Web 3.0 – konkurs

http://mediarun.com/academy/web-3-0/

Obecnie żyjemy w czasach web 2.0, czyli w świecie mediów społecznościowych. Każdy internauta może tworzyć treści, każdy może wchodzić w interakcję z treściami stworzonymi przez innych. Cudowny kocioł chaosu i samowolki, na który trudno narzucić jakiekolwiek zasady. Całe szczęście  społeczeństwo internetowe jakimś cudem potrafi się w miarę możliwości same regulować. Ale czym w takim razie jest web 3.0?

Znam dwie interpretacje tego pojęcia. Pierwsza jest ściśle powiązana z „big data”. Zakłada, że wszelkie treści, które będą do nas docierać zostaną najpierw przefiltrowane przez sito stworzone na podstawie naszych wcześniejszych zachowań, zainteresowań czy decyzji zakupowych. Dzięki temu nie będziemy musieli się denerwować popularnym spamem.
Druga interpretacja to świat „wearable devices”. Komputery stacjonarne i laptopy sprzedają się w mniejszych ilościach. Rośnie za to sprzedaż smartfonów, tabletów i smartwatchów. Pojawiają się też inteligentne opaski na rękę, ubrania czy urządzenia codziennego użytku.

Rozpowszechnianie się „wearable devices” niesie za sobą zmianę sposobu przyswajania treści. Otóż, żaden inteligentny zegarek, smartfon a tym bardziej opaska na rękę nie będzie miała nawet w 1/4 tak dużego wyświetlacza jak komputer. Co za tym idzie, drastycznie maleje miejsce na treści, zwłaszcza te reklamowe. A skoro będzie mniej miejsca na treści, to muszą być bardziej dopasowane do indywidualnego użytkownika. To kieruje nas z powrotem do pierwszej interpretacji pojęcia web 3.0…


Jeśli chcecie się dowiedzieć więcej na temat przyszłości internetu i web 3.0 to zapraszam Was na konferencję Web 3.0 Nowe standardy organizowaną przez Mediarun Academy. Konferencja odbędzie się 11 lutego w Warszawie.

Program konferencji złożony jest z dwóch paneli, z których pierwszy będzie dotyczył trendów i prognoz na nadchodzące miesiące, a nawet lata. Podczas tej części dowiesz się:

- jakie są aktualne standardy i trendy digital marketingu na 2014 r;
- jak działania w Internecie wpływają na decyzje zakupowe konsumentów;
- jak zarządzać komunikacją i spersonalizować swój przekaz;
- przyjrzy się zmianie paradygmatu – od monologu do dialogu, czyli jak interpretować i rozumieć nowego konsumenta oraz jak go zaangażować.

Druga część konferencji zostanie poświęcona narzędziom i systemom, które umożliwiają sprawne wdrożenie nadchodzących trendów. Podczas tego panelu będziecie mogli: 

- poznać najnowsze narzędzia WEB 3.0 z wykorzystaniem m.in.: Marketing Automation, RWD, Big Data, nowych standardów SEO;
- dowiedzieć się czym jest UX i jaki ma wpływ na wyniki;
- dowiedzieć się jak wykorzystać Social Media do zwiększania poziomu rekomendacji i sprzedaży i – - jak mierzyć jej efektywność;
- dowiedzieć się dlaczego „Content is SEO king” , czyli zmiany w strategii pozycjonowania;
- zrozumieć nowoczesne E-commerce i nowy ecosystem marketingowy wsparcia sprzedaży online.  

Swoje prelekcje wygłoszą m.in.: Michał Sadowski (Brand 24), Ivan Hernandez (Walk Group) i Norbert Klein (Think Kong).

Mam dla Was jedno zaproszenie na konferencję. Przekażę je osobie, która w najciekawszy sposób opisze swoją wizję marketingu internetowego w 2019 roku. Na odpowiedzi czekam do niedzieli 2 lutego. Zamieszczajcie je w komentarzach w poście na moim fan page’u:

Podryw na Facebooku

Jak poderwać dziewczynę na Facebooku

Mamy weekend więc trochę luźniej potraktuje temat mediów społecznościowych. W końcu nazwa „Why so social” do czegoś zobowiązuje ;-) Poniżej kilka wskazówek jak poderwać kogoś wykorzystując Facebooka. Uwaga: sprawdzone w boju!

Kiedyś pisał o tym Opydo, wideo nagrali Abstrachuje TV. U tego pierwszego tekst służy chyba tylko wyłącznie lepszemu pozycjonowaniu bloga… Więc co zrobić? Jak zachęcić osobnika płci przeciwnej do podjęcia długofalowej konwersacji wykorzystującej aplikacje z web 2.0., której celem jest w bliżej nieokreślonej cenzurze czasowej zbliżenie fizyczne? Oto kilka moich pomysłów.

Ogarnij profil

Czy do klubu idziesz ubrany jak dziad z tshirtem upieprzonym sosem z kebaba ze Świętokrzyskiej? Nawet jeśli tak to możesz się sam oszukiwać i wmawiać sobie, że „taka koncepcja” albo „że liczy się wnętrze”. Ale jeśli ustawisz sobie takie hasła na cover photo to jesteś spalony jak tęcza na Placu Zbawiciela.
Ustaw sobie sensowne zdjęcie profilowe. Najlepiej jakieś pozowane, fajne, hipsterskie #selfie. Tylko nie rób na nim groźnej miny, bo przy Twoich 60 kilogramach wagi będzie to wyglądało słabo. Uśmiechnij się, ale nie dlatego, że jesteś napruty jak szpadel. Uśmiechnij się tak naturalnie, przyjaźnie (przy założeniu, że jeszcze nikt Cię nie pozbawił części przedniej uzębienia).

Kto powiedział, że nie możesz mieć na profilu zdjęć jak tyrasz na siłce albo opierasz się o swojego tuningowanego Golfa? Wszystko zależy od targetu, do którego uderzasz. Jeśli jesteś dresem to metalówy lub hipsetrki nie wyrwiesz (chociaż z tymi drugimi to nigdy nic nie wiadomo w sumie). Widziałeś kiedyś metala idącego za rękę z dresiarą? Nie? A ja tak :P Nie zapominajcie o Nergalu i Dodzie. Jednak traktujmy to jako wyjątek potwierdzający regułę. Od tego wątku zgrabnie przechodzimy do kolejnej istotnej rzeczy.

Zlookaj dziunię

Zanim napiszesz przejrzyj profil osoby, na której się focusujesz. I nie chodzi tylko o sprawdzenie czy jest w związku i czy ma ładne fotki w albumach. Zobacz jej wpisy z ostatnich kilkunastu tygodni. Zrób sobie listę rzeczy, które lubi oraz te, których się brzydzi. Taka analiza SWOT jakby nie patrzeć.
Musisz być maksymalnie przygotowany do pierwszego kontaktu. Margines błędu jest naprawdę niewielki! Może się okazać, że dziewczyna pija tylko Desperadosy a Ty masz na profilu focię jak idziesz na imprezę z kratą Harnasi, którymi ona gardzi. Szczegół? Nic bardziej mylnego! Już jesteś stracony.
Przygotuj swój profil. Nie musisz pisać od razu, jeden dzień Cię nie zbawi (od tego jest Redtube). Jeśli dziewczyna ma 5 zdjęć w Starbucksie, a Ty jedno w CoffeHeaven to od razu je usuń. Potem idź do Starbucksa, zapoznaj się z jego menu, kup najdroższą kawusię i walnij #selfie z otagowaniem na Fejsa i Instagram.

Pierwszy kontakt

Dziewczyny dzielą się na dwie grupy: te nieświadome i te maksymalnie wyczulone. I za cholerę nie wiesz, do której piszesz. Dlatego też warto z góry założyć, że piszesz do takiej wyczulonej, która każdy kontakt od nieznajomego płci przeciwnej traktuje jako podryw. Nie wyskakuje z tekstem „Siema malutka” na dzień dobry. Odrobina szarmancji nie zaszkodzi.

Musisz być jednak świadomy pewnych ograniczeń technicznych. Pisząc do osoby, której nie masz w znajomych, Twoje wiadomości wpadną jej zapewne do folderu „inne”. Zapraszanie bez przedstawiania się do znajomych sukcesu nam nie wróży. Polecam (o ile nie jest to zablokowane w ustawieniach prywatności) skomentowanie zdjęcia bądź statusu i zapytanie się o jakąś pierdołę. Na przykład komentując zdjęcie z klubu „Podobno niezła muzyka leci w tym miejscu. Warto wybrać się tam w sobotni wieczór?”
Uwaga. Oczywiście drugie zdanie w tym komentarzu jest pułapką. Jeśli trafiłeś na maksymalnie wyczuloną dziewczynę (a takie przyjmujemy założenie) to uzna je jako zaproszenie i nici z dalszej konwersacji. Prawda jak łatwo się naciąć?
Jeśli już rozkminisz jakiś konkretny komentarz i doczeka się on odpowiedzi to przeszedłeś więcej niż połowę drogi! Zapewne niewiasta  przejrzała Twój profil i jest on na tyle spoko, żeby zaszczycić Cię odpowiedzią. Kolejny Twój krok to napisanie komentarza z prośbą o zajrzenie do skrzynki odbiorczej bo masz pytanie (broń boże nie pisz na jej profilu, że „masz do niej interes” bo zostaniesz wyśmiany przez jej koleżanki a koledzy się na Ciebie zasadzą). Możesz też z miejsca zaprosić do znajomości jeśli dziewczyna odpowiada Ci w mega pozytywny sposób. Zapewne przyjmie Cię – oczywiście na razie do znajomych ;-)

Na co uważać podczas podrywu na Facebooku:

- przejrzyj dokładnie wszystkie zdjęcia. Nie ufaj tym, które pokazują tylko twarz lub są ewidentnie dotknięte magią Photoshopa lub innego filtra z Instagrama. Jak się zabezpieczyć i dokonać weryfikacji? Ustaw się z nią na wideo rozmowę na Skype lub Google Hangouts.

- sprawdź czy jest w związku. To, że jest, nie znaczy, że nie jest Tobą zainteresowana. Oczywiście większe szanse masz u takiej dziewczyny jeśli, paradoksalnie, i Ty jesteś zajęty. I na odwrót – są pary, które nie obnoszą się ze sobą w social media. Dlaczego? Bo lubią mieć otwartą furtkę ;-)

- dziewczyna może preferować swoje koleżanki. Nie pohandlujesz wtedy, więc to uszanuj i oszczędź sobie (i jej) czasu na próby namawiania na trójkąt.

::

Oczywiście ten wpis nie wyczerpuje tematu, ale mam nadzieję, że pomoże komuś się poznać i będą z tego dzieci. To jest mój wkład w rozwój cywilizacji na Ziemi ;-)

Trzynasty touchpoint – social media

 
Social media touchpoints http://www.freedigitalphotos.net

Kiedyś marketing był o wiele prostszy. Zwłaszcza zanim rozwinął się internet i wybuchły media społecznościowe. Jednak w błędzie są ci, którzy wyrzekają się tradycyjnych mediów i koncentrują się wyłącznie na nowych. Dlaczego?


Słowo klucz to „touchpoint”, które oznacza kontakt klienta (obecnego lub potencjalnego, ale również pracownika firmy) z produktem (bądź usługą) przed, w trakcie lub po zakupie. Ktoś mądry ostatnio wyliczył, że takich punktów stycznych jest ponad 100. Play w swojej ścieżce zakupowej dochodzi do 16 touchpointów. Spróbujcie teraz tę szesnastkę wymyśleć ;-)

Touchpointy możemy podzielić na 4 grupy (źródło: accelerom.com):

Celem każdego producenta produktów bądź usług jest sprzedaż. Do sprzedaży natomiast prowadzi wspomniana już ścieżka zakupowa, która jest optymalnym miksem wielu touchpointów. Tak jak puzzle, czy klocki – należy złożyć coś, co będzie się trzymało w całość i będzie miało sens. Najciekawsze jest to, że tak było kiedyś i tak jest teraz! Jedyna różnica, że przybyło nam więcej różnych klocków (nowych mediów), z których możemy budować skuteczniejsze ścieżki zakupowe.

Niestety marketingowców dopada syndrom „nowej zabawki”, czyli odkładanie na bok starych i zajmowanie się wyłącznie nową – w tym przypadku mediami społecznościowymi. Oczywiście jest to błąd, ograniczenie pola manewru.

Jak zbudować skuteczną ścieżkę zakupową

Oczywiście najlepiej jest korzystać ze wszystkich ponad 100 touchpointów. Niestety, jak zawsze ogranicza nas budżet. Dlatego też musimy wybrać te, które docierają do naszej grupy docelowej i dają szansę na największy zwrot z inwestycji (mityczny ROI). Pierwszą ścieżkę budujemy na podstawie wcześniejszych doświadczeń własnych (analiza tego co już zrobiliśmy i jakie wyniki osiągnęliśmy) lub naszej bezpośredniej konkurencji. Potem następuje egzekucja i pomiar. Pomiar w sumie jest najważniejszy. Dlaczego? Bo pozwoli nam modyfikować naszą ścieżkę zakupową – zmieniać wielkość budżetów skierowanych na poszczególne touchpointy lub wymieniać je na inne.

Zabieramy 30 proc. z telewizji i dodajemy mailingi oraz banery. Spadła sprzedaż? Przenosimy budżet z banerów na szkolenie obsługi klienta, czekamy i mierzymy. I tak dalej, i tak dalej… Optymalizacja nigdy się nie kończy, a czas od pomiaru do pomiaru może trwać kilka miesięcy. Gdy już wydaje nam się, że osiągnęliśmy maksymalny ROI, zmieniają się przyzwyczajenia i zwyczaje klientów lub konkurencja pokazuje innowacyjny produkt. Nigdy nie zaznasz spokoju.

Im więcej touchpointów tym większa skuteczność ścieżki zakupowej. Truizm, ale warto o nim pamiętać. Jednak każdy kolejny powinien być dodawany tylko wtedy, gdy obecna ścieżka zakupowa jest skuteczna i ma zadowalający ROI, który pozwala nam na większe inwestycje w marketing i reklamę.

Social media w ścieżce zakupowej

Jakie punkty styczne oferują nam media społecznościowe? Zaczynając od wpisów na niemal każdym portalu społecznościowym, poprzez blogi, fora a skończywszy na reklamie takiej jak chociażby Facebook Ad. Całkiem sporo, prawda? I dobrze, bo na każdym kroku podczas procesu zakupowego u klienta mogą odgrywać ważną rolę.

1. Pojawienie się potrzeby
Klient nagle zdaje sobie sprawę, że potrzebuje produktu/usługi z danej kategorii. W tym samym momencie przypomina sobie marki z danej kategorii i sytuacje, w których się z nimi zetknął.
Jeśli nasz klient jest aktywnym użytkownikiem internetu, to istnieje duża szansa, że taki kontakt z marką nastąpił w mediach społecznościowych. Może to być reklama lub post sponsorowany. Jednak największą szansę na przypomnienie się  mają wypowiedzi znajomych, rodziny lub blogerów na temat danej marki – niezależnie od tego, czy są pozytywne, czy negatywne. Według badań, marki, które pojawiają się w tym etapie są trzykrotnie częściej wybierane przez klientów, niż te, które pojawią się w jego świadomości później.

Działania: najważniejsze to monitorowanie internetu w celu niwelowania efektu negatywnych opinii i wzmacniania pozytywnych. Jest to też szansa na zaistnienie marki dosyć niskim kosztem. Za 40 tys. złotych (czyli koszt jednej emisji spotu w telewizji podczas prime time) jesteśmy w stanie zdobyć 50 tys. fanów na Facebooku oraz drugie tyle ich znajomych, którzy zobaczą to polubienie. Czy jest to lepsza inwestycja niż spot w TV? Myślę, że tak.

2. Poszukiwanie informacji 
Nasz potencjalny klient postanawia znaleźć i porównać kilka produktów/usług w celu wybrania najlepszej opcji. Wykorzystuje do tego celu wyszukiwarkę, serwisy porównawcze (np. ceneo.pl). fora internetowe czy portale społecznościowe.  

Działania: musimy dać się odnaleźć w łatwy i szybki sposób. Nasze profile w serwisach społecznościowych powinny być uzupełnione o wszelkie, niezbędne dane i informacje.
Kluczową rolą jest liczba fanów czy śledzących dany profil. Nie ma co się oszukiwać, ale jeśli jeden produkt ma 5 razy więcej fanów na Facebooku to na starcie zyskuje kilka metrów przewagi. Dlaczego? Po pierwsze większa szansa na to, że polubił go wcześniej przynajmniej jeden znajomy potencjalnego klienta (rekomendacja). Poza tym liczba fanów jest wskazówką dotyczącą popularności (i jakości) danego produktu. Po drugie najpierw zapoznamy się z ofertą tego z większą liczbą fanów. Jak pokazują badania, w momencie gdy decyzję musimy podjąć po pewnym czasie, to lepiej pamiętamy te produkty/usługi/treści, z którymi zapoznaliśmy się na początku.

3. Ocena zakupu
Klient się zdecydował i dokonał zakupu. Następne co zrobi to oceni czy produkt spełnia jego oczekiwania. W skrajnych przypadkach, czyli olbrzymiego zadowolenia lub rozczarowania, da upust swoim emocjom w internecie – w serwisach społecznościowych, forach lub opisze to na swoim blogu. Oczywiście rozczarowanie trafi na oficjalny profil marki, a zadowolenie na profil prywatny klienta. Nie jest to regułą, ale możemy zaobserwować taką zależność.

Działania: podobnie jak w punkcie pierwszym kluczem do sukcesu jest monitoring. Bardzo istotne jest to, aby nie zostawiać klienta samemu sobie po zakupie. Jeśli wyraża swoje niezadowolenie to spróbujmy mu pomóc – wyjaśnić działanie produktu, wymienić wadliwy. Jeśli jest zadowolony nagrodźmy go zniżkami dla niego i jego znajomych, podziękujmy za zakup, wykorzystajmy sytuację do zdobycia jego adresu mailowego.

4. Zbudowanie lojalności
Teraz skupiamy się na tych klientach, którzy są zadowoleni z zakupu naszego produktu lub usługi. Lubimy rozmawiać o markach, wymieniać się doświadczeniami. Robimy to często nieświadomie rzucając tekstami typu „ciuchy marki X rozpadły się po pierwszym praniu, a w marce Y chodziłem przez ponad rok”. Zamieszczamy w mediach społecznościowych wiele zdjęć i jest niemal niemożliwe, aby były one wolne od marek. Zawsze gdzieś dostrzeżemy markę odzieży, napoju, nazwę restauracji itp. Obserwujemy też sytuacje, w których użytkownicy wprost pytają swoich znajomych o doświadczenia związane z konkretną marką.

Działania: angażowanie już zebranych fanów czy followersów. I nie chodzi o wrzucanie na profil śmiesznych obrazków z kotami. W końcu naszym celem jest sprzedaż, więc oferujmy nowe produkty, zniżki, promocje. Ciekawym rozwiązaniem jest organizowanie brandowanych imprez, podczas których nasi klienci będą mieli okazję doświadczyć marki w nowej sytuacji. Zaproszenia na imprezę możemy rozdać subskrybentom i fanom.

Oczywiście znajdzie się jeszcze sporo innych działań, które możemy podjąć w każdym z 4 wyżej opisanych etapów. Wszystkie zależą od grupy docelowej, tego, na jakiej platformie social media przebywają oraz funkcji jakie taka platforma oferuje. Opisanie wszystkich mogłoby doczekać się osobnej publikacji w księgarniach.

::

Na koniec kij w mrowisko. Pracując w mediach społecznościowych, czy nawet w całym interactive jesteśmy wyłącznie szeregowymi pracownikami przy „taśmie”. Wykonujemy pewne zadania według tego co wiemy, poznaliśmy, jednak większość z nas nie ma zielonego pojęcia jak działa cała fabryka. Nawet się nad tym nie zastanawiamy za bardzo. Po prostu robimy swoje.
Jedynie dyrektor fabryki wie, na których taśmach produkcyjnych są produkowane najbardziej watrościowe komponenty (touchpointy) i jak ustalić ich wydajność, aby było z czego zapłacić wszystkim pracownikom.

::

Photo: www.freedigitalphotos.net

Obiektywnie o #psbv

Do życia zostało powołane Polskie Stowarzyszenie Blogerów i Vlogerów (psbv.pl). Zgromadzenie założycielskie trwało blisko 5 godzin. Uczestniczyło w nim około 60 osób. Równocześnie przez branżowy internet przelało się tsunami hejtu. Pognany ciekawością postanowiłem również uczestniczyć w spotkaniu i stać się częścią wydarzenia zamiast napierdalać tweety z #psbv.

Dzięki temu realnie mogę powiedzieć coś więcej, podzielić się swoimi przemyśleniami. Wszystkie info na temat tego kto został kim w PSBV znajdziecie na ich fan page’u lub stronie. Warto odnotować, że w zarządzie nie znalazł się Maciej Budzich (mediafun.pl). Ba, nawet odmówił udziału w komisji etyki PSBV! Dlaczego? Być może doskonale zdaje sobie sprawę, że ostatnio stracił trochę w oczach blogosfery i występowanie w pierwszym rzędzie takiej inicjatywy nie wyjdzie nikomu na dobre. Inna sprawa, że razem z Iloną Patro są twórcami Galopującego Pancernika, który zajmuje się relacjami pomiędzy biznesem/markami a blogerami. Ilona zresztą też nie należy do zarządu PSBV, jej rola ogranicza się do pomocy w załatwianiu urzędowych spraw związanych z rejestracją stowarzyszenia w sądzie. No i była sekretarzem, który notował wszystko co działo się na zgromadzeniu założycielskim. Sprytne posunięcie i częściowe oddalenie posądzeń o wykorzystywanie stowarzyszenia w celach biznesowych.

Dużo emocji i dyskusji wzbudziło tworzenie statutu. Okazało się, że pierwotna wersja miała kilkanaście nieścisłości, które szybko zostały wyłapane przez uczestników. Zaowocowało to poprawkami, które zostały niemal jednogłośnie przegłosowane. Nie obyło się też bez dyskusji na temat definicji blogera. Jakub Górnicki, który czuwał nad przebiegiem zgromadzenia, dzielnie się bronił przed wprowadzeniem takiej definicji do statutu. Stanęło na tym, że zarząd stowarzyszenia został zobowiązany do zbierania materiałów i przygotowania takiej definicji. Sam również wypowiedziałem się za koniecznością jej istnienia. Rozśmieszył mnie głos przeciwko, który jako argumentu użył stwierdzenia, że np. rolnik nie ma swojej definicji, więc czemu takową powinien mieć bloger? Odpowiedź jest prosta: niemal każdy człowiek wie czym zajmuje się rolnik… Niestety w Polsce świadomość kim jest bloger, co robi i z czego żyje jest znikoma.

Moim zdaniem zdefiniowanie blogera i edukacja kim jest to najważniejsze zadanie PSBV na początku jego działalności.

Dzień wcześniej Kominek napisał o tym, że za stowarzyszeniem stoją osoby związane z markami i agencjami marketingowo-reklamowymi. Rzeczywiście, na początku padły imiona i nazwiska osób, które kibicują stowarzyszeniu i je wspierają. I koniec. Kwestia obecności/wpływu marek na stowarzyszenie nie była więcej poruszana w żaden sposób. Więc gdzie jest dla nich miejsce w PSBV? Otóż mamy kilka rodzajów członków, a jednym z nich jest „członek wspierający”. Według statutu nie musi nim być bloger, więc nie ma problemu aby był to przedstawiciel konkretnej marki albo innej instytucji (np. agencja).

Na koniec o pieniądzach. W pierwotnej wersji statutu był punkt o braku składek członkowskich. Podczas obrad zaproponowano, aby takowe były, chociażby symboliczne, z powodów czysto organizacyjnych. I ok. Na 10-20 PLN za rok nie mam nic przeciwko, jednak w miarę jedzenia rósł apetyt i rozważano składki w wysokości 50 lub 100 PLN (przeszła kwota 50 PLN). Obstawiam, że będzie to komentowane przez hejterów. Jednak Jakub Górnicki szybko zapowiedział, że wszelkie wyjazdy, delegacje itp. koszty będą pokrywali z własnej kieszeni, a składki zostaną przeznaczone na utrzymanie domeny, serwerów czy drukowanie materiałów na kolejne zgromadzenia.

Chyba jako jedyny nie głosowałem za przyjęciem statutu PSBV. Wstrzymałem się od głosu ponieważ moim zdaniem wymaga on jeszcze wielu godzin pracy. Nie czułbym się dobrze głosując na „tak”.

::

Podsumowując. Daję kredyt zaufania stowarzyszeniu. Nic mnie to nie kosztuje, a hejtowanie czegoś co jeszcze nie zaczęło działać jest po prostu słabe. Z miłą chęcią zaangażuje się w pracę w zespołach projektowych – mam pomysł na założenia koła tematycznego w obrębie stowarzyszenia.

Z drugiej strony rozumiem najczęściej powtarzany zarzut, czyli to, że celem PSBV jest promowanie wybranych osób lub blogów w celach biznesowych. Jednak obiecuję, że jeśli dojdzie do jakichkolwiek wątpliwości czy nadużyć, to nie będę miał skrupułów przed ich ujawnieniem. Będę zadawał pytania, prosił o wyjaśnienia komisję rewizyjną i zarząd stowarzyszenia. Podzielę się też wszystkim w mediach, którymi zarządzam.

Mam nadzieję, że PSBV będzie wypełniało założone cele i wykorzysta właściwie fakt bycia formalnym stowarzyszeniem.

PO kupuje fanów z Turcji?

A może padło ofiarą „ataku” nieprzychylnej organizacji? Ciężko ocenić i lepiej wstrzymać się z osądami. Jednak pytanie należy zadać, bo jeśli rzeczywiście ktoś z PO kupuje fanów, to jest to najzwyklejsze oszustwo, które wiodącej partii politycznej nie przystoi.

Po wejściu na oficjalny profil Platformy Obywatelskiej na Facebooku wystarczy kliknąć w ikonkę z liczbą fanów. Od razu widzimy podstawowe informacje o fanach takie jak wiodąca grupa wiekowa, lokalizacja czy bieżąca dynamika wzrostu fanów i liczby „osób, które mówią o stronie” (ang. people talking about). Te statystyki są dostępne nawet dla użytkowników serwisu, którzy nie są administratorami fan page’y.

W przypadku fan page’a PO większość fanów jest w wieku 18-24 lata, co nie jest niczym dziwnym. Ba! Nawet dobrze się składa, że młodzi ludzie interesują się polityką. Jednak spore kontrowersje wzbudza fakt, że największa liczba fanów pochodzi ze stolicy Turcji. Dziwne, jak na liczący 48 tysięcy fanów fan page polskiej partii politycznej…

Druga niepokojąca rzecz w widocznych statystykach to fakt, że 9 stycznia do fan page’a dołączyło około 4,5 tysiąca nowych fanów. I zdecydowanie nie jest to tak zwany wzrost generyczny, który we wcześniejszym okresie był zerowy!

::

Na pewno cała sytuacja powinna zostać wyjaśniona przez osoby odpowiedzialne za profil Platformy na Facebooku. Jednak przestrzegam przed przedwczesnym kamieniowaniem.
Ktoś mógł „kupić” fanów z Turcji, tylko po to, aby wzbudzić kontrowersje. Serwisy aukcyjne, takie jak Allegro, pozwalają szybko i bezproblemowo kupować fanów nie tylko do fan page’y, których jesteśmy administratorami. Wystarczy podać url.
Koszt 5 tysięcy fanów to wydatek rzędu 50 do 150 złotych (można na fakturę). Narobienie problemów i kryzys wizerunkowy wywołany anonimowo za taką kwotę? Bezcenne.

Chociaż z drugiej strony mam nadzieję, że osoba, która zrealizowała takie „zamówienie” wskaże zleceniodawce. 

I tutaj nachodzi mnie smutna konkluzja: jak piekielnie łatwo jest w czasach internetu i mediów społecznościowych coś zniszczyć. Nieważne czy jest to osoba, instytucja czy firma. Za 100 złotych i poświęcenie godziny czasu możemy obrócić w pył coś co było budowane latami.

::

Jakie jest Wasze zdanie na temat tureckich fanów PO?

Jeleń czy stażysta?

Czy darmowe praktyki lub staż to zło i wykorzystywanie czy może szansa dla młodego człowieka? Jak uniknąć tego pierwszego? Bazując na własnym doświadczeniu postaram się Wam chociaż trochę podpowiedzieć.


Cała dyskusja na temat praktyk i staży nie jest czymś nowym – jednak co pewien czas wyłania się z odmętów internetu niczym potwór z Loch Ness. I dobrze. Co roku, każda branża jest zasilana nowym naborem, który stawia pierwsze kroki w karierze. Mimo to, za każdym razem irytują mnie ludzie, którzy uważają staże i praktyki za wykorzystywanie rzucając argument typu „za mój poświęcony czas należy mi się wynagrodzenie”. Często mam ochotę odpisać im, aby pierdolnęli się w głowę. Dlaczego? Odpowiedź poniżej.

Bezpłatny staż

Zaskakująco wiele osób uważa je za wyzysk ze strony firmy. Sorry, ale jeśli nie masz doświadczenia to jesteś głównie obciążeniem. Wszystko trzeba Ci tłumaczyć, poprawiać po Tobie itp. To zajmuje czas pozostałych pracowników, którzy mają na głowie projekty. Jesteś noobem i nawet nie pozwolą Ci się zbliżyć do klienta. Nie zarabiasz też nawet na swoje biurko i kawę, którą chlasz cały dzień, więc się nie dziw, że nie dostajesz pieniędzy na konto.

W takiej branży jak reklama i marketing nie każdy się sprawdza. Umiejętność pracy w grupie i pod presją czasu są niezwykle istotne i niech Ci się nie wydaje, że to potrafisz, dopóki nie spróbujesz. Równie ważna jest dokładność i sumienność. Mój pierwszy staż trwał blisko pół roku, z czego 3 miesiące były za free. Odbyłem go w małej agencji reklamowej, która do tej pory istnieje i ma się dobrze. Co ciekawe, nie robią digitalu. Następnym stażem było Ogilvy Interactive, gdzie przez 3 miesiące zarabiałem 500 pln brutto za pełny etat. Dostanie się na ten staż, pomimo odbycia już jednego, nie było takie łatwe. Musiałem przygotować prezentację na temat cloud computingu. I udało się – prezentacja była sumiennie przygotowana co spodobało się dyrektorowi działu client service.

W sumie 9 miesięcy różnych praktyk i staży zanim zostałem zatrudniony na stałe w Ogilvy na stanowisku junior project managera. W międzyczasie byłem jeszcze na stażu w agencji zajmującej się szeptanką. Podziękowali mi po dwóch tygodniach, za co w sumie jestem im wdzięczny bo zamiast oszukiwać ludzi na forach internetowych zacząłem pracować na takich klientach jak IBM czy Whirlpool.

Drabina kariery

Mam dla Was smutną wiadomość – nie da się wspinać kilka stopni na raz. A jeśli nawet, to sami sobie robicie krzywdę. W moim przypadku musiałem odbyć staż w mniejszej agencji, żeby dostać staż w sieciowej, gdzie musiałem się sprawdzić, aby dostać najniższe z możliwych stanowisk. Nauczyło mnie to pokory, organizacji pracy, wytrwałości i cierpliwości. To prawda: w marketingu i reklamie nie zarabia się mało, najczęściej jest to powyżej średniej krajowej. Dlatego też kilka miesięcy poświęcone na staże i praktyki szybko sobie finansowo można odbić. O ile jesteście dobrzy.

Oczywiście niektórym udaje się szybciej i więcej. Nie patrzcie na nich, nie starajcie się podążać ich drogą na siłę. Cierpliwie realizujcie swój plan. Prawda wygląda tak, że ponad połowa ofert staż i praktyk daje realną szansę stałego zatrudnienia.

Jeleniem być

Jak unikać tych nielicznych miejsc, w których szuka się jelenia? Zazwyczaj są to małe agencje, które balansują na skraju rentowności. Po drugie staże i praktyki dłuższe niż 3 miesiące dają jasny sygnał, że coś jest nie tak. Wyjątkiem są mega znane firmy czy agencje, które po prostu warto mieć w CV.

Oczywiście czasami trzeba być jeleniem przez pewien czas, aby mieć lepsze argumenty w rozmowie w poważnej firmie. Jednak nie polecam zbierania 2 lub 3 miesięcznych staży w nieskończoność – może to zostać zinterpretowane jako oznaka naszej niekompetencji. Skoro nikt nas nie chciał na dłużej, to znaczy, że po prostu się nie nadajemy.

Pracować, nie zarabiać

To jest prawdziwa plaga. Żeby otrzymać należne nam (niemałe) wynagrodzenie musimy, mówiąc wprost, zapierdalać i przynosić zysk firmie. Za samo siedzenie przed komputerem i picie kawy nikt nie da nam pieniędzy. Najpierw wykonajmy przynajmniej 100 proc. tego co do nas należy, a potem wyciągajmy dłoń.

::

Jak widać najwięcej zależy od nas samych. Dobrzy, pracowici ludzie dostają to, na co zasługują. Muszą wykazać się tylko odrobiną cierpliwości. Cała reszta zasługuje na karną miotłę i niech idzie zamiatać ulicę. Przynajmniej będzie z tego jakiś pożytek dla pozostałych.

Jakie są Wasze doświadczenia ze stażami i praktykami? Piszcie w komentarzach!