouta to TrendHunter jest serwisem, który powinieneś ogarniać. Nie dość, że trendów tam zatrzęsienie to sami użytkownicy serwisu je oceniają.

::

Chyba tyle w sumie… jeśli chodzi o strony, serwisy spoza naszego kraju. Od razu dwie rzeczy, które rzucają się w oczy w porównaniu z rodzimymi dostarczycielami treści. Po pierwsze to przewaga udostępnień na Twitterze. Ba! Przy wtyczce facebookowej często jest mniejsza liczba niż przy wtyczce z LinkdeIn, czy nawet z Google Plus. Jak widać, zupełnie inaczej w Polsce są konsumowane treści w mediach społecznościowych.
Druga, bardziej istotna, to widoczne podpisywanie osoby, która jest autorem zdjęcia (dane, bio, foto). Trend ten jest wyraźny zwłaszcza jeśli chodzi o pierwsze trzy serwisy, które wymieniłem. Dlaczego tak jest? Przyczyn jest sporo, zajmę się nimi w osobnym wpisie.

Ok, to jeszcze jestem Wam winien co znad Wisły czytam w internetach:

Pijarukoksu.pl - wpisy w postaci podsumowań tygodnia czy zestawienia nowych funkcjonalności serwisów społecznościowych są przydatne. Zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z wspomnianym na początku nadmiarem treści. Blog Kuby jest użyteczny bo kurcze nie mam czasu czytać o żalach blogera na temat tego, że mu telefonu nie chcą naprawić, kebab był za ostry itp.

Blog.sotrender.com – piszą po angielsku i po polsku. Gratulacje, bo okazuje się, że w Polsce bariera języka nadal jest zbyt duża do przeskoczenia. Dzięki temu świetnie wspierają pozycjonowanie swojego narzędzia. Taki EdgeRankChecker znad Wisły. Jedyny minus to mało treści – domagam się więcej!

Brief.pl – serwis magazynu „Brief”. Poświęcam mu dziennie najwięcej czasu bo… jest dużą częścią mojej pracy. Chyba nie macie mi za złe, że go dodałem do zestawienia? ;-)

::

A jakie serwisy Wy czytacie? Może ktoś zaskoczy nas jakąś perełką?

Lidl i vlogerzy – case study

Mistrzostwa vlogerów Kuchnia Lidla

„Kuchnia Lidla”, nagrodzona przez magazyn „Brief” „Projektem komunikacji marketingowej 2013″ (nagrodzona została również „Stacja Mercedes”), postanowiła zaangażować popularnych vlogerów do promocji swojej oferty. Dla wielu osób z branży nie brzmi to super odkrywczo… Jednak gdy rozłożymy całość na części pierwsze to wychodzi nam konkretny case study, który skutecznie realizuje właściwie określone cele.

Za całą akcję Lidlowi należą się wysokie oceny. Dlaczego?

Po pierwsze pomysł. Otóż twórcy „Lekko stronniczego„, „Polimatów TV„, „Mediafuna„, „Kotlet TV„, „Adbustera” i „Radzka radzi” biorą udział  w pojedynkach, w których testują wina i próbują zgadnąć ich cenę. Pojedynki odbywają się na zasadzie każdy z każdym. Wszystko pod hasłem „Mistrzostw vlogerów”. Dzięki takiemu rozwiązaniu ciężko oskarżyć uczestników o „sprzedawanie się”, bo tak na dobrą sprawę nie zachwalają żadnego z produktów. Lidlowi wystarczy, że dobrze się bawią.

Po drugie umiejętne wplecenie w całą zabawę produktu, bez natrętnego szczucia logotypem. Strzałem w dziesiątkę jest skupienie się wyłącznie na produktach jednej kategorii. Wino w Polsce ma szeroką grupę odbiorców, niemal każdy je pije od czasu do czasu (no może poza abstynentami). Przy okazji Lidl pokazuje swoją ofertę, która ku zaskoczeniu wielu osób, nie ogranicza się wyłącznie do trunków poniżej 20 złotych za butelkę.

Po trzecie wiedza. Prowadzący „Mistrzostwa vlogerów” to Michał Jancik, doświadczony sommalier. Dzięki temu poniekąd dowiadujemy się o każdym winie czegoś więcej niż tylko jego kolor i cena.

Wszystkie wymienione powyżej plusy prowadzą zapewne do jednego celu jakim jest zmiana postrzegania Lidla wśród świadomych konsumentów. Takimi są niewątpliwie fani vlogerów zaangażowanych w „Kuchnię Lidla”. Lidl nie chce być już dyskontem. Przedstawienie oferty win w cenach od 20 do 119 złotych jest bardzo dobrym krokiem żeby to pokazać.

Wiele osób narzeka na skomplikowany proces rejestracji i logowania się do strony z filmami. Boże jak te osoby mało wiedzą o marketingu w internecie! Rejestracja przez Facebook connect trwa parę sekund. Należy wyrazić zgodę na cztery podstawowe rzeczy, takie jak na przykład śledzenie ruchu użytkownika na stronie w celu poprawienia jej jakości. W sumie tej zgody nawet nie musieli zamieszczać… Najlepsze jest to, że nie ma obowiązku zgody na przesyłanie newslettera, aby się zarejestrować.

Zgody przy rejestracji do „Mistrzostw vlogerów”

Lidl postępuje bardzo mądrze. Woli mieć mniejszy wolumen ruchu na stronie, ale za to lepiej zidentyfikowany. Jeśli zależałoby mu na wyświetleniach to puścił by kampanię display na dużych serwisach albo w jakiejś sieci afiliacyjnej. Obecnie najbardziej pożądanym towarem w internecie są dane konsumentów – w końcu wchodzimy w erę „big data is big”. I takie właśnie dane Lidl zbiera, ponieważ może je później wykorzystać ponownie. W przeciwieństwie do odwiedzin, które tak na dobrą sprawę nic nie dają oprócz tego, że ładnie wyglądają w raporcie. Z miłą chęcią przyjrzę się statystykom strony po zakończeniu akcji.

A jak Wam się podobają „Mistrzostwa vlogerów”?
Macie swojego faworyta?
Piszcie w komentarzach!

PS. Jedziesz Radek po zwycięstwo! ;-)

Branżowe definicje

Jedno branży reklamowo-marketingowej w Polsce trzeba przyznać – generuje sporo treści. Zarówno tej spisanej w formie dyskusji na Facebooku, blogach czy serwisach WWW jak również oralnej, która ulatnia się zaraz po jej wypowiedzeniu. A w tych wszystkich treściach przewijają się pewne utarte, powtarzane niemal z czcią definicje. Czy jednak wszyscy wiedzą co one oznaczają? Czy wszyscy rozumiemy je przynajmniej w zbliżony sposób?

Niestety nie. Powtarzamy je bo inni to robią. W całym zabieganym dniu pracy nie mamy szansy, aby przystanąć na chwilę i pomyśleć nad nimi. Sprawdzić, czy jeszcze są aktualne w świecie, który zmienia się szybciej niż kiedykolwiek. Zaryzykuję i przyhamuję na chwilę z nadzieją, że życie nie wjedzie mi w dupę z całym impetem.

Media społecznościowe

Nie istniałyby bez internetu. Co za tym idzie są internetem samym w sobie. Media społecznościowe to aplikacje, które leżą u podstaw konceptu Web 2.0., czyli możliwości tworzenia i dzielenia się treściami w internecie. Facebook czy Twitter to aplikacje. Podobnie jak fora internetowe, komunikatory. Gry również są jakby nie patrzeć aplikacjami.Wszystkie umożliwiają tworzenie i dzielenie się treścią. Nie za dużo zostało tego internetu jak odejmiemy od niego media społecznościowe, prawda? Nawet strony WWW są otoczone aplikacjami i wtyczkami niczym mackami ośmiornicy. Media społecznościowe = internet. Pokażcie mi, że się mylę…

Tradycyjne media, zwane również starymi

Radio, telewizja, prasa i outdoor. Niby takie proste, a jednak… Pierwsze trzy scalają się z internetem tworząc jedno „nadmedium”, które oferuje nam różnego rodzaju treści – pisane, słuchane i oglądane.W ich przypadku dużej zmianie ulega tylko kanał, urządzenie dzięki któremu docierają do odbiorcy. Papierową gazetę, telewizor czy odbiornik radiowy zastępuje komputer lub ewentualnie smartfon bądź tablet. Treści pozostają bez większych zmian. Redakcja pisząca do papierowej gazety może dalej, w ten sam sposób pisać wyłącznie na stronę internetową. Ekipa filmowców nakręcić taki sam film na telewizor, co na YouTube. Oczywiście są wprowadzane modyfikacje treści przeznaczanych do internetu, ale nie demonizujmy ich.
Tradycyjny to jest Twój stary! Albo outdoor.

Kryzys w mediach społecznościowych

To mój faworyt. Czy mówimy o kryzysie w telewizji lub kryzysie w outdoorze? No właśnie. Tak samo nie ma czegoś takiego jak kryzys w mediach społecznościowych (choć właściwie powinniśmy mówić o kryzysie w internecie jeśli już). Kryzys marki lub firmy to prawidłowe określenie. Za wyjątkiem sytuacji, w których nawiedzony bloger zamieści u siebie jakąś głupotę, to większość kryzysów zaczyna się od działań firmy lub zdarzeń w świecie rzeczywistym. NC+ miało kryzys w mediach społecznościowych? Nie, miało kryzys marki, który sami wywołali zmianami w ofercie.

Strategia w mediach społecznościowych

Z tym mitem już się zmierzyłem w poprzednim wpisie. Dziś miałem przyjemność rozmawiać z Markiem D’arcy z Facebooka. Spytałem się go co sądzi o od oddzielaniu strategii w mediach społecznościowych od strategii marki, czy taki zabieg jest właściwy. Wyśmiał mnie jak ostatniego stażystę ponieważ taki trend obserwowano 2-3 lata temu. Teraz to crossmediowo się podchodzi do komunikacji w INTERNECIE. Pozdrawiam wszystkich specjalistów, którzy trzaskają dla klientów pepetki z dumnym tytułem „Strategia obecności w social media”. Facebook disapproves.

::

Jak zawsze zapraszam do komentowania i dyskusji. Czy przychodzą Wam do głowy inne pojęcia, definicje, których używamy nie wiedząc co tak naprawdę znaczą?

Internet medium dla idiotów

Jest to smutne, ale niestety na każdym kroku spotykam się z potwierdzeniem tej tezy. Oczywiście nie twierdzę, że każdy kto korzysta z internetu jest idiotą… Jednak to medium przyciąga ich największą ilość.

Warto, abym jeszcze określił kim według mnie jest idiota. Jestem daleki od obrażania ludzi, ale osoby, które są wykształcone, mają pracę inną niż przy półce sklepowej lub jako ochroniarz, zarabiają przyzwoicie i chcą na siłę uchodzić w internecie za „znawców” irytują mnie okrutnie. I to one właśnie zasługują na miano idiotów. Myślą, że są bogami cyfrowego świata i to miano należy im się tylko dlatego, że z niego korzystają.
Kiedyś, na rozmowie kwalifikacyjnej do jednej z najbardziej znanych firm na świecie zostałem zastrzelony następującym pytaniem, które nauczyło mnie pokory:

„Are you social media expert or social media explorer?”
Idioci to Ci drudzy myślący, że są tymi pierwszymi.


Brak mandatu do pisania w internecie

O tym, że jesteśmy tym co czytamy poświęciłem jeden z wcześniejszych wpisów. Podsumowując go możemy stwierdzić, że tworzenie treści w internecie nie wymaga mandatu czy upoważnienia  – w przeciwieństwie do tradycyjnych mediów takich jak prasa czy telewizja. Wynikiem tego jest o wiele słabsza, przeciętna jakość tych treści. Oczywiście zdarzają się wybitnie zdolne osoby, które potrafią wypluć z siebie coś niesamowitego. Jednakże są to wyjątki, a na każdy z nich przypada kilkadziesiąt innych przypadków beznadziejności i bylejakości.

Media tradycyjne są złe

Ile to ja się ostatnio nasłuchałem i naczytałem, że w prasie i telewizji nie ma obiektywizmu, treści są słabe i tym podobne.Do tego zarzuty o subiektywny wybór treści. Oczywiście zdarzają się przykre sytuacje gdy wykupiony artykuł w prasie nie jest oznaczony lub telewizja faworyzująca pewną partię lub ugrupowanie. Jednak to ostatnie coraz szybciej się zmienia na lepsze. Dlaczego? Bo media są władzą i bez nich politycy by nie istnieli. Media, zwłaszcza te nie publiczne doskonale zdają sobie sprawę, że nie mogą już mówić, że jest noc gdy za oknem świeci słońce! To one kreują bohaterów i ich przeciwieństwa. A że każdy ma swoje własne sympatie i antypatię… no cóż nie każdemu można dogodzić. Ci co siedzą biernie w fotelu lub przed klawiaturą są ostatnimi w tej kolejce.

Zarzuca się serwisom informacyjnym, że wybiórczo pokazują informacje ze świata i kraju. Fakty TVN mają niecałe 30 minut dziennie na przedstawienie zdarzeń z mijających 24 godzin. Wiadomo, że nie pokażą wszystkiego. Decydują się więc na tematy, które są bliskie ich odbiorcom i będą miały największy zasięg. Część informacji jest też silnie lokalnych – to też dziwi wielu pseudoznawców internetowych. Telewizja, podobnie jak inne kanały komunikacji, dąży w stronę coraz bardziej dopasowanego, spersonifikowanego dotarcia. Szczerze to w Faktach TVN wolę raz na miesiąc zobaczyć co się dzieje u mnie na dzielni, czy u mnie w mieście, niż słuchać o miejscu z drugiego końca świata, którego nigdy nawet nie odwiedzę.

Czemu pokazują kiboli zamiast pedofilii księży? Czemu pokazują pedofilię księży zamiast agresji wobec Romów? Na pewno mają w tym jakiś interes! Uhmm… powiedzcie mi jaki, ale niech on będzie sensowny i dające realne korzyści serwisowi informacyjnemu.
W pubach podobno też rozwadniają piwo, żeby zarobić. Problem w tym, że ciężko rozwodnić coś co już jest w 80 proc. wodą. Zysk z tego też nie jest wielki. Widzicie analogię?

Szeroki, ale ograniczony wybór

Głównym argumentem fanów cyfrowych mediów jest możliwość wyboru treści. Telewizja czy prasa dokonują tego wyboru za nas. Jedną z podstaw udanej manipulacji jest danie jednostkom wyboru, polegającym na pełnej kontroli opcji, które mogą wybrać. W internecie oczywiście nie da się w ten sposób manipulować ludźmi – daleki jestem nawet od takich teorii spiskowych. Problem idiotów leży gdzieś indziej. Otóż ograniczając media wyłącznie do internetu zamykają się w świecie gdzie treść jest tworzona w większości przez osoby podobne do nich. To takie gotowanie się we własnym sosie. Wybierają najmniej zepsute owoce, przez co po pewnym czasie zapominają, że w innym miejscu można sięgnąć to świeże i smaczne. 
Szczytem hipokryzji jest atakowanie mediów tradycyjnych i stawianie ich za internetem, jeśli tych pierwszych nie śledzi się od kilkunastu miesięcy.

Płać jeśli wymagasz jakości

Dobre treści i osoby, które ją tworzą kosztują. I to dużo. Taki chytry z nas naród, że wolimy zgniłą mandarynkę za darmo niż kupić sobie za 2 złote soczystą pomarańczę. A najgorsze jest to, że zaczynamy wymagać coraz więcej od osób, które wręczają nam zgniliznę i po pewnym czasie oczekujemy od nich… pomarańczy! Na jakiej kurcze podstawie?

Niestety obecne modele biznesowe dystrybucji treści są główną fabryką idiotów. Ci czytają to co jest za darmo, więc za reklamę przy treściach przez nich czytanych reklamodawca nie chce dać dużych stawek. Dla niego to masa, gawiedź. Wiele portali i serwisów chciałoby podnieść jakość swoich treści, ale nie zarabiają na to z reklam. W ten sposób koło się zamyka.

„Po co mam kupować gazetę jak to samo znajdę w internecie?”
„Po co tracić czas na oglądanie telewizji i treści przygotowanej przez zespół kilkudziesięciu osób jak mogę poczytać blogi?”

Proszę, zróbmy sobie rachunek sumienia i policzmy ile razy te zdania padły z naszych ust lub naszych znajomych?

No i na zakończenie cztery argumenty na potwierdzenie hipotezy zawartej w temacie wpisu:

Argument nr.1 – w internecie każdy może coś tworzyć i wysyłać w świat. Również idioci.

Argument nr.2 – powierzchowna ocena tradycyjnych mediów i wyparcie się ich jako dostarczycieli wartościowych treści.Wynika to z braku wiedzy na temat tego jak działają. Co gorsze, osoby negujące wartość mediów tradycyjnych nie za bardzo chcą taką wiedzę posiąść. Brak wiedzy i niechęć do nauki – czyż to nie są cechy idiotów?

Argument nr.3 – tylko idioci chętnie odcinają się na dłuższy czas od źródeł informacji w tak dynamicznych czasach.

Argument nr.4 – idiota wymaga od innych i nawet nie pomyśli żeby dać cokolwiek od siebie. Jest zwykłym „contentowym egoistą”.

Biznes to rozmowy, czyli cała masa inspiracji

Prezentacja Jeremy’ego Gutsche z portalu trendhunter.com oraz przekonanie się jakie naprawdę są Google Glass – to dwie najważniejsze rzeczy, które wyniosłem z konferencji. Pierwsza z nich bardzo inspirująca, pokazująca jak można jedną prezentacją zdobyć na długo ludzkie serca i umysły. Druga, czyli okulary od Google, które miałem w końcu możliwość przetestować, utwierdziła mnie w przekonaniu, że świat będzie należał do „wearable devices”.

Jeremy Gutsche biznes to rozmowy
Marco Morosini jest jednym z projektantów pracujących dla Ferrari.

Zachęcam wszystkich do regularnego odwiedzania trendhunter.com. Trendy, inspiracje czy innowacje na niej zamieszczane potrafią zadziwiać. Podstawami ludzkiej kreatywności są ograniczenia jakie są na nas nakładane, umiejętność łączenia różnych elementów ze sobą oraz pewna otwartość na nowe rozwiązania. Jednak wszystko to wymaga odpowiedniej podkładki, pożywki. Ten serwis jest właśnie taką wysokobiałkową i łatwo przyswajalną pożywką dla naszego mózgu.

Jeremy Gutsche biznes to rozmowy
„You are not selling a product, you are selling experience”

Wracając do Jeremy’ego Gutsche’y i jego prezentacji – była po prostu świetna. Zarówno pod kątem technicznym (sposób mówienia, slajdy) jak i merytorycznym. Spotkałem się z głosami, że było w niej dużo truizmów. Jednak 90 proc. osób, które określają tym mianem jakąś informację branżową, zazwyczaj o niej nie pamięta w codziennej pracy. Dodatkowo te same truizmy powtarzane przez różne osoby, przy różnych okazjach lepiej zapadają w pamięć.

To co wyróżniało prezentacje Gutschego to case study

Ale nie takie, które wszyscy znają, ale takie, które wywoływały na pełnej sali falę zdziwienia. Kolejną ważną rzeczą był kontakt z publicznością. Jako Kanadyjczyk dosyć często żartował z Amerykanów jak również porównywał Polskę do swojego kraju pod kątem konserwatywnego myślenia i działania. Dzięki temu nie była to kolejna, nudna prelekcja, której koniec przyjmowany jest z ulgą.

Było też trochę „mięska” dla copywriterów, czyli jak stworzyć świetne hasło dla swojej marki. Pierwsza zasada dosyć oczywista – siedem słów lub mniej. Druga to sprawić, aby ludzie mieli dosłownie obsesję na punkcie naszego hasła i produktu. Aby ten cel osiągnąć hasło musi bezpośrednio komunikować swoje wartości, być proste i musi być „super doładowane”. To ostatnie oznacza potencjał wiralowy. Poniżej dwa przykłady haseł dla… burgerów.

Jeremy Gutsche Biznes to rozmowy

Podsumowując – najlepsza prezentacja jaką miałem przyjemność zobaczyć. Wzór do naśladowania, z którego będę czerpał garściami.

Okulary od Googla. 

Nic dziwnego, że nie można ich kupić ponieważ są jeszcze na etapie beta testów. Gdyby teraz trafiły do masowej sprzedaży to projekt zakończyłby się olbrzymią porażką. Dlaczego? Po pierwsze nie da się założyć okularów na… inne okulary. Ba! Przy swojej wadzie wzroku nie widziałem treści na małym ekraniku, pomimo, że był oddalony od mojego oka o góra 25 milimetrów. Podobno można zamówić Google Glass ze szkłami korekcyjnymi… nie za duża to pociecha, bo koszt wzrasta.

Funkcjonalności Google Glasses
Co potrafią Google Glass?

Obsługa okularów nie jest intuicyjna. Wydawanie komend głosem działa nadspodziewanie dobrze (miłe zaskoczenie), jednak nie jest jeszcze perfekcyjne. Na ruchliwej ulicy raczej nie uda Wam się poprzez komendę „take a picture” zrobić zdjęcia. Głosem też nie obsłużymy wszystkich funkcji. Pozostaje sterowanie palcami przy oprawce, co jest, przynajmniej na początku, bardzo nieintuicyjne i można się poczuć głupio. Trochę jak Cyclops z X-man, który za każdym razem musi dotknąć swoich okularów gdy chce posłać w cel wiązkę promieni ze swoich oczów. Bok okularów to nic innego jak touchpad reagujący na przesuwanie palcem w dół, górę, lewo czy prawo. Dodatkowo reaguje na jednoczesne dotknięcie dwoma palcami. I powiem szczerze, że bez przerwy te ruchy mi się myliły. Pocieszył mnie przedstawiciel Hypermedia Isobar (do nich należało stoisko) mówiąc, że opanowanie obsługi okularów zajmuje około trzech dni.
Na koniec największa bolączka, czyli bateria. Tutaj chyba czeka inżynierów największe wyzwanie, bo aktualnie bateria ma pojemność drastycznie małą. Przy jakiejkolwiek zewnętrznej aplikacji możemy nawet nie zdążyć się zalogować (ach ta moja złośliwość). Rozwiązaniem na „za parę lat” będą baterie, które ładują się w kontakcie z naszym organizmem… I jeszcze jedno. Nie należy zakładać Google Glass gdy są podłączone do ładowania. Parzy.

Dave Meeker – Isobar

Pomimo tego moja wiara w „wearable devices” umocniła się znacznie. Wszystko dzięki rozmowie z Davem Meekerem z Roundarch Isobar(ukaże się w tym miesiącu w magazynie „Brief”) oraz jego prezentacji. Zdaniem Meekera tradycyjne komputery znikną z naszego codziennego życia i zostaną zastąpione urządzeniami takimi jak inteligentne okulary, zegarki czy opaski.

Ważną rzeczą, na którą zwrócił uwagę jest rodzaj treści jaki jest możliwy do pokazania na urządzeniach przenośnych. Z powodu małych ekranów będzie ona bardzo prosta, ale za to maksymalnie spersonifikowana. Urządzenia, które będą nas otaczały będą dosłownie się nas uczyły! Na przykład nasz inteligentny zegarek po powrocie do domu będzie przekazywał informacje o tym co robiliśmy przez cały dzień do pozostałych urządzeń (kąpiel już nalana w optymalnej temperaturze, kawa zrobiona z odpowiednią dawką cukru). Prawda, że bardzo przyjemna wizja ;-)

W trakcie swojej prezentacji Dave Meeker zrobił małego psikusa swojej żonie. Otóż wykorzystując dedykowaną na Google Glass aplikację zgasił jej światło w kuchni podczas szykowania śniadania. Komendą głosową pokazał, że będąc w Warszawie można sterować swoim domem znajdującym się w … Chicago (wideo live stream z kuchni). Nie obyło się oczywiście bez problemów technicznych, ale i tak pokazuje to kolejną, globalną innowacyjność, czyli możliwość sterowania swoimi urządzeniami, zasobami z każdego miejsca na świecie.

Podsumowując całą konferencję mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że warto zapraszać gości z najwyższej, światowej półki. Zwłaszcza wizjonerów czy ewangelistów, od których bije pozytywnym nastawieniem, chęcią rozmowy, ciągłym dążeniem do poznawania nowych rzeczy. Warto też podkreślić, że Netia stworzyła odpowiednie warunki do odbioru tej solidnej porcji inspiracji. #propsy

Jak krew w piach k…. ..ć

Uwaga: wpis zawiera lokowanie wiązanek – niekoniecznie florystycznych. Jeśli masz mi później je wytykać w komentarzach to idź sobie drogi Czytelniku na stronę z historiami o teletubisiach.

Dopiero co, bo 19 września, Brief przeprowadził debatę na temat różnic pomiędzy dziennikarzami a blogerami. Parę dni później, w przeciągu kilku godzin spadają dwie bomby: jedna na dziennikarstwo, druga na blogerów. I niech mi znowu jakiś cwaniak, media specialist wannabe z podrzędnej agencji interaktywnej powie, że debaty nie są potrzebne…

Bomba pierwsza. Tomasz Lis z natemat.pl reklamuje we wpisie napój Powerade oraz siłownie, w której przygotowuje się do maratonu.

Bomba druga. Rada Etyki PR uznaje antyweb.pl za portal, a nie blog. W związku z tym Marcin M. Drews zostaje uznany za dziennikarza, a nie blogera. Co więcej twierdzi, że nie wolno łączyć pracy PR managera z dziennikarzem.

Niby dwie odmienne sytuacje, ale moim zdaniem mają wyraźny punkt styczny – chęć zrzucenia z siebie odpowiedzialności i zagwarantowanie sobie miejsca na luźne działania. Działania, które będą się wiązały z finansową gratyfikacją. I tak na dobrą sprawę bardziej wkurzają mnie opinie osób, które obserwują i, co gorsza, komentują obie sytuacje. W sumie gówno wiedzą o motywacji i celach jakie ma przed sobą Lis czy Drews, ale każdy może pierdolić swoje głupoty w web 2.0, takie czasy, taka koncepcja i takie predyspozycje.

Uśredniając wszystkie opinie internautów na temat obu „bomb” wychodzi na to, że większość jest negatywnych. Cięgi zbiera Tomasz Lis, obrywa się natemat.pl za wciskanie kitu z „reklamą natywną”. Marcin Drews też dostaje rykoszetem i są wyciągane jego „brudy”. Jednak w jego przypadku uderza mnie szczególnie jedna rzecz – wypieranie się dziennikarstwa. Cytuję:

W biogramie zawarta jest też informacja, że korzystam z praw blogera i jestem w swych materiałach świadomie subiektywny. Intrygujące jest to, że inni blogerzy (casus: Kominek) nie mają z tym problemu. Co więcej, firmy zakładają własne komercyjne blogi, prowadzone przez PR Managerów. Praktyka znana i często stosowana, a jednak REPR jakoś nie widzi w niej problemu„.

Ok. To ja idę na ulicę komuś przeszczepić nerkę, a jak mi się nie uda to będę się tłumaczył, że nie jestem chirurgiem. Poza tym inni nie-chirurdzy też robią takie operacje, więc czemu przypierdalacie się do mnie?

Tłumaczenie dziecka z piaskownicy a nie dorosłego człowieka. Panie Marcinie – tak boli dupa, że ktoś wymaga od Pana obiektywności i rzetelności? Śmieszą mnie jednocześnie głosy broniące Pana Marcina, zwłaszcza pochodzące od innych blogerów. Chyba też się boją…

Wracając do sytuacji z Tomaszem Lisem. On przynajmniej zarobił na całej sytuacji. Nie dość, że gaża od producenta napoju wpadła, to jeszcze dodatkowe wyświetlenia natemat.pl parę złotych wyklikały. Nad etyką dziennikarską i reklamowaniem produktów przez dziennikarzy nie będę się rozwodził. Mam swoje zdanie na ten temat, ale pozwólcie, że zachowam je dla siebie. Dlaczego? Bo nie o tym ten wpis jest.

Największym zwycięzcą jest Powerade. Niczym Poncjusz Piłat umył swoje dłonie, bo oczywiście internauci rzucą się na Tomasza Lisa. Jednak w monitoringu mediów zanotowany zostanie znaczny skok liczby wzmianek na jego temat…

Wracając do motywacji, która pchnęła mnie do napisania tego chaotycznego kłębka przemyśleń – boli mnie to, że dwie powyższe sytuacje podkopują autorytet zarówno dziennikarzy jak i blogerów. Słusznie czy nie, ale smrodek zostaje. Jestem zwolennikiem dobrej treści, pisanej przez profesjonalistów. Wiem też ile potrzeba wysiłku i umiejętności aby takową stworzyć. Dlatego jest mi trochę wstyd za ten kierowany emocjami wpis.

No ale jestem u siebie na blogu, gdzie nie jestem dziennikarzem, więc się ode mnie odpie… tralalala.