Multitasking na ASAPie

Gdy Twoja lista „to do” zajmuje już na początku dnia całą kartkę, to wiedz, że coś się dzieje. I to źle się dzieje. Nie tylko dla Ciebie, bo znowu na koniec dnia nie będziesz wiedział jak się nazywasz, ale również dla Twojego pracodawcy. Dlaczego?

Multitasking (robienie wielu rzeczy czy projektów jednocześnie) i ASAP to dwie frazy, które coraz częściej określają naszą pracę – zwłaszcza w takiej branży jak marketing i reklama. Ja rozumiem, że mamy kryzys (chociaż dla niektórych stał się on wyłącznie dobrą wymówką), ale wszyscy wpadamy przez to w bylejakość tego co robimy.

Bo jak możemy nazwać sytuację, gdy prowadzimy kilkanaście różnych projektów, które są „na już”? Jedyne co nam pozostaje to wypychać wszystko, tylko po to, aby nie dostać zjeby od szefa. A wypychamy rzeczy zrobione na 60 procent lub, przyjmując skalę szkolną, na tróję z minusem. Czy z takimi ocenami w szkole bylibyśmy wyróżniającym się uczniem? Czy z taką jakością pracy firma wyróżni się na tle konkurencji – klasy?

Nie.

Sukces oraz rozwój przynoszą projekty zrobione na 110 procent lub na przynajmniej piątkę z plusem. Trochę boli, że dziś (jutro zapewne też) jakość jest tak cholernie deficytowym towarem. Jakości sukces zawdzięczają takie firmy jak Apple, Facebook, Google, czy Microsoft. Również My, szeregowi pracownicy, chcemy odnosić sukcesy. Marzy nam się zrobienie projektu od A do Z, z którego będziemy absolutnie zadowoleni. Chcemy czuć, że to co robimy jest ważne. Zamiast tego działamy często na oślep, ufamy swojej intuicji zamiast zrobić rzetelny reaserch przed każdym krokiem, czy zadaniem, które mamy wykonać. A najzabawniejsze jest to, że coraz częściej takie działanie na oślep nazywane jest w branży doświadczeniem. WTF??!!

W rozmowach kwalifikacyjnych częściej pyta się o to „doświadczenie” zamiast o przeprowadzone projekty. Miałem przyjemność przeprowadzić kilka takich rozmów. Niemal każdy, pewny siebie, młody człowiek wypierdala się na pytaniu „Jaki projekt przeprowadziłeś ostatnio i jesteś z niego zadowolony”.
Jedna z moich ulubionych odpowiedzi jaką otrzymałem to „prowadziłem parę miesięcy duży fan page czipsów”.

Sorry, ale z takim nastawieniem to ani My, ani firmy, ani nasz kraj daleko nie zajedziemy.

::

Obrośliśmy w maile i rozmowy telefoniczne. Wydają nam się nierozłącznym elementem naszej pracy. Nie mamy problemu z tym, że skrzynka mailowa i telefon stają się narzędziami, które zamiast nam służyć i pomagać kradną nasz czas. Jesteśmy ich niewolnikami.

::

Pracodawcy chwytają się każdej rzeczy, która przyniesie choćby minimalny przychód i korzyść firmie. Nie za bardzo przejmują się kalkulacją poświęconego czasu do zysków. W końcu to czas ich pracowników, a nie ich.

::

Do napisanie tego wpisu zainspirowały mnie rozmowy, które przeprowadziłem z wieloma osobami, również spoza Polski. Najsmutniejsze jest to, że wszyscy widzą problem, ale nikt nie jest w stanie z nim walczyć. Dlaczego? Ponieważ potrzebna jest gruntowna zmiana mentalności i kultury pracy.

No ale kiedy się za to zabrać, skoro trzeba na jutro oddać dwa inne projekty?

::

Mądrość na dziś:
Jeśli ktoś nie przeklina to znaczy, że nie widzi co się wokół niego dzieje.”

#BFGdansk oczami hejtera

Pojechałem, zobaczyłem a teraz się powymądrzam. Nie ukrywam, że byłem ciekaw owianego legendą spędu blogerów. Jednak nie obiecywałem sobie też zbyt dużo i dzięki temu nie czuję się zawiedziony.

Pierwsze co muszę napisać to gratulacje dla organizatorów całego wydarzenia. Z mojej perspektywy wszystko przebiegło sprawnie i płynnie. Wiem doskonale jak organizacja dwudniowej konferencji może dać człowiekowi po dupie. Zdaję sobie sprawę z ogromu pracy włożonej w to, aby taka impreza się odbyła. Wielkie #propsy

Miło było jechać Polskim Busem z wesołą ekipą (momentami zbyt wesołą ;-). Fajnie też ubrać się przez pomyłkę w płaszcz i czapkę Piotra Waglowskiego na biforze. Zostałem też ochrzczony „najlepszym skrzydłowym”. Coś tam w pamięci zostanie, będzie co wspominać przy kolejnym branżowym spotkaniu.

Ale nic poza tym niestety.

Momentami wybitnie się nudziłem, zwłaszcza na panelach dyskusyjnych, które nie były najwyższych lotów. W większości słodkie pierdzenie #tesamegeby #tasamagadka. Sytuację ratowali prowadzący, czyli Lekko Stronniczy duet. Blogerów-prezenterów pokonał zdecydowanie Jurek Owsiak, który dostał owację na stojąco.

Najpierw czyny, potem sociale - to powinna być najważniejsza nauka z prezentacji Jurka dla blogosfery.

Dobrą prezentację miała Kasia z natemat.pl, która w żołnierskich słowach skarciła standardowe zagrywki zapatrzonej w siebie blogosfery. No i wspomniała o warsztatach Brief dotyczących współpracy marek z blogerami, a w których niedawno uczestniczyła <3

Na koniec dobrą bekę zafundował Krzysztof Kanciarz. WOW. Śmiechłem zacnie. No ale na tych trzech materiałach poprzestanę. Wszystkie prelekcje możecie zobaczyć na oficjalnym kanale Blog Forum Gdańsk na YT. Gratki ponownie dla organizatorów za to, że postarali się nie tylko o szybkie wrzucenie materiałów do sieci, ale z całego BFG była prowadzona relacja na żywo.

Na koniec przyznano nagrody w kilku kategoriach. W sumie nic specjalnego.

Szacunek dla Jacka Kotarbińskiego, który zebrał ekipę i ruszył po imprezie zapalić znicz pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców. Cieszę się, że mogłem też poddać się chwile zadumy w tak ważnym dla polskiej historii miejscu.

::

Co Gdańsk ma z tej imprezy?

Zjechało około 300 blogerów z zasięgami, porobili zdjęć na fejsie, hipstergramie, potagowali się wzajemnie, hash sypał się gęsto. Jakieś tam zasięgi w Polskę poszły. Zostawili też trochę grosza na mieście. Wiem, że nie powinno się wizerunku przeliczać na złotówki, ale… wynajęcie klubu, hotel z czterema gwiazdkami, katering, after – poszły na to spore pieniądze! Pieniądze, za które można byłoby coś ogarnąć dla mieszkańców Gdańska. Przecież blogerem jest każdy, również mieszkaniec miasta, który wrzuca do kanałów społecznościowych informację o renowacji kamienicy, nabrzeża czy posadzeniu nowych drzewek w parku.

Na powyżej postawione pytanie będę się starał uzyskać odpowiedź od Pawła Adamowicza, prezydenta Gdańska.

::

Idole blogosfery powoli upadają. Coraz wyraźniej widać, że ryba psuje się od głowy… może dlatego Gdańsk jest tak dobry dla blogerów.

::

Jako bonus wrzucam krótką rozmowę z szafiarkiem z Torunia.

Pokolenie instant

14 grudnia 2008. Parę minut po godzinie 13tej wychodzę ze swojej uczelni, nogi mi drżą, garnitur uwiera, wzrok mam lekko rozbiegany.

Dwa pierwsze telefony wykonuje do swojej mamy i dziewczyny…
JestĘ magistrĘ. I to nie byle jakim bo psychologii o specjalności media i reklama. Ba! Promotorem mojej pracy „Wpływ wykorzystywanych funkcji w internecie na dobrostan psychiczny i depresję respondentów badania Diagnoza Społeczna 2007″ był prof. Janusz Czapiński, figura w świecie psychologii.

Pracę pisałem „na grono.net” – wtedy był to portal społecznościowy, z którego korzystał KAŻDY (przynajmniej w Warszawie). W bibliotece na uczelni było 30 komputerów z dostępem do internetu. Wszystkie prawie non stop zajęte, co druga osoba miała włączone właśnie grono.net.
Nie korzystało się z Facebooka, Twittera… W świadomości młodych ludzi nie istniał konstrukt „mobile”. Ani „social media”. Blogi były traktowane jak „dzienniczek w internecie” i nikt nie czuł zbytniego ciśnienia, żeby go pisać.

Nie było personal brandingu w internecie. Sztucznego lansu i głośnego ujadania małych piesków.

Dziś mamy rok 2013 i w ciągu 5 lat wszystko wywróciło się do góry nogami.
Ciekawe jak się wypierdoli w 2018 lub nawet wcześniej… już nie myślę o czasach, gdy magistra będą zdawały moje dzieci.
 

A może coś takiego jak „magister” też się wypierdoli i będzie reliktem minionych czasów?

Teraz psychologii trzeba się uczyć od nowa. Społeczeństwo zmieniło się diametralnie w bardzo krótkim czasie. I to jest fascynujące, piękne i… niebezpieczne zarazem.

::

Dostaliśmy nowe narzędzia, które umożliwiają realizację samego czubka piramidy potrzeb Maslowa. W internecie łatwo i szybko możemy zidentyfikować się z pewną grupą, nasze działania zostają szybko nagradzane polubieniami i udostępnieniami.  

Takie realizowanie potrzeb jest „instant”. Podobnie jak gorący kubek czy zupka chińska. Zaspokaja głód na chwilę, a dieta oparta o takie posiłki na dłuższą metę szkodzi organizmowi. Jeszcze o tym nie wiemy, bo dopiero dorastają pierwsze „pokolenia instant”.

Jeszcze nigdy nasze „ja rzeczywiste” nie było tak daleko od „ja idealnego”. Pokolenie instant karmi głównie to drugie „ja”. Każdy lajk, komentarz czy retweet to budowanie wątłego w podstawach pałacu naszych kompetencji i wiedzy. 

Pomiędzy „ja rzeczywistym” a „ja idealnym” rozciągnięta jest nić, która naturalnie ma zostawionego trochę luzu. Jednak z każdym dniem jest go coraz mniej, aż w końcu nadejdzie taki, w którym pęknie. Dla słabszych psychicznie osób, czyli tych, które chętniej poddają się kulturze instant, będzie to szok. Okaże się, że pomimo bloga z kilkoma tysiącami odwiedzających i setkami znajomych na każdym portalu społecznościowym nie potrafią za wiele. W najlepszym przypadku mogą wykładać towary w hipermarkecie lub za 1500 pln miesięcznie sterczeć w sieciowym sklepie z odzieżą. 

Nie ma dróg prostych. Drogi na skróty potrafią być zdradliwe. Wszystko ma swoją cenę. Pokolenie instant może niedługo się o tym boleśnie przekonać.

Drugie dno fan page’y

zaangazowanie na facebooku

Dostałem feedback, że fan page Brief jest nudny, ma nieciekawą komunikację i tak dalej. Na początku pobłażliwie się uśmiechnąłem w stylu „bitch please”. Jednak po chwili naszła mnie refleksja, która skłoniła mnie do napisania tego wpisu.

Mam zatem dla Was zagadkę. Który z poniższych postów jest lepszy/ciekawszy/bardziej angażujący?

Post nr.1

Like: 9
Komentarze: 2
Udostępnienia: 1

Post nr.2

Like: 115
Komentarze: 1
Udostępnienia: 29

Czy już macie swojego faworyta? Prawda, że post nr.2 jest ciekawszy i bardziej angażujący?
Sprawdźmy też jakie wskaźniki Interactivity Index oba posty uzyskały w panelu Sotrendera.

Post nr.1 – 33
Post nr.2 – 583

Można łatwo osądzić, że post nr.2 jest ponad 17. razy lepszy od swojego konkurenta ;-)

Ale czy na pewno?

Spójrzmy jeszcze na zasięgi, aby się upewnić. Ale powinno to być formalnością ponieważ dysproporcja udostępnień to 29 do 1 na korzyść naszej dwójki. Fan page Brief liczy 13922 fanów w chwili gdy przygotowuje ten wpis.

Post nr.1 – 9540 zasięgu
Post nr.2 – 6444 zasięgu

No i mamy jedno wielkie #wtf. Ba! Post nr.2 jest starszy od konkurenta o całe 4 dni.
Może chodzi o tak zwany „negative feedback”, czyli zgłoszenie postów jako spam? Raczej nie, ponieważ oba wpisy są „na zero” – dosłownie i przenośni.

No nic, grzebiemy dalej w niezwykle rozbudowanych statystykach fan page’a i postów. Zerkamy do rubryki „post clicks” i dostajemy olśnienia…

Post nr.1 – 785 kliknięć, w tym 602 w link
Post nr.2 – 234 kliknięć, w tym 155 w obrazek

No i oto rozwikłaliśmy zagadkę :-)
Teraz chciałbym pozdrowić i przestrzec jednocześnie osoby, które oceniają fan page po liczbie lajków, komentarzy i udostępnień. Fan page Brief nie jest prowadzony pod hasłem „sztuka dla sztuki”. Jest on narzędziem, które ma określony cel – zbieranie odwiedzin na stronę WWW, czyli główną platformę komunikacji marki w internecie.

Jak się okazało pozory mylą, również dane z Sotrendera nie pokazują „drugiego dna”.

Mam nadzieję, że chłopaki mi głowy nie ukręcą przy następnym spotkaniu za ten wpis ;-)

Guinness – ogranicza nas wyłącznie wyobraźnia!

Od lat jestem fanem tego piwa. Uwielbiam jego smak, rozkoszuję się każdym łykiem. Nie wiem jak smakuje boska ambrozja, ale irlandzkie piwo jest „pretty fucking close”.

Równie wielkim co smaku fanem jestem kreacji reklamowych Guinnessa. Ciągle zadziwia mnie to na ile różnych sposobów można przedstawić szklankę z ciemnym piwem i jasna pianką na górze. Oto lista znalezionych przeze mnie kreacji.

Część kreacji  jest nieoficjalnych. Po kliknięciu na cyfrę przekierowanie na źródło.

1.

2.


3.


4.

5.


6.

7.


8.


9.


10.

 

A która kreacja Wam najbardziej przypadła do gustu? Piszcie w komentarzach. Cheers!

Zawód: community manager

from: http://www.flickr.com/photos/retrovintagecrafter/

Mam zgrzyt nazywając zarządzanie społecznościami zawodem. Dlaczego? Bo lepiej lub gorzej, ale może go wykonywać każdy. Oczywiście są osoby, które wiedzą, że należy ciągle się kształcić, być na bieżąco i monitorować statystyki prowadzonych stron. Od ponad dwóch lat zajmuję się moderowaniem społeczności (fan page IBM, Whirlpool, Kapitan Morgan, fan page kosmetyczne, obecnie Brief) i prawdę powiedziawszy nigdy nie był to mój „main task”. I całe szczęście, bo jeśli mam być szczery, to prowadzenie komunikacji w mediach społecznościowych nie daje szansy na coś więcej w karierze. Community manager jest zazwyczaj szeregowym żołnierzem.

Jaki powinien być „zawodowy” community manager? Czy jest jakiś zestaw cech i umiejętności, które powinien posiadać? Zdecydowanie tak, jednak w różnych firmach czy agencjach taki zestaw może być różny. Widziałem mnóstwo ogłoszeń rekrutacyjnych na to stanowisko. Zawsze zwracałem uwagę na wymagania stawiane przed aplikującymi kandydatami. Na ich podstawie przygotowałem własną listę wymagań. Tak na wypadek jak będę musiał przeprowadzić kolejną rekrutację.

Lekkie pióro

Kiedyś przyjdę na rekrutację i stroluję. Przyniosę prowadzącemu pióro i powiem, że lżejszych nie mieli. Najlepiej gęsie. I kałamarz z atramentem.

Wydalamy to co zjadamy, a to co czytamy wpływa na to czy nasze pióro jest lekkie czy ciężkie jak mityczny Mjölnir. Dlatego też, moim zdaniem, pierwsze pytanie powinno dotyczyć tego, co kandydat przeczytał podczas ostatnich trzech miesięcy. Następnie dziękujemy tym, którzy nie wymienili książki lub chociażby jakiejś prasy. Żadnych blogerów, czy osób czytających blogerów. Powodem do dumy powinny być przeczytane książki, a nie śledzenie czołówki blogerów. Come on!

Załóżmy, że mamy odfiltrowanych już tych, którzy nie skalali swoich rozumów papierem. W poszukiwaniu idealnego kandydata musimy oczywiście temat przeczytanych książek pogłębić. Jak myślicie, kto ma większe szanse u mnie – osoba, która przeczytała ostatnio Dostojewskiego lub Gombrowicza, czy osoba, która przeczytała „Rewolucję social media”? Oczywiście ta pierwsza (za całym szacunkiem do autora „Rewolucji”). Wierzcie mi lub nie, ale „lekkiego pióra” można się nauczyć wyłącznie czytając pisarzy, których zna cały świat.


Znajomość tematu

Jeśli community manager ma prowadzić fan page o technologii to musi mieć o niej dużą wiedzę. Musi być co najmniej równorzędnym partnerem do rozmów z fanami. W tym przypadku nie ma przebacz. Podobnie zresztą jak w każdej kategorii produktów lub usług, która jest obecna w mediach społecznościowych. Osoby, która prowadziła fan page o modzie nie posadzimy do moderowania społeczności piłkarskich zapaleńców. Pewnym wyjątkiem jest branża FMCG, zwłaszcza jeśli chodzi o jej część spożywczą. Paluszki, czipsy, serek wiejski czy keczup nie wymagają zbyt dużej porcji wiedzy.

Zanim nastał Facebook istnieli już community managerowie. Serio! Sam takim byłem. Tylko nazywają się „doradcami klienta” i buszują w miejscu sprzedaży. Ich obowiązkiem jest udzielanie informacji klientom, znalezienie najlepszego produktu, który zaspokoi ich potrzeby. Ameryki nie odkryję jeśli powiem, że osoba prowadząca fan page jest takim doradcą klienta. Smutne jest to, że community managerów  w Polsce raczej rozlicza się za dobre wyniki zaangażowania w Sotrenderze, a nie liczbę osób, którym zrobili dobrze. 

Wiedza teoretyczna

To jest ten moment, w którym warto się pochwalić, że przeczytało się książkę Michała Sadowskiego czy Anny Miotk. Osoba zajarana prowadzeniem społeczności powinna jeszcze jednym tchem wymienić przynajmniej kilka serwisów informacyjnych, z których czerpie wiedzę na bieżąco. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że media społecznościowe to branża, która dynamicznie się zmienia. Chociażby poprzez niezapowiedziane zmiany funkcjonalności serwisów. Budzimy się rano i okazuje się, że nie możemy czegoś zrobić co mogliśmy wcześniej, lub możemy to zrobić dwa razy lepiej.

Zaangażowanie

Praca community managera to etat 24/7. I nie ma przebacz. Jeśli chcesz być profesjonalistą musisz się przygotować, że praca wymiesza się z Twoim życiem prywatnym. Jedząc obiad w niedziele z rodziną będziesz trzymał telefon lub tablet pod stołem, w środku imprezy w sobotę o 23 wieczorem będziesz odpisywał na komentarze fanów i tak dalej.

Jeśli uważasz, że o 17. możesz spokojnie wyjść z pracy i nie zaglądać do menadżera stron na telefonie to nawet najlepsza literatura regularnie czytana nie da Ci u mnie zatrudnienia.

Mile widziane…

Oczywiście nie żyjemy w idealnym świecie i od community managera wymaga się jeszcze paru dodatkowych umiejętności:
- photoshop poziom podstawowy (#iHateGimp)
- znajomość narzędzi monitorujących internety (Sotrendery, Brandy i inne)
- znajomość stron/generatorów grafik, wykresów itp.
- zamiłowanie do fotografii (#pocopłacićzaistock)
- trzaskanie raportów z pepetkach „like there was no tomorrow”

::

A jak według Was powinny wyglądać wymagania wobec community managerów?

Przeczytaj również:
Community manager po polsku