Treść w marketingu

Treść w przekazach marketingowych jest bardzo istotna – to ona angażuje klientów i skłania ich do zakupu. Przy spadającej efektywności tradycyjnych przekazów marketingowych rośnie tak zwany content marketing, który idealnie wpasowuje się w świat zdominowany przez media społecznościowe. Jak zatem należy wykorzystać jego siłę dla dobra swojej marki? Trzeba grać w piłkę jak Barcelona, będąc jednocześnie drapieżnikiem gotowym do ataku w każdej chwili.


Zastanówmy się nad definicją content marketingu (marketingu treści) w odniesieniu do powszechnie znanej zasady 4P (product, place, prize, promotion). Czy w tym przypadku treść jest produktem, czy może elementem promocji? Jeśli chcemy nadal poprawnie (zgodnie z definicją Philipa Kotlera) używać zwrotu „marketing treści”, to powinniśmy treść uznać jako produkt danej marki.

Świetnie się to sprawdza w przypadku mediów, ponieważ każdy artykuł, wideo czy infografika jest produktem, za który kupuje się uwagę odbiorców. Oczywiście tę uwagę/czas media później monetyzują dzięki reklamom lub opłatom od odbiorców. Wniosek jest prosty – content marketing w tym ujęciu narodził się wraz z prasą. 

Konsument jest ofiarą, marka drapieżnikiem

O ile trzy pierwsze z czterech „P”, które są składowymi marketingu mają się bardzo dobrze, o tyle „promotion” (i reklama) wymaga od marketerów ciągłej optymalizacji i walki. Tradycyjny marketing oparty o ilość odsłon i wezwanie do działania (ang. „call to action”) traci na efektywności. Specjaliści od promocji i reklamy zaprzestają walki z konsumentami – walki, która polega na wywołaniu w nich potrzeby zakupu towaru lub skorzystania z usługi. Zamiast tego zamieniają się w łowców, którzy czekają na swoją ofiarę. Sygnałem do ataku jest ruch konsumenta, którym zazwyczaj jest wpisanie zapytania w wyszukiwarkę…

Jednak na każdy, pojedynczy ruch konsumenta nie czeka jeden, a kilku drapieżników w postaci marek. Przy założeniu, że każda z nich oferuje podobny produkt, w podobnej cenie i lokalizacji, to jedyną szansą na doskoczenie do ofiary-konsumenta jest odpowiednia promocja. Jak już wyżej wspomniałem działanie o tradycyjny modelu, czyli zasięg i „call to action”, jest nieskuteczne. Jest jak głośne trzaśnięcie patyka pod stopą drapieżnika już przy pierwszym kroku w stronę ofiary. Efektem jest wystraszenie ofiary-konsumenta, alergicznie reagującego na próby sprzedania mu czegokolwiek.

Graj jak Barcelona – przetrzymuj długo piłkę

W piłce nożnej im dłużej piłka jest po stronie naszej drużyny, tym przeciwnik ma mniejszą szansę na strzelenie nam bramki. Podobnie jest z mediami – każda kolejna minuta spędzona na czytaniu naszego serwisu/bloga, to minuta mniej spędzona przez odbiorcę u konkurenta. Tylko, że zamiast strzelania bramek konsument dokonuje zakupu. I tutaj właśnie jest miejsce na „marketing treści” w ujęciu „promocji”. Treść nie jest produktem. Zastępuje raczej „call to action”, którego przeczytanie trwa sekundę. Przeczytanie wpisu na blogu lub obejrzenie materiału wideo – nawet do kilku minut. Dłuższy kontakt z marką skutkuje też lepszym zapamiętaniem wartości i przekazu jaki ze sobą niesie.

 

Content marketing: cechy główne

Marketing treści jest sztuką komunikacji z klientami bez komunikatów sprzedażowych.
Jest elementem długofalowej strategii, której założeniem jest edukowanie i pomaganie klientowi -  zostanie to przez niego wynagrodzone zakupem i zwiększy jego lojalność wobec naszej marki.
W dużej mierze opiera się na tak zwanym „inbound marketingu”, który zakłada, że klient/konsument sam trafia na treści promocyjne.
Sprawdza się równie dobrze w komunikacji b2b i b2c.
Content marketing wykorzystuje do budowania zasięgu głównie kanały społecznościowe.
W większym stopniu opiera się na własnych kanałach dotarcia/mediach niż na zakupionych.
Buduje silną więź z klientem.
Zmienia przyzwyczajenia, postawy i zachowania konsumentów.
Jest przeciwieństwem „real time marketingu”.
Infografiki i advertoriale są jednymi z najczęściej wykorzystywanych narzędzi w marketingu treści.

Zachęcam też do przeczytania artykułu na ten temat, który ukazał się na brief.pl – KLIKNIJ

Content marketingiem nie jest…

Śmieszny obrazek zamieszczony w portalach społecznościowych.
Tak zwany „branded content”, czyli treść, która jest oznakowana daną marką, ale nie niesie ze sobą walorów edukacyjnych.
Lokowanie produktu w treściach przygotowanych przez inny podmiot/medium.
Content marketing nie jest tani! Wymaga nakładów finansowych oraz zatrudnienia odpowiednich specjalistów.

::

Pojęcie content marketingu jest w Polsce bardzo młode. Dlatego też można się spotkać z różnymi jego określeniami i cechami. Mam nadzieję, że powyższy tekst pomoże Wam zrozumieć jakie przewagi daje nad tradycyjną reklamą i zachęci wielu marketerów do uwzględnienia do w swojej strategii komunikacji.
W razie dalszych pytań zapraszam do kontaktu mailowego: aroguski84@gmail.com

Stay sick, stay social!
Artur Roguski

Photo: Stuart Miles

Każdy chce być kreatywny

Tym razem, z przymrużeniem oka, na temat osób kreatywnych i ich cech, które każdy z nas w sobie widzi. Niezależnie od tego, czy posiadamy ten dar, czy nie. Swoją drogą zawsze zastanawiało mnie czemu w co drugim ogłoszeniu o pracę w branży wymaga się kreatywności i nie sprawdza się w trakcie rekrutacji czy kandydat tę cechę posiada.

Dużą popularnością w branży, czyli licznymi udostępnieniami, cieszył w tym miesiącu wpis o tytule „18 things highly creative people do differently„. Jak łatwo się domyśleć dotyczył on ludzi kreatywnych i ich zachowań. Oczywiście miło ze strony jego autorki, że podjęła się zebrania różnych badań i umieszczenia ich pod jednym URL-em. Jednakże mam wrażenie, że taki wpis powinien zostać opatrzony specjalną legendą lub wręcz instrukcją obsługi.
Przyjrzyjmy się cechom, jakie według badań „amerykańskich naukowców”, określają ludzi kreatywnych:
- Daydreaming, czyli opierdalanie się i myślenie o niebieskich migdałach
- Obserwowanie, dosłownie k… wszystkiego. Pracując w mediach czy reklamie obserwujemy tyle, że czasem nie zauważmy, że w domu skończył nam się papier w łazience – a to dopiero wyzwala ukryte pokłady kreatywności w człowieku!
- Pracują kiedy chcą. Chciałoby się, prawda? Wychodzi na to, że freelancerzy to ostoja kreatywności w naszym kraju. Albo lepiej – mamy wytłumaczenie, że nasza kreatywność jest hamowana z góry ustalonymi godzinami pracy.
- Rozmyślają. Patrz – daydreaming w wersji soft.
- Są skrzywdzeni przez życie. Różnorakie traumy życiowe wpływają na ich cechy osobowościowe, które mają przełożenie na kreatywność. W Polsce kreatywność wymarła razem z kulturą „emo”.
- Poszukują nowych doświadczeń, czyli narkotyków i nowych restauracji sushi w okolicach Domaniewskiej.
- Zaliczają upadki i wpadki. W sumie wolę chyba oddać budżet na promocję w ręce dobrego stratega, który tak często nie wypieprza się twarzą w błoto. Przecież mylić się jest rzeczą ludzką!
- Zadają pytania o istotę życia, tylko po ch… ? Ta cecha kreatywnych zapewne silnie koreluje z daydreamingiem i rozmyślaniem.
- Obserwują ludzi. Eee… trudno tego nie robić jadąc zatłoczonym metrem albo przepychając się do ciuchów z promo w H&M. A tak na serio…  jednak to jest trochę creepy.
- Podejmują ryzyko. Znowu trzeba się zapytać po cholerę. Już wiem – żeby mogli zaliczyć upadek (patrz wcześniejszy punkt).
- Pragną się pokazać – są ekspresywni. Tę cechę pewnie przytulili blogerzy, są w tym mistrzami. Problem polega na tym, że w większości ta ekspresja to podjęcie ryzyka i wypierdolenie się, tyle, że z czymś na wzór efektów specjalnych. Czasem towarzyszą temu wpisy na Twitterze i Instagramie.
- Podążają za swoimi pasjami, czyli szukają nowych restauracji sushi i narkotyków. Dobra wiadomość to taka, że nigdy swoich pasji nie dogonią bo, już się domyślacie, za często się po drodze wypieprzają!
- Kolejny punkt o rozmyślaniu. Tym razem o szerszej perspektywie, wyobrażaniu sobie siebie w różnych sytuacjach i takie tam bla bla bla…
- Tracą poczucie czasu. Jak się pół dnia rozmyśla o niebieskich migdałach to nie trudno tego dokonać… Ćpanie też podobno ma coś z tym wspólnego.
- Otaczają się pięknem. Sorry, ja tak nie mam. W Ikei wybieram najbrzydsze meble i dodatki do domu. Obrazy też tam kupuje, ale rzadko.
- Łączą kropki, czyli kojarzą ze sobą fakty. W sumie pierwszy punkt, który nie wiem jak obrócić przeciwko kreatywnym – punkt dla nich!
- Różnorodne doświadczenia, mała ilość nawyków. Jeśli opierdalanie się całymi dniami, spanie, rozmyślanie nad istotą świata itp. nie wchodzi w nawyk to jestem skłonny i ten punkt uznać ;-)
- Medytują. No tak… historia zatoczyła koło i wracamy do pierwszej wymienionej cechy, czyli daydreamingu.
Jak widać nie są to cechy zbyt pozytywne, wiele z nich jest zbliżona do siebie i można śmiało tę listę zawęzić do mniej niż 10 punktów. I tutaj właśnie przydałaby się instrukcja obsługi dla jej odbiorców. Otóż przedstawione powyżej cechy w większości ma każdy z nas. Kto nie popełnił w życiu przynajmniej kilku błędów? Kto nie lubi otaczać się pięknem? Kto nie lubi po prostu się lenić i rozmyślać o niebieskich migdałach?
Cały artykuł działa jak horoskop z gazety dla gospodyń domowych – cokolwiek nie przeczytasz to i tak to sobie dopasujesz do swoich cech i zachowań. Dlatego też zyskał olbrzymią popularność w postaci dziesiątków tysięcy udostępnień w mediach społecznościowych…
Zapewne teraz należałoby postawić pytanie czym jest kreatywność. Postaram się niedługo na nie odpowiedzieć w osobnym wpisie.

Szara eminencja branży reklamowej

Zastanówmy się. Czy znamy osoby, które w branży reklamowej mają największą wiedzę i umiejętności? Czy wiemy do czego dążymy i jaki jest nasz cel? Czy zdajemy sobie sprawę, że krzyczenie w mediach społecznościowych nie pomoże nam go osiągnąć?  

Mali najgłośniej krzyczą. W ten sposób domagają się uwagi, której im brakuje, która im się marzy. Chcą wszystko już i teraz. Nie mają zamiaru czekać 10 lat, aż zdobędą unikatowe doświadczenie zawodowe. Widzą tylko suche fakty typu „Łukasz Misiukanis sprzedaje swoją firmę za miliony złotych” lub „Estimote współpracuje z Apple”. Tak jak przeciętny człowiek podświadomie nie czyta słowa „nie”, tak oni nie czytają i nie widzą zwrotów „ciężka praca”, „wyrzeczenia”, „cierpliwość i pokora”. W ich własnym wyobrażeniu są już na etapie notek prasowych z ich nazwiskami…

Żeby stworzyć coś wspaniałego trzeba mieć po pierwsze umiejętności. Wielu się wydaje, że praca w mediach społecznościowych czy digitalu daje im nieziemską wręcz wiedzę. Daje im kreatywność, talent – czyli rzeczy dostępne wyłącznie promilowi naszej populacji. Media społecznościowe i digital to nie rocket science. To powtarzanie schematów, ciągłe wchłanianie wiedzy. Najważniejsze doświadczenie, które można zdobyć po wielu latach to przekonanie, że… nic nie trwa wiecznie. Mailingi nie zawsze będą skuteczne, podobnie jak media społecznościowe czy telewizja. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, które niemal co dzień zaskakują nas nowymi rozwiązaniami technologicznymi.

Obserwując aktywność branży reklamowej w mediach społecznościowych ciągle widać zachłyśnięcie się możliwością pokazania siebie. Niektórzy ciągle się topią, każdym kolejnym wpisem, statusem wykasłując zalegającą w płucach wodę, która i tak wraca. A skoro się topią to ich świadomość jest skoncentrowana wyłącznie na wodzie w ich ciele… Zdecydowaną większość tych osób stanowią pracownicy małych i średnich agencji. Nie są to nawet CEO czy dyrektorzy kreatywni. Pomimo tego z dumą piszą wielkimi literami swoje stanowiska typu Social Media Manager – pisownia angielskojęzyczna obowiązkowa!

Czy jesteście w stanie powiedzieć kto zarządza w Polsce Havasem, Isobarem, Ogilvy? Wiecie kto jest dyrektorem kreatywnym w Saatchi lub Leo Burnett? Nie wspomnę już o osobach z domów mediowych, które nie ustępują znaczeniu agencjom. Spodziewam się Drogi Czytelniku, że nie znasz tych osób, nawet z imienia. Nie wiesz więc kto zgarnia największe budżety w tym kraju i najbardziej prestiżowych klientów… Te osoby nie piszą na Facebooku o tym co jadły, nie napierdalają linków do swojego bloga i blogów swoich znajomych, nie domagają się uwagi.

To są właśnie tytułowe „szare eminencje” branży reklamowej. Są skromne, pokorne i cierpliwe. Wiedzą, że ich czas nadejdzie albo już nadszedł. Ich życiorysy starczają zazwyczaj na obdzielenie pomiędzy 2-3 „krzykaczy”. Są to osoby z autentycznym talentem do zarządzania, przewidywania przyszłości. Są to osoby o nieprzeciętnym umyśle i kreatywności.

Czy jesteś taką osobą?

::

Stay sick, stay social!
Artur Roguski

::
Photo: Idea go

Praca w mediach: plusy i minusy

Plusami pracy w mediach jest możliwość zdobycia unikatowej wiedzy, poznania ciekawych ludzi i szansa na rozwój. Trzeba też być gotowym na pewne poświęcenia. Jednak praca w mediach daje mi więcej radości niż w agencji reklamowej. 


Oprócz tego, że od 3 lat piszę tego bloga, w lutym minął rok jak pracuję w tak zwanych mediach. Uściślając w magazynie branżowym Brief, który od 14 lat regularnie trafia do kiosków (również tych online). Wcześniej spędziłem ponad 2 lata w różnych agencjach reklamowych. W sumie 3 lata doświadczenia to bardzo, bardzo mało, ale mam nadzieję, że moje doświadczenie pomoże chociaż trochę początkującym „branżowcom”.

Poniżej podzielę się plusami i minusami pracy w mediach. Oczywiście wszystko na tle doświadczenia zebranego w agencjach reklamowych.

Wiedza

Żeby pisać muszę czytać. Zarówno duże opracowania czy raporty, jak i branżowe ciekawostki typu kto z kim i za ile. Zawsze z tego coś zostaje w głowie. Pewien rozstrzał tematów pomiędzy social media, promocją w internecie, nowymi technologiami a startupami buduje z czasem „big picture”, szersze spojrzenie, które pozwala łączyć ze sobą pewne zjawiska i fakty.

Informacje zwrotne

Pracując w agencji informacje zwrotne dostaje się najczęściej od dwóch osób: klienta i zwierzchnika. Dosyć mała grupa i ilość informacji, jeśli myślimy o nauczeniu się czegoś i poprawieniu swoich umiejętności. Co więcej, ta sama prezentacja ofertowa przez szefa jednej agencji może zostać uznana za genialną, a przez szefa drugiej za beznadziejną. Jak żyć? Zazwyczaj zmieniając miejsce pracy dostosowujemy się do nowego. Podobnie z klientami. Jesteśmy jak trzcina na wietrze.
Pracując w mediach, oprócz szefostwa otrzymuję informację zwrotną od setek, czy tysięcy czytelników i odbiorców. 

Samodzielność

Wszyscy marzą o samodzielności w swojej pracy. Zdecydowanie więcej jest jej w mediach, niż w agencjach reklamowych, które są jak kiepskie gry RPG z liniową fabułą, która kończy się finałową bitwą – „Grą o brief”. „W media” gra się jak w MMORPG – chodzimy gdzie chcemy, wypełniamy questy, które nam się najbardziej odpowiadają. Jest też więcej okazji do wykazania się inicjatywą i tworzenia nowych, angażujących rzeczy. Razem z wyżej wspomnianym punktem daje to świetne podłoże do rozwoju swoich umiejętności i podjęciu decyzji o konkretnej specjalizacji, w której chcemy być ekspertami.

Kontakty

Olbrzymia zaleta pracy w mediach! Każda konferencja, gala czy śniadanie prasowe to nowe osoby, które poznajemy. Wśród tych osób są w większości osoby od strony klienta, osoby, które są praktykami i jeśli już zyskują zainteresowanie mediów, to dlatego, że czegoś dokonali. Szeregowy pracownik agencji reklamowej jest od tego odcięty. Jeśli już kogoś poznaje to raczej jest to… inny pracownik agencji.

#darylosu

Niekończąca się opowieść… niestety. Chodzą słuchy, że wielu dziennikarzy i pracowników mediów jest na nie podatnych. To bardzo, bardzo źle. I w sumie nie wiem co gorsze – blogerzy jarający się wafelkiem i soczkiem, czy dziennikarze, którzy są bardziej skłonni pisać o tej marce, od której dostaną cenne prezenty. Pomimo, że w miesiącu kilka razy przychodzi do mnie kurier z paczką, to jeszcze nie zdarzyło mi się, abym pod wpływem jej zawartości napisał coś o marce czy firmie. Nieważne czy dobrego, czy złego. W sumie to wolę ogarniętego PR-owca, który umie nawiązać bliską relację niż takiego, który liczy, że pendrivem zyska u mnie publikacje.

Wywiady

Jaram się nimi. Pomijając fakt samego wywiadu i możliwości poznania mega osób, to jeszcze zazwyczaj jest okazja porozmawiania w kuluarach. Poniżej lista osób, z którymi miałem przyjemność przeprowadzić wywiad:
Iain Mackenzie, obecnie Pan-Euro communications managerem w Facebooku. Iain ma również 13 letnie doświadczenie w mediach – między innymi jako dziennikarz i reporter BBC.
- Mark D’arcy, director of global creative solutions, Facebook. Zarządza zespołem ok. 40 ludzi.
- Pru Parkinson, global CMO, Clear Channel
- Edward Schlicksup, Salesforce. Osoba, która pracowała przy kampanii Baracka Obamy.
- Dave Meeker, vice president & director of Isobar Nowlab, Isobar US.


Uwierzcie mi lub nie, ale rozmowa z osobami spoza naszego podwórka to niesamowite doświadczenie. Pozwala spojrzeć szerzej i z niespotykanym w naszym kraju optymizmem.

Rozwój cech osobowości i charakteru

Tutaj można się rozpisywać.. ale postaram się krótko. Dokładność, sumienność i rzetelność – bez tych trzech cech w mediach kariery się nie zrobi. Przebojowość i otwartość do ludzi – o wiele cięższe do wypracowania, ale winduje na wyższy poziom. Podobnie jak wiedza.

Wszystkie te cechy powoli, sukcesywnie poprawiam. Oczywiście nigdy pewnie nie będę mistrzem przebojowości, ale robiąc prezentację nie uśpię przynajmniej słuchaczy ;-)

::

Starczy tych plusów. Teraz czas na parę minusów – nie ma róży bez kolców.

Nadmiar napływających informacji

Mam pieprzone FOMO (fear of missing out). Szerzej opiszę temat pewnie w osobnym wpisie bo to nie jest śmieszne, ani przyjemne. Dziennie muszę przyswoić bardzo dużą liczbę informacji, które w większości są bezużyteczne. Sporą cegiełkę dorzucają do tego PR managerowie (całe szczęście są wyjątki), zasypujący skrzynkę redakcyjną durnymi i niepasującymi do medium wpisami. Czasami czuję się jak 8 gigowy pendrive, na który ktoś chce wgrać 16 gigabajtów informacji. Muszę jest konwertować, pakować, skracać, szeregować… a i tak na koniec dnia ktoś mnie czymś zaskoczy i jeszcze z głupim uśmiechem spyta się: „To nie wiedziałeś o tym?”. Wtedy mam ochotę taką osobę strzelić w pysk.

Korzystam z aplikacji Pocket, ale już dawno jest wypełniona po brzegi. Dwie trzecie moich znajomych na Facebooku to branża, każdy z nich (a będzie to z 350 osób) wrzuca często ciekawe linki… Papierowa książka to dla mnie luksus!

Odpowiedzialność

Coś czego nie rozumieją (bo najczęściej nie muszą) blogerzy – jesteś tak dobry, jak Twój ostatni wpis. Mogę zrobić trzy świetne wywiady, cztery artykuły i dwa opracowania, ale jak tylko walnę jakąś głupotę to następnym razem ten kto mnie rozpozna jako autora oleje mój kolejny wpis. Nieważne jakich cudów bym dokonał w tytule i leadzie… Gorzej, że są przypadki, że przenosi się to na cały tytuł bądź stronę WWW. Dlatego też nie do końca rozumiem czasami co się dzieje na gazeta.pl czy spidersweb.pl. Są to tytuły online, które powinny pilnować tego co się u nich pojawia. Są zbyt duże, żeby mogły sobie pozwolić na to, co ja na Why so social. No, ale w sumie, czy ktoś widział pracę, w której odpowiedzialność nie jest wymagana? ;-)

Praca non stop (zwłaszcza przy online)

Niestety, ale informacja, internet i media społecznościowe związały się ze sobą po wsze czasy. Każdego dnia, o każdej porze dzieje się historia. Nawet teraz. Wystarczy spojrzeć ile treści w sumie zamieszczają dziennie takie serwisy jak Techcrunch, Mashable, Wired… lekką ręką 8 godzin czytania dziennie – również w weekendy. Informacja to też szybkość. 10 czy 30 minut różnicy dużej nie zrobi, ale jeden dzień już tak. Poza tym w weekendy czytelnicy też wpadają na stronę lub przesiadują na portalach społecznościowych. Odsłony, podobnie jak biceps, same się nie zrobią…

::

Jeśli Drogi Czytelniku dobrnąłeś do końca to zapewne rachunek jest dla Ciebie prosty. Praca w mediach jest ciekawsza i daje większe możliwości niż bycie czeladnikiem treści na jakimś fan page’u czy trzaskanie mailingów i banerów ze zniżkami na ubezpieczenie. Jednak musisz też pamiętać o tym, że jak w mediach już będziesz, to musisz być gotowy wypruwać sobie żyły od początku, bo tylko dzięki temu wykorzystasz swoją szansę. Nie możesz dać się ponieść wejściówkom na imprezy z darmowym alko, stertom prezentów (na nie trzeba też zasłużyć), czy nowo nabytym znajomościom. Musisz być pokornym cwaniakiem.

::
Stay sick, stay social!
Artur Roguski

Photo: Stuart Miles

Szewc bez fan page’a chodzi

Agencje reklamowe nie reklamują się, tłumacząc się ciężkimi czasami. Te specjalizujące się w social media łapią każdy budżet, który wpadnie i wykorzystują naiwność oraz niewiedzę klientów. Poza nielicznymi wyjątkami tak wygląda obraz polskiego rynku agencji reklamowych. 


Agencje reklamowe nie reklamują się

Podobnie jak szewc bez butów chodzi, tak samo agencje reklamowe nie wiedzą/nie potrafią same się zareklamować. Rekomendują swoim klientom kreacje, media, strategie za kotyliony kosmodolców… a co robią same? Na media nie mają pieniędzy. Przecież jest kryzys, zakup jakiejkolwiek reklamy w prasie branżowej czy na portalu to jak bryła węgla, którą trzeba przełknąć bez popicia. Liczą na osobę „tweetującego CEO”, wygranie nagród branżowych, darmowe publikacje i swój dział sprzedaży.  Kiedyś ktoś mądry powiedział, że z kryzysu obronną ręką wychodzą ci, którzy wydadzą więcej na… reklamę.

O ile jeszcze agencje 360 potrafią sypnąć groszem i zrobić coś niestandardowego (np. whaternet.pl od GoldenSubmarine), o tyle agencje social media mają do dyspozycji jako medium promocji wyłącznie swój fan page. Jak się okazuje nawet to potrafią spieprzyć…

Lepiej jest wejść komuś w drogę, niż w dupę.

Zastosuję się do tego hasła. A co! W końcu zamieściła je na swoim fan page’u agencja Get More Social, która od wielu miesięcy jest w czołówce raportów Sotrendera w kategorii „agencje”.

Uwaga – wchodzę w drogę!

A więc… zacznijmy od czegoś prostego, czyli analizy sytuacji agencji reklamowych. Ich klientami jest bardzo wąski target – może parę tysięcy osób w Polsce, jeśli policzymy firmy, które mają w miesiącu do wydania więcej niż kilkaset złotych. Jest to bardzo wymagająca grupa docelowa. Bardzo uważnie przyglądają się relacji jakości usług do ceny. Mają również o wiele szerszy „asortyment”. Kupując samochód wybieramy jedną markę spośród dziesięciu. Agencji reklamowych mamy dziesiątki…

Jak w takiej sytuacji rozsądny marketingowiec wykorzystałby fan page na Facebooku? Zapewne skorzystałby z performance marketingu, który na serwisie działa wybornie (targetowane Facebook Ads). Dodatkowo wykorzystałby go jako źródło ruchu na stronę, która jest (albo przynajmniej powinna być) głównym centrum naszej komunikacji z klientami – zwłaszcza b2b.

Zamiast tego mamy wpis o dupie:

A teraz wchodzę w skórę klienta i dzielę się z Wami moimi przemyśleniami na temat tego content marketingowego dzieła:
- skoro u siebie na fan page’u firmowym wrzucają takie rzeczy, to co za shit ląduje u ich klientów?
- skoro płacę agencji miesięczne fee to oczekuję właśnie wchodzenia mi w dupę, a nie w drogę. Od tego są.
- sporo lol contentu… :/
- o masz! w wyszukiwarce Google ich fan page jest wyżej niż strona WWW

Sam też kiedyś taką komunikację prowadziłem tylko po to, aby wbić się do raportu Sotrendera – jednak jest to fatalne działanie jeśli chodzi o skuteczność (inna sprawa, że nie miałem możliwości realizacji innych). 

Dobra, ale zejdźmy już z Get More Social, bo bym o nich nie wspomniał gdyby jako jedyni bez butów chodzili. Najgorsze jest jednak to, że na taki lol content, pierwsze miejsce w rankingu Sotrendera i ponad 50 tys. fanów ciągle nabierają się klienci. Dla nich ważne są liczby, im więcej tym lepiej. Za te liczby są skłonni sypnąć banknotami i agencje w to wchodzą (sic!). Wchodzą w dupę, bo wejście w drogę oznaczałoby stratę zarobków…

Jednak klienci z czasem zmądrzeją, uwierzą w jakościową komunikację. Co wtedy się stanie z agencjami?

Stay sick, stay social!
Artur Roguski

Najedliśmy się Majdanem

No i stało się. Jesteśmy w historycznym momencie dla Europy (jeszcze nie wiemy jak bardzo) i nagle okazuje się, że więcej do powiedzenia mamy na tematy przyziemne. Tylko nieliczni decydują się na zamieszczanie statusów, silą się na dłuższe komentarze. Nagle z mojego newsfeedu zniknęli wszyscy social-digital-media specjaliści. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka.

 

Zasada „nie znam się, to się wypowiem” nie zadziałała. 

Wszyscy skupieni wokół własnego tyłka, marki, personal brandu czy innego fan page’a, nie mają nawet szczątkowej wiedzy na temat aktualnej sytuacji politycznej w bardzo bliskim sąsiedztwie Polski. Zapewne trzeba przeczekać kilka godzin jak ogarną kilka losowych newsów z tak bardzo rzetelnych serwisów jak Interia czy O2 i dopiero wtedy rozpocznie się kanonada.

Jest to przykre. Większość osób nie wie co się teraz dzieje, jaka jest geneza konfliktu. Tylko trochę osób próbuje się dowiedzieć i nadrobić zaległości – w tym ja. Nieliczni potrafią spojrzeć szerzej na temat, trzeźwo, bez emocji. Przy okazji wyciągają słuszne wnioski płynące z historii. Ciekawe jest to, że są to osoby, które mogą się pochwalić konkretnymi osiągnięciami w życiu i karierze zawodowej. Duże sprawy dla dużych ludzi?

Edit: powyższy akapit pisałem 2 dni temu. Zgodnie ze wszelkimi internetowymi prawidłami temat Ukrainy, Rosji i Krymu ulega wygaszeniu. Najedliśmy się Majdanem. Szkoda, bo każde kolejne doniesienie jest niepokojące, a sprawa interwencji Rosji na Krymie jest z historycznego i politycznego punktu widzenia kilkukrotnie razy ważniejsza niż bitwa na Majdanie.

Zachowujemy się jakbyśmy tej wojny chcieli

Być może brakuje nam, jako narodowi, kolejnego checkpointu w historii, który przypomni nam jak bardzo walecznym/pokrzywdzonym (niepotrzebne skreślić) społeczeństwem jesteśmy.  Jest tylko jedno „ale”. Od 1939 do 1945 roku karabiny i butelki z benzyną w łapach dzierżyli hipsterzy z bujnymi czuprynami o ksywkach „Zośka”, „Rudy”, „Alek”… Takich jak oni były setki. Polecam Wam książki Aleksandra Kamińskiego – np. „Zośka i Parasol”. Autor opisuje czasy okupacji i powstania w Warszawie. To co robili następcy wyżej wymienionej trójki to jest, mówiąc dzisiejszym językiem, jakiś cholerny turbo-hardcore. W 2014 roku, młodzieńcy o równie bujnych czuprynach przebieraliby nóżkami na terminalu na Okęciu w oczekiwaniu na samolot.

Na ulicach z bagnetami i karabinami biegaliby Ci sami panowie, którzy w zeszłą niedzielę tłukli się na Łazienkowskiej. Ci sami, co rzucali śmietnikami 11 listopada. I tych samych historia z czcią wspominać będzie za 50 lat.

Tylko czemu tej wojny pragną bardziej osobniki z Okęcia? Chyba, żeby mieć dobry pretekst do spieprzenia na zmywak.

O co w tym wszystkim chodzi?

Na koniec linki dla tych, którzy chcieliby coś więcej niż newsy z popularnego portalu horyzontalnego. Polecam jeden, dosyć długi artykuł i niezawodnego Maxa Kolonkę. Poświęcicie pół godziny, ale dowiecie się, że:

- dla Ukrainy nie ma ratunku
- Rosja tylko korzysta z sytuacji
- kto walczy tak naprawdę o władzę na Ukrainie
- jacy są sami Ukraińcy i dlaczego tak bardzo mylimy się nazywając ich braćmi…

Artykuł Rostislawa Wygranienko – zapoznajcie się koniecznie z tą treścią, oryginał jest w języku polskim. Treść pokazuje drugie i trzecie dno konfliktu.

Ukraiński Gambit Putina – Mariusz Max Kolonko jak zwykle trzeźwo i bez opieprzania się mówi jak jest.

Jakie problemy ma Putin – ten artykuł należy przeczytać z komentarzami, ponieważ jego treść jest trochę naciągana w jedną stronę – komentarze czytelników prostują to.

::
Stay sick, stay social!
Artur Roguski

::
Photo: freedigitalphotos.net / Victor Habbick