Folwark reklamowy

Okazuje się, że historia ma bardzo silny wpływ na kolejne pokolenia. Koleżanka podesłała mi wpis sprzed 5 lat ze strony Polityki o tytule „Podjąć pana pod kolana„. Tekst ma formę wywiadu z prof. Januszem T. Hryniewiczem, socjologiem, który przekonuje, że dalej siedzimy w feudalizmie. Ciężko się z tym nie zgodzić, zwłaszcza patrząc na branżę reklamową w naszym kraju.

Bo czymże jest agencja reklamowa? Ma swoich (najczęściej nieomylnych) panów feudalnych oraz zwykłych robotników. Jedni z nich sadzą grafiki, inni hodują fan page, zbierają leady, budują strony i tak dalej. Ten podział jest jeszcze bardziej widoczny w agencjach zajmujących się głównie mediami społecznościowymi. Panowie feudalni, noszący dumne nazwy w stylu CEO albo founder rozmawiają między sobą, dyskutują oraz rywalizują o względy królów (klientów), którym chcą sprzedać korzystnie owoc pracy swoich robotników folwarcznych. Wymaga to od nich ogłady, sprytu, inteligencji… lub po prostu dojebania pracownikom więcej godzin za niższą stawkę. Zresztą podobny schemat przerabiany był w ustroju feudalnym parę wieków temu.

Spytacie się dlaczego chłopi się nie buntowali? To proste! Przecież mieli dach nad głową, mieli co jeść, mogli się pieprzyć na sianie w oborze. Czego chcieć więcej? Dzisiejsi pracownicy agencji mają na sushi, w weekend mogą się zachlać, a internet i Facebook jest w ilościach nieograniczonych. Podobnie jak w folwarkach, również w branży powstały pewne rytuały i hierarchie. A więc mamy blogerów-mentorów, którzy uczą innych jak mają pracować dla swoich panów. Mamy też (tych jest większość) ciche myszki, które od 9 do 17 pracują – nie więcej i nie mniej – i udają się w miasto uskuteczniać hedonizm (nazywamy to konsumpcją). 

Wróćmy na chwilę do wspomnianego na początku artykułu prof. Hryniewicza. Chciałbym przytoczyć dwa ciekawe fragmenty:

Niestety, po lekturze mojego nowego opracowania „Stosunki pracy w polskich organizacjach” będzie panu jeszcze mniej wesoło. Relacjonuję tam wyniki badań przeprowadzonych ze współpracownikami już w XXI w. I co się okazuje? Że ok. 80 proc. osób z wykształceniem zasadniczym i podstawowym najbardziej ceni sobie w pracy spokój i kierownika, który nie skłania do ujawniania własnych opinii. Jeszcze gorzej, że podobne deklaracje składa blisko połowa pracowników z wyższym wykształceniem. To ludzie praktycznie straceni dla gospodarki opartej na wiedzy, w której liczy się innowacyjność i własna inwencja.

Wśród szefów dominują postawy wodzowskie, autorytarne lub – w najlepszym przypadku – biurokratyczne. Kierowanie wodzowskie odwołuje się do dyskrecjonalności, jest emocjonalne i mało przewidywalne. Co gorsza, pracownikom generalnie odpowiada taki styl kierowania. Przypomina to opowieści z dawnych folwarków, gdzie pan lub ekonom był despotą, często nieprzewidywalnym, ale można go było udobruchać podejmując pod kolana.”

Skoro tak głęboko zakorzeniły się w nas postawy mające swój początek ponad pięćset lat temu, to czy jest jakaś racjonalna przesłanka za tym, że od 2009 roku (data publikacji artykułu) sytuacja uległa zmianie w zaledwie 5 lat? Otóż tak! Ale o tym na koniec tego wpisu – ćwicz cierpliwość Czytelniku.

Wróćmy do „feudalnych founderów” lub, jak kto woli, „panów CEO”. Wyraźnie widać, że towar, który sprzedają (reklamę) traci na wartości. Pojawiają się też nowe folwarki, które zaniżając cenę (czyt. dociskają pracowników) i przez to „psują rynek” – ach te fan page za 500 pln miesięcznie. Rośnie liczba folwarków zautomatyzowanych, czyli nowych form reklamowych. Są one skuteczniejsze niż tradycyjne i oczywiście bardziej wydajne. Co w takiej sytuacji robią panowie feudalni? Sprzedają w cholerę swój folwark razem z inwentarzem i pracownikami. Pół biedy gdy sprzedają kolegom zza miedzy. Jednak coraz częściej sprzedają globalnym sieciom folwarków (agencji), które pochodzą spoza Polski. Czymże jest dla czołowej grupy 10, 20 czy 40 mln złotych? To zaledwie procent ich zysku w skali roku. Nijak się to ma do przejęć kosztujących setki milionów, czy wręcz miliardy dolarów (razy trzy jeśli mierzymy w lokalnej walucie). Jednak feudalny CEO jest ukontentowany z tejże niewielkiej kwoty. Dzięki niej może do końca życia jeść sushi i jeździć sportowym samochodem. Ten ambitniejszy założy kolejny folwark o nieco innej specjalności…

Teraz chciałbym zadać Ci Drogi Czytelniku ważne pytanie: czy w średniowiecznej Polsce inne nacje kupowały u nas folwarki? I jak sądzisz: co by się stało gdyby udało im się wykupić przynajmniej połowę z nich? Czy Polska byłaby Polską? 

Jedną z dwóch pocieszających rzeczy jest fakt, że w erze feudalizmu byli panowie CEO, którzy prowadzili swoje folwarki według zupełnie innych, innowacyjnych zasad. Zapewniało im to skuteczność i spokojne, niezależne życie. Tak jak kiedyś każdy musiał jeść, czy się w coś ubrać, tak teraz każda firma musi wykładać pieniądze na marketing i reklamę. Martwi mnie jednak, że ówcześni, polscy panowie feudalni nie patrzą na wschód i nie starają się podkupić innych. W ten sposób przynajmniej częściowo rekompensowane byłyby poniesione straty z zachodu…

A teraz czas na obiecaną, pozytywną obserwację, te światełka nadziei. Są nimi polskie startupy, które coraz śmielej idą na zachód. Trend ten się nasila i być może za 2-3 lata będziemy mogli mówić o istnym tsunami, które przetoczy się we właściwą stronę. W czym tkwi ich siła? W tym, że nie są folwarkami, w których większość osób zadowala się sushi na obiad i alkoholem na weekend. Startupy to ludzie nie przywiązani do przyzwyczajeń, stereotypów czy utartych schematów. Zarządzane są też w sposób demokratyczny, a nie autorytarny.

Panie i Panowie – nadchodzi kres feudalnych CEO! Chciejcie więcej, zmieniajcie świat.
To Wasz czas!

::
Stay sick, stay social!
Artur Roguski

::
Photo by noppasin/freedigitalphotos.net
 

Content marketing – konkurs!

W Stanach Zjednoczonych content marketing już od około dwóch lat jest jedną z podstawowych form kontaktu marki z klientem. Wypiera jednocześnie znane do tej pory kanały komunikacji jednokierunkowej. Poniżej w telegraficznym skrócie omówione zostały trzy główne jego cechy. Na końcu wpisu znajdziecie również zadanie konkursowe – nagrodą jest wejściówka o wartości 690 PLN na konferencję organizowaną przez Mediarun.

Im bardziej zagłębiam się w „marketing treści”, tym bardziej jestem nim zafascynowany. Okazuje się, że jest to marketing, który nie ma za zadanie sprzedawać (przynajmniej bezpośrednio). Nie mówi do nas „Kup”, „Użyj”, czy „Skorzystaj z rabatu”. Jego przekazem jest zazwyczaj fraza w postaci „Oto, jak rozwiążesz swój problem”, „7 sposobów na oszczędzanie czasu”, „Jak dbać o zdrowie i kondycje”.

Treść zamiast banera

Jak już powyżej zaznaczyłem, content marketing nie sprzedaje. Dlatego też nie jest banerem czy spotem telewizyjnym z CTA (call to action). Nie jest też billboardem, ale może już być reklamą w prasie. Jednak jego głównym miejscem życia jest internet, gdzie może przyjąć bardziej angażujące formy – blogi, tutoriale, webinaria, szkolenia itp.

Content jest wirusem

Do jego rozprzestrzeniania się przyczyniają się media społecznościowe. W Polsce głównie Facebook, w USA Twitter i LinkedIn. Dobra treść to taka, która jest przydatna użytkownikom, a to sprawia, że podają ją dalej. Rzadko kiedy udostępniamy reklamę proszku do prania czy pastylek na gardło. Jeśli już to robimy, to nie dlatego, że niesie ze sobą coś wartościowego, ale dlatego, że jest śmieszna lub zaskakująca. Pamiętajmy o tym – marketing treści to nie śmieszne zdjęcia „Serca i Rozumu” czy rozrywkowe wideo z product placementem.

Marketing „po bandzie”

Nie przepadamy za reklamami. Męczy nas, że z każdej strony ktoś chce nam coś sprzedać. Naturalnym mechanizmem obronnym jest unikanie tego typu przekazów. Jednak konsumujemy pewne dobra materialne, korzystamy z usług. Coraz częściej szukamy ich sami, głównie w internecie. Dobre treści, które tworzymy na potrzeby naszej strategii komunikacji sprawiają, że nasza strona WWW, czy profil w mediach społecznościowych (dotyczący naszej marki, usługi, produktu) lepiej pozycjonuje się w wyszukiwarkach internetowych. 

::

Chcecie poznać więcej twarzy marketingu treści? Zapraszam Was 11 marca na konferencję organizowaną przez Mediarun. <<sprawdź szczegóły>>

Konferencja skierowana jest do osób, które pracują w dziale marketingu, w dziale sprzedaży online, agencji reklamowej, domu mediowym, agencji interaktywnej oraz PR i chcą zgłębić swoją wiedzę oraz dowiedzieć się:

  • czy content marketing sprzedaje i jak sprawić, aby działał na korzyść w erze digitalu;
  • jak tworzyć dobry content w social mediach, który zaangażuje klienta;
  • skąd brać pomysły na wartościowe treści i jak je rozprzestrzeniać;
  • jakie znaczenie ma storytelling w budowaniu angażujących historii i marek, które kochają konsumenci.

Swoje prelekcje wygłoszą m.in.: Yuri Drabent (Agnecja Lubię to), Włas Chorowiec (LeadBullet) i  Marcin Rzeczkowski (GoldenSubmarine).

 

KONKURS. Mam dla Was wejściówkę na to wydarzenie. Przekaże ją osobie, która w najciekawszy sposób odpowie na poniższe pytanie:

„Content marketing w świecie wearable devices i małych wyświetlaczy: jak go tworzyć i co powinien zawierać?”
Odpowiedzi wysyłajcie jako wiadomość prywatną (żebyście nie ściągali od siebie ;-) na fan page’u Why so social. Czekam do 2 marca!
::

Stay sick, stay social!
Artur Roguski

Fan page: agencyjna rzeczywistość

Wywołałem w sumie niezłą burzę wpisem o tytule „Ile kosztuje fan page na Facebooku?”. Negatywne komentarze posypały się od mniej lub bardziej znaczących pracowników różnych agencji reklamowych zajmujących się mediami społecznościowymi. Jednak liczba polubień i udostępnień jest naprawdę duża, więc jest się nad czym zastanowić…

W telegraficznym skrócie. Na 5900 pln miesięcznie wyceniłem prowadzenie fan page’a, który ma kilka tysięcy fanów. Dodatkowo agencja za tę kwotę będzie wrzucała 2 wpisy dziennie oraz przygotuje miesięczny raport. W wycenie dałem do zrozumienia, że pozycja „stratega social media” jest zbyteczna. I właśnie to wzbudziło największą dyskusję.

Ale po kolei. Niestety dosłownie wszystko trzeba pisać wprost i każdą treść wzbogacać o „klauzule zrozumienia”. Oczywiste jest, że są różnice w wycenach fan page’y (tak! pisze się osobno to słowo, jeśli ktokolwiek z Was się pofatygował i sprawdził pisownię chociażby w regulaminach Facebooka czy na ich blogu). Zależą one od rodzaju klienta i rodzaju treści jakie zamieszczamy. Żeby spisać dokładne wyceny dla wszystkich kategorii produktowych przy różnym zakresie działań, trzeba by było napisać nową encyklopedię.

Zadaniem wpisu było pokazanie klientom, że fan page na Facebooku prowadzony w stopniu przynajmniej przyzwoitym to nie jest koszt 1500-2000 pln, ale znacznie, znacznie więcej. Podział na stanowiska miał wskazać skąd wyżej wspomniana kwota się bierze. Doszły mnie słuchy spoza Warszawy, że tekst pomoże walczyć z klientem o wyższe stawki. Pracownicy agencji, również pokazali go swoim szefom, aby do tego ich zachęcić. Czy nie o taki efekt „warszawskiej branży” chodzi? Czy zmniejszenie podmiotów oferujących prowadzenie fan page’a za <2000 pln jest Wam nie na rękę? ;-)

Korzystając z dobrych praktyk, których nabyłem podczas pracy w Ogilvy Interactive rozbiłem kosztorys na stanowiska i stawkę godzinową, którą ustaliłem na poziomie 50 pln. Oczywiście podniósł się lament, że to dużo za mało (dopisałem, że jest to stawka minimalna, a agencje sieciowe mają stawki zaczynające się od 100 pln. Niestety nikt nie czyta tego co jest w nawiasie, chyba, że jest wyboldowane).

Przejdźmy teraz do głównego zarzutu, czyli wypieprzenie z wyceny stratega social media. O tym pisałem już wcześniej we wpisie „Strategia w social media nie istnieje”. Nie zamierzam się powtarzać i pisać po raz n-ty tych samych fraz. Ale muszę odnieść się do pewnego, dla mnie śmiesznego, argumentu, że dzięki strategowi fan page opowiada historię. Niech to jasny … strzeli. Przejrzyjcie raport miesięczny Sotrendera i fan page’e, która w nim są zawarte. 90 proc. z nich, po przeczytaniu wpisów z ostatniego miesiąca nawet nie wykazuje pozorów spójnej strategii, która OPOWIADA HISTORIĘ!

::

A teraz esencja tego tekstu, czyli parę informacji o agencyjnej rzeczywistości w social media:

- jeden community manager prowadzi przynajmniej 3 lub 4 fan page. Jednak słyszałem o sytuacjach gdy musi prowadzić 7 i więcej. Zazwyczaj są to fan page dla bardzo różnych klientów. Czy osoba, która zajmuje się jednocześnie stroną motoryzacyjną, kosmetyczną, płatków owsianych itp. będzie w stanie na każdym z nich prowadzić unikatową, wyraźną komunikację? Sorry, nie sądzę…

- mydlenie oczu statystykami zaangażowania. Jeśli tak wszyscy bronią tej strategii, to jestem ciekaw na jakie KPI są umówieni z klientem? Co przedstawiają w raportach? Jeśli liczbę polubień, komentarzy czy udostępnień zebranych pod wystandaryzowanym wskaźnikiem „engagement rate” lub podobnym, to nie nazwałbym tego strategią. Te wskaźniki nie dają nic, oprócz zasięgu.

Pisałem o tym w poprzednim wpisie: Social media: cechy dobrej kampanii

Natomiast o tym co jest ważniejsze w statystykach fan page’y tutaj: Drugie dno fan page’y

- zasięgi wpisów to obecnie 10 do 20 proc. liczby fanów. Najskuteczniejszym sposobem ich zwiększenia jest płacenie za promowane posty. Skoro darmowe zasięgi spadają, to po co postować tak często? Po co tworzyć treści, które i tak mało kto zobaczy? Marnotrawienie potencjału kreatywnego, którego i tak nie ma za dużo.
Optymalnym rozwiązaniem jest zmniejszenie liczby wpisów (a co za tym idzie godzin community managera/content editora/grafika w kosztorysie) i uzyskane w ten sposób oszczędności przeznaczyć na promowanie postów. W tym momencie ile agencji social media ma na sercu dobro klientów i zaproponowało takie rozwiązanie…

Zresztą o tym szerzej też mogliście przeczytać na Why so social: Koniec ery fan page’y

::

Problem jest jeden: brak standaryzacji i w miarę spójnych zasad w wycenie. Oczywiście jest to utopia podobnie jak odwieczne dyskusje dlaczego ta strona WWW kosztuje 40 tys. a ta jest podobna i kosztuje tylko 8 tys. Każda agencja robi to na swój sposób, a kończący się „boom na social media” oraz przejmowanie tych działań przez sieciówki jako element całościowej obsługi sprawia, że nikomu nie zależy na podjęciu jakiejkolwiek dyskusji.

Agencje specjalizujące się w social media są jak karpie. Większość z nich rosła przez pewien czas, ale do następnej gwiazdki raczej w większości nie dotrwają…

::

Stay sick, stay social!Artur Roguski

Photo: www.freedigitalphotos.net / basketman

Social media: cechy dobrej kampanii

Dobry wiral to najtrudniejsza część kampanii. Reszta to czysta wiedza i… zdrowe podejście z odpowiednim nastawieniem na sukces. 

Oto lista 6 rzeczy, na które warto szczególnie mocno zwracać uwagę podczas projektowania kampanii w mediach społecznościowych.

Narzędziowe traktowanie social media

Jestem zwolennikiem nie używania zwrotu „strategia w social media”. O strategii możemy mówić wyłącznie na najwyższym szczeblu decyzyjnym, który jest po stronie klienta. Mamy do czynienia wtedy ze strategią marki – wszystko co jest poniżej to działania. Oczywiście wielu klientów angażuje w proces tworzenia strategii marki agencje reklamowe, ale przeważnie są to agencje 360, które mają bardzo szerokie kompetencje.

Social media, Facebook, blogi – są to narzędzia na podobnym poziomie co adwords, mailingi czy kampanie odsłonowe. Jedyna różnica polega na tym, że są bardziej interaktywne i wymagają o większej uwagi ze strony osób, które się nimi zajmują.

Zanim rozpoczniemy jakiekolwiek działania dowiedzmy się jak najwięcej o marce/produkcie/ usłudze. Nasze działania powinny być odzwierciedleniem tego co się dowiedzieliśmy. Nie starajmy się na nowo kreować marki z social media!

—–

Przeczytaj też: Strategia w social media nie istnieje 

—–

Wartościowe KPI

„Połowa pieniędzy wydanych na marketing jest wyrzucona w błoto. Problem w tym, że nie wiadomo, która połowa.” – ta fraza ma około 100 lat i coraz bardziej traci na znaczeniu. Odpowiednie wybranie celów sprawi, że wydane na działania w social media pieniądze nie pójdą w błoto.

Jakie KPI powinniśmy sobie postawić:
- liczba wejść na stronę WWW lub sklep internetowy
- liczba dokonanych akcji (wypełnione formularze, zostawione dane, zapisanie się na newsletter)
- dokonane transakcje

Jakich KPI unikać:
- liczba fanów
- liczba akcji typu like, komentarz czy udostępnianie
- nie dajmy się zwieść wskaźnikom popularnych narzędzi analitycznych (np. engagement rate)

Mierzalność prowadzonych działań

Skoro już postawiliśmy sobie cele, na przykład powiększenie bazy klientów, to należy zmierzyć czy jesteśmy skuteczni w ich osiąganiu. Ustawmy odpowiednio Google Analytics, jeszcze przed rozpoczęciem działań, śledźmy bardzo dokładnie każdy krok użytkowników z mediów społecznościowych.

Powyższe pomiary prowadźmy na jeden lub dwa miesiące przed i po okresie prowadzonej kampanii. Nawet najdokładniejsze wyniki nie mają wartości jeśli nie są osadzone w pewnym kontekście.

Dobór mediów

Okres działań w social media bez potrzeby zakupu mediów odszedł bezpowrotnie. Już nie wystarczy zamieścić wpisu i czekać na reakcję fanów. Mając w pamięci postawione cele wybieramy odpowiednie płatne kanały dotarcia (Facebook, blog, Youtube) i odpowiednie płatne działania (Facebook Ads/Promoted post, wpis sponsorowany, konkurs, reklama w serwisie).

Wiele zależy od rodzaju naszego produktu czy usługi, ale zazwyczaj ciężko będzie nam z góry przewidzieć co będzie skuteczniejsze: promoted post na Facebooku, czy wpis u znanego blogera. Optymalnie jest sprawdzić wszystkie możliwości (możemy się pozytywnie zaskoczyć wynikami), by następnie wybrać te, które dają najlepsze rezultaty. Jeśli okaże się, że reklamy na Youtube generują więcej wejść na stronę WWW i wypełnionych kwestionariuszy, to nie bójmy się zrezygnować ze współpracy z blogerami lub z reklam na Facebooku (chociaż te ostatnie, dobrze ograne są o wiele skuteczniejsze niż mailingi czy popularna odsłonówka). 

Udrożnienie dwukierunkowych kanałów komunikacji

Media społecznościowe to komunikacja, to medium, które wymaga charyzmy i empatii. I ludzi to czują! Użytkownicy (nasi klienci) chcą korzystać z możliwości jakie im daje. Stwórzmy zatem w kampanii proste i widoczne miejsca kontaktu między marką, a klientami (obecnymi i potencjalnymi). Może to być otwarty profil na Facebooku, może to być dedykowany czat albo adres mailowy, z którego mogą korzystać użytkownicy. Ważne, aby te miejsca wyeksponować i odpowiadać na każde zapytanie czy chociażby wzmiankę.

„Hej! Piszcie do nas! Możecie zrobić to tu i tu”.

Nie musimy czekać, aż ktoś bezpośrednio do nas się odezwie. Monitorujmy internet i nawiązujmy nowe kontakty. Pomagajmy ludziom (ale nie sprzedawajmy), dziękujmy za dobre słowo. Jest to wręcz mrówcza praca, ale się opłaca… ziarnko do ziarnka…

Go Viral!

Najtrudniejsza część. Wymaga nie tylko kreatywności, ale też zasobów. Wiralowa treść o niskich kosztach to jak wygrana na loterii. Jest dziełem przypadku. Jeśli chcesz stworzyć od podstaw, świadomie wiral to skieruj swoje myśli na dwa słowa: wideo i historia.
Wideo święci swoje triumfy w internecie – wystarczy spojrzeć na rosnącą popularność vlogerów. Pamiętaj o jego jakości. Ja wiem, że iPhone i Galaxy S4 kręcą świetnej jakości filmy, ale zainwestuj w profesjonalnego operatora i oświetleniowca. To zrobi niezbędną różnicę.

Od wieków ludzie przekazywali sobie historie. Z ust do ust, wirusowo rozchodziły się baśnie o dzielnych rycerzach, smokach i innych dziewiczych księżniczkach. To jest dopiero wiral! Ileż to lat już? Kilkaset? Dlatego też twórz swoje historie, opowiadaj je umiejętnie. Pamiętaj, że mają dotyczyć spraw ważnych, bliskich Twoim klientom. Twoje historie mają dawać nadzieję, siłę, mają zaskakiwać i wywoływać uśmiech na twarzach. Opowiadaj je za pomocą obrazów lub wideo.

Niestety, aby stworzyć wiral lub świetną historię musisz zatrudnić do tego najlepszych. Ludzi o spontanicznym flow, które niesie ze sobą tłumy. Nie trudno zgadnąć, że wiąże się to z dużymi kosztami.

::

Temat wirali w najbliższym czasie jeszcze poruszę na blogu. Najprawdopodobniej w formie wywiadu z kimś fajnym (może będzie to początek kanału Why so social na Youtube?).

Zgłaszajcie propozycje kogo chcecie!

::

Stay sick, stay social!Artur Roguski

Erystyka w social media


 

Do większości rzeczy trzeba dorosnąć. Nie tylko jako jednostka, ale również jako społeczeństwo. Jedną z takich rzeczy jest niewątpliwie umiejętna dyskusja, wymiana poglądów i rozwiązywanie sporów. Względna anonimowość i brak kontaktu wzrokowego drastycznie obniża tą umiejętność, zwłaszcza w social media. Poniżej znajdziecie kilka porad jak się poprawić w tej dziedzinie i jak reagować na osoby, które nie za bardzo erystyką się przejmują.

Osoby, które mnie znają zapewne uznają ten wpis za hipokryzje z mojej strony. Sam nie jestem święty i potrafię rzucić się w wir bezsensownych dyskusji toczących się online. Jednak stosując się do poniższych punktów udaje mi się znacznie ograniczyć swoje impulsywne zachowania.

Nie spodziewaj się jednak w dalszej części tekstu „know how” na temat tego, jak wygrać w dyskusji. Niestety erystyka w swojej obecnej formie nie do końca jest przystosowana do komunikacji w internecie. Artur Schopenhauer, jeden z jej ojców, napisał w swoich książkach wskazówki jak pokonać osobę, z którą prowadzimy spór (nawet jeśli nie mamy racji). Jednak dotyczą one sytuacji, gdy spór prowadzony jest twarzą w twarz, komunikacja jest symetryczna i bardziej trzymamy język za zębami w obawie, żeby ich nie stracić. W internecie takie pojedynki to pułapka. Ze względu na niesymetryczną komunikację mogą przeciągać się na wiele dni. Mają też zazwyczaj więcej obserwatorów, którzy w łatwy sposób mogą stać się jej uczestnikami. Dodatkowo najczęściej nie warto z całych sił dążyć do zwycięstwa – zwłaszcza z rozmówcami, dla których tylko ono się liczy.

 

Sprawdź z kim prowadzisz dyskusję

Wyrobiłem w sobie nawyk, że zanim odpowiem osobie, której nie znam, sprawdzam jej profil w poszukiwaniu wszelkich wzmianek na temat jej doświadczenia odnoszącego się do tematu rozmowy. Jeśli jest to specjalista z danej dziedziny to pochylam głowę i czytam/słucham tego co ma do powiedzenia. Niestety w internecie obrodziło osobami typu „nie znam się, to się wypowiem”, lub co gorsze „nie znam się, to napiszę o tym na blogu”. Wtedy profile takich osób są biedne jak oskubana kolba kukurydzy z KFC – brak informacji o wykształceniu i doświadczeniu zawodowym.

Pamiętajmy, że to działa w obie strony, więc uzupełnijmy też własny profil. Jeśli chcemy dyskutować na branżowe tematy to do jasnej anielki pokażmy swoje kompetencje.

Przykład offline: czy z kloszardem lub panią w obuwniczym porozmawialibyście o EdgeRanku?

Wzajemny szacunek

Broń boże nie zaczynajmy dyskusji stawiając się na wyższej pozycji. Od razu nastawiamy wrogo naszego rozmówcę do siebie. Pamiętajmy, ze wszelkie dyskusje i spory powinniśmy prowadzić po to, aby się rozwinąć, dowiedzieć czegoś nowego, a nie po to, żeby komuś dojebać ku własnej uciesze.Wymiana kilkunastu komentarzy pod wpisem na Facebooku może zaowocować wymianą doświadczeń, ciekawych linków itp. Jeśli zaczniemy dyskusję od słów „ty się nie znasz kmiocie” to szansa na taką sytuację spada.
Oczywiście od tej reguły są wyjątki, o których przeczytacie poniżej.

Ważne jak się skończy

Dyskusja w internecie to zazwyczaj spieranie się o to, kto ma rację. Niestety. Często obie strony mają rację, czasami obie jej nie mają. Są to sytuacje patowe, których nie warto przeciągać. Bądźmy pierwszymi, którzy zamieszczą komentarz podsumowujący całą dyskusję. Wypunktujmy naszą opinię, opinię naszego rozmówcy. Zakończmy frazą, że jak znajdziemy jakieś ciekawe badania/raporty, to zamieścimy je w tej dyskusji. Nie starajmy się na siłę wmawiać naszej racji innym bo kończy się to tym, że zaczynamy szyć z biodra i rzucamy argumentami z dupy, które nie do końca są merytoryczne.

Poczucie tego, że nasz komentarz ma zamknąć dyskusję to największe zło. Jest podobne do uzależnienia od hazardu i przekonania, że „siódemki” muszą się w końcu kiedyś złożyć w linię na hotspocie. Dobra rada – jeśli napisaliście już wszystko co dotyczy tematu, to pięknie podziękujcie za dyskusję i wyłączcie śledzenie postu na Facebooku. Serio, notyfikacje będą Was tam ciągle ściągać.

Pieprzyć wszystkich grammar nazi

Dyskusja i spór powinien dotyczyć merytorycznej strony wpisu czy artykułu. Niestety obrodziło w internetach kolejnym wkurzającym typem ludzi, którzy uważają się za tak zwanych „grammar nazi” i co gorsze, szczycą się tym mianem. Nie ważne, że napisałeś treść po tygodniowym researchu w internecie i jest bardzo merytoryczna. Nie ważne, że Twój komentarz ma 2000 znaków i odwołuje się do treści w 100 proc. Ważne, że ma literówkę, która neguje całą wartość merytoryczną.

Po pierwsze. Nie ma osoby, która nie popełnia błędów w pisaniu lub mówieniu. Nawet najlepsi redaktorzy i korektorzy siedzą w słownikach. Dodatkowo język polski się zmienia i czasami są sprzeczne reguły pisania pewnych słów czy zwrotów. Więc i pieprzeni grammar nazi też się mylą siłą rzeczy.

Po drugie. Jeśli widzisz u kogoś błąd i masz możliwość skontaktowania się z autorem przez prywatną wiadomość to to zrób. Ale nie, Ty wolisz pokazać swoją „wyższość” przypieprzając się w komentarzu publicznym. Najczęściej robisz to jeszcze pokazując swój brak szacunku do autora.

Po trzecie. Jeśli się ze mną zgadzasz w kwestii upierdliwości „grammar nazi” to wiedz, że nie zwalnia Cię to od poprawnego pisania. Powinieneś wręcz starać się mocniej, żeby mieli jak najmniej możliwości do dowalenia się.

No ale co zrobić, jeśli już komentarz z ortografem się pojawi? Popraw, podziękuj, olej, sprawdzaj dokładniej na przyszłość.

Raz, dwa, trzy… czytelnicy patrzą

Miej świadomość tego, że „jak Cię czytają, tak Cię piszą”. Pod dyskusją może nie być lajeczków i innych komci, ale to nie oznacza, że nikt tego nie czyta. Wręcz przeciwnie – mogą to być dziesiątki osób takich jak Twój szef czy rodzina. Może to też być Twój potencjalny inwestor (w wersji dla startupowca). Ogólnie nikt nie lubi internetowych pieniaczy, hejterów i osób, które dopieprzają się bez sensu. To powinno Cię zachęcić do stosowania się do podstawowych zasad erystyki internetowej. 

Wcale nie musicie być mili dla ludzi

A co zrobić, gdy dostajesz komentarz „Jak poprawisz ortografy to przeczytam”? Miej swój honor, nie przepraszaj – jak komuś się nie podoba to trudno. Jedno pv Twojego świata nie zbawi. Oczywiście ortografa popraw czym prędzej ;-)
Pomijam fakt, że ktoś musiał tekst przeczytać uważnie skoro wie o błędach.
Dziękowaniem i przepraszaniem daleko nie zajdziemy – zostaniemy za to zdeptani. No chyba, że jesteśmy cholernymi perfekcjonistami. Ale nie łudźmy się, takie osoby to mniej niż 1 proc. populacji i zapewne nie zaliczasz się do tej grupy Drogi Czytelniku. Ja zresztą też.  Dlatego też cięta riposta jest jak najbardziej na miejscu. Użyjmy jej, aby ukuć złośliwą osobę (odbiorcom się to spodoba). I odejdźmy, taka osoba nie jest warta naszej uwagi.

 

Oszczędzaj swój czas. To Twój najważniejszy zasób

To stwierdzenie jest wspólnym mianownikiem dla większości z tych punktów. Te dwie godziny dziennie, które przeznaczacie na udowodnienie racji, że to właśnie wy macie rację możecie znacznie lepiej spożytkować. Na przykład czytając mojego bloga albo jakieś inteligentne książki ;-) Nawet jeśli okażecie się lepsi w erystyce od konkurenta to co wygrywacie? Talon na balon? Szacunek na dzielni? Najprawdopodobniej tylko samozadowolenie podobne do masturbacji.
Pamiętaj o tym, że wyżej wspomniana asymetryczność komunikacji i brak kontaktu fizycznego w dyskusjach i sporach w social media jest przekleństwem, wirusem, który zabija sztukę jaką jest erystyka.

Samsung zjada jabłko

 

Ludzie chętnie rozmawiają o samochodach, piłce nożnej, polityce… Każdy na ich temat ma swoje zdanie, pogląd. Z tym drugim jest jak z tyłkiem: każdy ma swój. Ostatnio do tych gorących tematów dołączyły media społecznościowe i technologie, zwłaszcza te high-endowe. Nagle każdy z nas jest pseudo specjalistą od smartfonów i tabletów. Jednak podobnie jak w przypadku piłki nożnej czy polityki wszelkie nasze dywagacje nie mają zbyt mocnych podstaw merytorycznych.

Powiem szczerze. Nie wiem czym się różni Samsung Galaxy S4 od S3, a tym bardziej od HTC One czy nowej Lumii. Wiem, że od iPhona różni się systemem operacyjnym. Ipada mini kupiłem bez sprawdzania specyfikacji. Po prostu potrzebowałem w celach służbowych urządzenia z iOS. Wziąłem iPada normalnych rozmiarów do ręki i stwierdziłem, że jest za ciężki. Następnie zalogowałem się do swojego konta Play na WWW i zamówiłem urządzenie razem z internetem.

Na co dzień posługuje się dwoma telefonami marki Samsung – Galaxy Advance i Gio (czy ktokolwiek z Was wie co to za telefony i który z nich jest lepszy?). Nie odczuwam ciśnienia, aby je szybko zmienić. Poczekam na przedłużenie jednej z dwóch umów – wybiorę sobie coś nowego. Najprawdopodobniej decyzję podejmę w salonie operatora. Znowu uśmiechnie się do mnie „pani od telefonów” i wezmę ten, który najbardziej zalega na magazynie. Jedno wiem na pewno. Nowy telefon nie może być większy od Galaxy Advance. Nie zamierzam kupować 4 par nowych spodni z dwukrotnie większymi kieszeniami…

Jak widać jestem totalnie przeciętnym użytkownikiem nowych technologii. Czy to źle? Ostatnio spotkałem się z opinią, że wręcz przeciwnie.

W styczniu miałem okazję uczestniczyć w Samsung Forum 2014, które odbywało się w Maladze. Przedstawiano nowe produkty, technologie, innowacje. A ja chodziłem jak karp i chłonąłem to wszystko. Uświadomiłem sobie też kilka rzeczy.

Po pierwsze. Nowe technologie to nie tylko telefony i tablety (tych pierwszych prawie nie było na Samsung Forum). To też lodówki, pralki, klimatyzacja czy sprzęt nagłaśniający. Telefon nie przechowa nam produktów spożywczych, a tablet nie zrobi prania. Ale smartfona możemy użyć do kierowania częścią z tych urządzeń. Szczerze to mam w głębokim poważaniu czy mój telefon ma jeden czy dwa rdzenie w procesorze. Ważniejszą dla mnie informacją jest to, że mogę nim włączyć pralkę lub klimę na 2 godziny przed powrotem z pracy.

Po drugie. Zredefiniowałem pojęcie innowacji. Wcześniej rozumiałem ją jako coś nowego, coś czego nie znaliśmy wcześniej i zostało dodane do naszego życia. Błąd! Innowacja to poprawianie rzeczy, które już są. To inteligentna klimatyzacja w naszym domu, która sama dba o nasz komfort. To piekarnik, który przygotuje obiad z większą zawartością elementów odżywczych. To telewizor, który sam nagra nam skrót meczu wybierając bramki i najlepsze sytuacje podbramkowe! Nie wierzycie? „Football mode” w telewizorach Samsunga to umożliwia. Nie mogę się doczekać sprawdzenia tej funkcji przy okazji nadchodzących mistrzostw świata.

Musiałem udać się aż na samo południe Hiszpanii, aby o tym się przekonać.

::

Wracając do nas – specjalistów od technologii. Oceniając różne telefony, tablety czy wearable devices opieramy się o nasze doświadczenia (które są skromne jeśli popatrzymy na mnogość producentów i modeli) i opinie innych osób (które też niekoniecznie są trafne). Każdy z nas ma różne potrzeby i oczekiwania wobec technologii. Pamiętajmy, że nadal około 70 procent użytkowników smartfonów w Polsce wykorzystuje je do dzwonienia, SMSów, robienia zdjęć, a z aplikacji to ewentualnie Facebook lub Instagram jest używany w miarę regularnie.

Dlatego też bardzo doceniam pracę dziennikarzy zajmujących się technologią. To oni sprawiają, że w internecie pojawiają się opinie na temat sprzętu oparte nie o mylące heurystyki, ale gruntowną wiedzę i doświadczenie. Tłumaczą rzeczywistość na nasz język, język konsumentów o bardzo konkretnych potrzebach.

::

Samsung zjada jabłko. Można to zdanie interpretować na wiele sposobów, odwołując się do wielu mitów, historii czy faktów. Jednak niech każdy z Was wymyśli swoją interpretację, ponieważ nie do końca jestem guru w tym temacie, aby wciskać Wam swoją wizję technologicznego świata.

::

Btw. w komentarzach możecie mi polecać nieduże smartfony z Androidem. Ważne, żeby były na Androidzie i miały dobry dyktafon i latarkę. Za pięć miesięcy kończy mi się umowa…

::
Stay sick, stay social!

Dlaczego Facebook przetrwa?


Nastała nowa moda. Moda na wróżenie upadku Facebooka. Najczęściej opiera się ona o własne doświadczenia i bardzo wybiórcze fakty, które  mają wyłącznie potwierdzać wcześniej postawioną hipotezę. Każdy się czuje media-future-trenderem. Ja też. Tylko, że moim zdaniem te predykcje są mówiąc wprost, nie warte złamanego grosza. Dlaczego?

Pierwszy argument to malejąca liczba nastolatków, którzy korzystają z Facebooka. Problem w tym, że serwis z Menlo Park nie do końca ich pożąda, ponieważ nie są klientami z dużą siłą nabywczą. Facebookowi zależy na nastolatkach, którzy już dorośli i mają grube portfele. Tylko na takich ludzi reklamodawcy zostawią Markowi duże sumy. Jak pokazują badania liczba użytkowników serwisu w wieku +25 lat ciągle rośnie!

Swoje zrobiło badanie „amerykańskich naukowców”, którzy wywróżyli serwisowi rychły upadek. Spekulacje oparli o… historię serwisu Myspace. Nie wzięli pod uwagę dwóch rzeczy: liczby użytkowników obu serwisów oraz ruchu jakie generują na inne strony WWW. Facebook obecnie ma ponad 1,2 miliarda użytkowników na świecie (dziennie z serwisu korzysta 757 mln z nich), Myspace w swoim szczytowym momencie miał zaledwie 0,25 miliarda. Obecnie Facebook jest odpowiedzialny za ponad 10 proc. ruchu na stronach internetowych. Wszystko dzięki wtyczkom „polubień” i „udostępnień”, które są obecne na większości stron WWW na świecie. Również algorytm Facebooka, zwany Edgerankiem, faworyzuje wpisy w postaci linków. Nie ważne, że linki kierują na serwisy spoza domeny Facebook.com.
Agencje specjalizujące się w social mediach również robią swoje. W ciężkich bojach wydzierają budżety mediowe, które lądują w sejfie w Menlo Park. Prowadzenie działań marketingowych na serwisie jest dosyć proste, co skutkuje dużą liczbą takich agencji. Nic nie wskazuje na to, że ten trend zniknie. Nawet konsolidacja agencji interaktywnych.
Dlaczego Gadu-Gadu upada? Zabija je Facebook ze swoim Messengerem. Nic dziwnego, że jest on osobną aplikacją mobilną. Kontakt przez Facebooka jest szybki, intuicyjny. Ludzie wykorzystują serwis nie tylko w kontaktach prywatnych, ale również służbowych. Pomyślcie z iloma osobami dziennie kontaktujecie się przez Messengera, a z iloma poprzez inne kanały.

Facebook, pomimo niezbyt dobrych aplikacji, jest obecnie jedną z najbardziej popularnych aplikacji mobilnych  na świecie. Myspace tego nie miał. 53 proc. przychodów Facebooka za Q4 2013 pochodzi z mobile (1,25 mld) i wynosi niemal tyle co… łączne dochody serwisu w Q4 2012. Dziennie z serwisu za pomocą telefonów korzysta ponad 500 mln osób, czyli 2 razy więcej niż Myspace miał kont w swoim szczytowym okresie. Tylko idiota wróżyłby upadek spółce z taką dynamiką przychodów.

Osoby, które pracują w Facebooku nie wzięły się z przypadku. Są doświadczonymi marketerami, potrafią dobrze przewidywać przyszłe trendy. I nawet jeśli wiedzą, że serwis kiedyś upadnie to swoimi działaniami są w stanie odwlec ten moment o wiele lat. Na przykład poprzez zakup Instagrama…
::
Jak sądzicie – kiedy skończy się era Facebooka?

 

Blog Roku 2013

 

Już za miesiąc odbędzie się finał imprezy, która jest szansą dla wielu blogerów. Szansą na zaistnienie, pokazanie siebie czy zdobycie nowych znajomości. Jednak ma ona wielu przeciwników, którym nie podoba się system głosowania za pomocą SMSów na blogi w poszczególnych kategoriach. Im wszystkim mówię: jesteście śmieszni. 

Po pierwsze. Jest to dziewiąta edycja tej imprezy, więc gdy startowała, to większość z hejterów nawet nie wiedziała wtedy czym jest blog. Trochę pokory przed inicjatywą, która od lat wspiera polską blogosferę.

Po drugie. Co Was boli w głosowaniu za pomocą SMS? Zysk idzie na szczytny cel, a nie do kieszeni Onetu. Zdobycie największej liczby głosów nie gwarantuje wygranej ponieważ o niej decyduje jury. Ja to widzę w ten sposób: jeśli tworzysz wartościową treść, którą chętnie czytają Twoi czytelnicy to nie będą mieli problemu z wysłaniem raz do roku SMSa w ramach podziękowania za Twoją ciężką pracę. No chyba, że się boisz :P Głupio wyjdzie jak przy kilkudziesięciu tysiącach odwiedzin miesięcznie dostaniesz maksymalnie 5 głosów…

Jeśli w 2013 roku stworzyłeś wokół swojego bloga społeczność, która się żywo angażuje w Twoje treści to nie powinieneś się obawiać. I gwarantuję Ci, że zbierzesz więcej głosów niż osoby, które oszukują i sztucznie nabijają sobie głosy.

::

W sumie to cieszę się, że ci „najbardziej branżowi” wypięli się na Blog Roku. Dzięki temu zrobili miejsce dla innych. Powiew świeżości mile widziany.

::

Magazyn Brief, podobnie jak w zeszłym roku, objął patronatem imprezę. Cieszę się, że z redakcją będę miał możliwość wybrania jednego bloga i przyznania mu specjalnej nagrody. Mam nadzieję, że uda nam się odkopać jakąś perełkę :-)