Why so Forex

Pewien czas temu odkryłem nową zajawkę, hobby i wyzwanie jednocześnie. Chodzi o Forex, czyli rynek handlu na parach walutowych i surowcach. W zeszłym roku w konkursie XTB dla dziennikarzy i blogerów zająłem szóste miejsce i jako jeden z ośmiu uczestników byłem na plusie. Pora podjąć wyzwanie ponownie.

Tym razem zabrałem się do tego na poważnie i od kilku tygodni staram się chłonąć wiedzę dotyczącą poszczególnych rynków, instrumentów (czyli par walutowych, surowców) i strategii. Jest to ogrom informacji, które nie tylko trzeba posiąść, ale również na bieżąco łączyć ze sobą, aby podejmować możliwie szybko odpowiednie decyzje.

Forex to wiedza, emocje i doświadczenie

Wiedza jest pierwszą rzeczą, która decyduje o naszym sukcesie/porażce na rynku Forex. Kolejną jest nasz charakter. Tutaj nie ma miejsca na emocje – jest tylko zimna kalkulacja. Podobnie jak w hazardzie nie można liczyć na to, że kurs w końcu się „odbije”, a my będziemy przynajmniej „na zero”. Dlatego też często korzysta się z automatycznych zleceń typu stop loss albo take profit, które automatycznie zamykają nasze otwarte pozycje (zakupione pary walut, czy surowców). Stres i niepewność też nie jest naszym sprzymierzeńcem. Często kilka sekund opóźnienia w podjęciu decyzji może równać się olbrzymiej sumie pieniędzy zyskanej… albo straconej.

Pewien poziom wiedzy i opanowania emocjonalnego zamierzam zdobyć przed 12 maja, kiedy to zmierzę się po raz kolejny z Forexem. Wtedy zacznę też zdobywać trzecią rzecz niezbędną w mądrej grze, czyli doświadczenie. I nim właśnie zamierzam się dzielić z Wami na blogu w specjalnej zakładce, w której będę opisywał swoje dokonania oraz proces myślowy, który mną kierował.

Forex nie tylko dla zawodowców

Rynek Forex jest otwarty niemal non stop. Wcale nie trzeba cały dzień siedzieć przed komputerem i śledzić setki notowań. Wszystko zależy od strategii, którą przyjmiemy. Dzień otwiera rynek japoński. Po nim wchodzą giełdy europejskie i amerykańska, które przez kilka godzin działają równocześnie. Od tego zależy płynność poszczególnych walut oraz liczba dokonanych transakcji.

Wystarczy zatem, podobnie jak przy przygotowaniu harmonogramu wpisów na fan page na Facebooku, przygotować swój harmonogram gry w ciągu dnia (np. granie przez godzinę rano na jenach i po 18 na parach walutowych z dolarem). Jeśli możemy sobie w ciągu dnia pozwolić na godzinę lub dwie śledzenia rynku to spokojnie powinniśmy spróbować swoich sił w handlu euro. Najbardziej popularna para walutowa, czyli EUR/USD, charakteryzuje się małą liczbą nagłych i dużych wahań kursów, więc istnieje mniejsze ryzyko straty. No chyba, że mamy do czynienia z jakimiś nieprzewidzianymi zdarzeniami geo-politycznymi.

Dla zainteresowanych

Po pierwsze zapraszam do specjalnej zakładki „Why so Forex”. Po drugie na strony X-Trade Brokers: trading-academy.pl, świeżo założony blog.xtb.pl, oraz na platformę xsocial.xtb.pl, dzięki której można wybrać inwestora, którego ruchy będziemy kopiować. Fajna opcja dla osób, które boją się na początku podejmować własne decyzje ;-)

W trakcie mojej gry na Forex będę miał dla Was kilkanaście książek „Forex dla bystrzaków”, które omawiają najważniejsze rzeczy związane z handlem na tym rynku. Zapraszam zatem do komentowania, dzielenia się własnymi doświadczeniami itp. Liczę na Waszą aktywność!

Jak widać Michelle von Miśka książki się spodobały i też zaczyna „ogarniać” Forex ;-)

W międzyczasie trzymajcie za mnie kciuki i nie zapominajcie o hashtagu #whysoforex

Wkurzający warszawiacy

Format „co mnie wkurza” dobrze się klika. Niezależnie czy za cel obierzemy sobie blogerów, ludzi mediów, celebrytów czy przeciętnego Kowalskiego. Widzę, że blogerzy po fachu piszą takie rzeczy. Co z tego, że piach mi zgrzyta między zębami jak inni blogerzy grupami lajkują takie wpisy roznosząc je dalej jak wirus. Dziś ja zapuszczę swojego wirusa w świat. Będzie się składał z listy rzeczy, które wkurzają mnie w zachowaniu ludzi na ulicach Warszawy.

Zacznijmy klasyką polskiego jazzu, czyli zachowaniem podczas korzystania z usług transportu miejskiego…

Daj wysiąść człowieku

Mam ochotę kopać ludzi, którzy po otwarciu drzwi autobusu lub metra nie dość, że wpychają się nie czekając, aż wszyscy wyjdą, to jeszcze staną na wprost. Nie z boku – na wprost, żebym od razu na nich wpadł po wyjściu. Jeszcze się burzą jak im się zwróci uwagę. Kierowcy to nie złośliwe karły i poczekają, aż załadujecie swoje dupska do środka.

Uszanowanie dla kobiet

Pomimo, że używam słów nieparlamentarnych na co dzień, to jednak wchodząc do autobusu czy metra wpuszczam do środka najpierw przedstawicielki płci pięknej – te młode, i te starsze. Zabawa się zaczyna gdy korzystać z mojej uprzejmości zaczynają mężczyźni. WTF? Czy oni hodowali się w oborze ze świniami? Ba! Zdarzyło mi się, że wepchali się i… nie miałem już jak wsiąść do środka lokomocji.
Kiedyś nie wytrzymam i złapię takiego ciapka za kołnierz i pociągnę do tyłu. Tak dla opamiętania.

Królowie ruchomych schodów

Sprawa prosta: po prawej stronie stoisz, a lewą zostawiasz wolną bo może ktoś się śpieszyć. Jednak zawsze znajdą się dwie przyjaciółeczki, które muszą sobie pogadać albo para zakochanych koniecznie musząca się trzymać za rączki. Wiele razy uciekło mi metro przez takie lebiody.
Zastanawiające jest to, że niby tyle osób biega, jeździ na rowerach, ale i tak 3/4 wybiera ruchome schody zamiast zwykłych. Sportowcy pełną gębą!

::

Skoro już rozprawiłem się z ZTM to pora na kilka randomów:

Zjadłeś? Wyjdź i zwolnij stolik

Jak ja tego nienawidzę! Jest zima, wchodzę do kawiarni biorę ciepłą kawę z cynamonem, kanapeczkę i… nie mam gdzie usiąść. Rozglądam się jeszcze raz z nadzieją i co widzę? Przy trzech stolikach  pary, które kupiły sobie jedną jebaną kawę albo serniczek na dwie osoby i siedzą przy pustym kubku/talerzu gadając radośnie ze sobą. No cóż, staje przy ladzie z plecakiem, nie mam jak zdjąć płaszcza, ale wcinam. Cieszę się wątłą przyjemnością jedzenia i picia na stojąco. Kończę po 15-20 minutach, wyrzucam po sobie śmieci i co? I oni nadal tam siedzą! Nosz k….

Ja wiem, że pracownicy nie mogą wygonić, więc nie mam do nich pretensji. Ale to, że kupiłeś najtańszą, małą kawę za 8 PLN nie znaczy, że masz prawo zajmować stolik przez pół dnia! Zwłaszcza w zimie.

E-papierosiarze

Kolejni pieprzeni egoiści. On nie pali papierosa zwykłego, tylko elektronicznego! Dlatego nie widzi nic złego w tym, żeby puszczać dymki w hipermarkecie, w kolejce na poczcie czy na lotnisku. Dym to dym. Papieros to papieros. I nie – nie lubię słodkiego zapachu tej chemii, którą się raczysz.
W USA poszczególne miasta wprowadzają zakaz korzystania z e-papierosów w miejscach publicznych. Czekam na takie zakazy w Polsce.

Lamy i wielbłądy

Czyli ci, co plują na chodnik, po którym sami chodzą. Niektórzy nie zdają sobie sprawy zapewne ile razy sami wdepnęli w czyjąś flegmę. Ja nie mam zamiaru tego robić. Nie chodzi tylko o chłopaków typu dres, ale o starszych panów emerytów również.

::

Może jestem staromodny i cenię sobie życzliwość wobec ludzi. Swoiste bycie miłym i nieutrudnianie życia. Może idąc ulicami miasta patrzę co się wokół dzieje, czy kogoś nie potrącę, nie zajdę drogi.

A może ludzie to po prostu egoistyczne świnie? Wpis został napisany przez pryzmat Warszawy, nie rozgraniczając na Warszawiaków i przyjezdnych.

Czy spotykacie się z podobnymi zachowaniami ludzi? A może jest coś innego co Was wkurza w ludziach?

Trendy: fałszywe przepowiednie

Słów parędziesiąt na temat moich przemyśleń dotyczących pędzącego świata – trendów, nowości technologicznych, seriali i papierowej gazety przeczytanej bez pośpiechu w kawiarni.


Świat technologii, marketingu, nauki czy kultury zmienia się jak nigdy wcześniej. Akceleracja tego procesu ciągle postępuje. Rzeczy, wynalazki, które jeszcze 5-10 lat temu wydawały się całkowitą fantazją, możemy kupić obecnie w sklepie. Pytanie brzmi, czy nie powinniśmy zwolnić tempa.

Od dłuższego czasu obserwuje różne trendy czy urządzenia oparte o nowe technologie. Niektórymi z nich, mówiąc kolokwialnie, jaram się jak dziecko. Czy to Oculusem, czy pierścieniem do sterowania bezprzewodowego (Ring). Moim marzeniem jest postawienie sobie w pokoju 60 calowego Samsunga z zakrzywionym ekranem 4K. Smartfon i tablet to dla mnie norma, coś jak powietrze czy pudełko zapałek.

Do napisania o trendach skłoniły mnie dwa przemyślenia. Pierwsze z nich to „pryzmat Warszawy”, drugie dotyczyło seriali takich jak „Airwolf”, „Drużyna A” czy „MacGyver”. Uważasz, że oba przemyślenia są od siebie zbyt odległe? Jak to mawia Radek Kotarski „nic bardziej mylnego”…

Patrzenie przez „pryzmat Warszawy”

Chodzę na konferencje branżowe dosyć często. Rozmawiam podczas nich z dziesiątkami osób, które są bardzo blisko nowych technologii, oswajają je, są ich pierwszymi użytkownikami. W metrze czy autobusach większość osób dzierży w dłoni smartfone’a lub tablet. 95 proc. osób, które znam ma inteligentny telefon, ale według najnowszych badań TNS tylko (albo aż) 44 proc. Polaków jest w posiadaniu takiego urządzenia.

To znaczy, że żyję w bardzo niereprezentatywnej grupie.Wyprzedziłem jakieś 4/5 rodaków w tym technologicznym wyścigu. Wbrew pozorom tacy Włosi czy Francuzi są podobni do Polaków, ale nie do tej wiodącej garstki adapterów nowych technologii. Ich życie jest na tyle przyjemne, że nie czują potrzeby ścigania się z kimkolwiek, o cokolwiek. Mają czas i pieniądze, żeby kupić gazetę (taką na papierze), usiąść w kawiarni i ją w spokoju przeczytać.

W tym momencie, po raz pierwszy warto się zastanowić, czy ta akceleracja technologii jest nam potrzebna, czy jej chcemy, czy może jest nam na siłę wciskana?

Stare, dobre seriale

Zestawmy takie hity serialowe jak „Drużyna A”, „Airwolf” czy „MacGyver” chociażby z „Housem”, „Breaking Bad”, „Homeland” czy „Hannibalem”. Kto zgadnie czym te dwie epoki, koncepcje tworzenia seriali się różnią? Hmm?

Śmierć.

W „Drużynie A”, w każdym odcinku była rozpierducha na całego, podobnie w „Airwolfie”. Mimo to śmierć nie była częścią przedstawienia, krew była nieobecna. Teraz oglądając popularne seriale śmierć traktujemy jako niezbędny element fabuły. Tylko ta wyjątkowo brutalna, jak w przypadku „Gry o Tron”, potrafi nas wyprowadzić z pewnej homeostazy. Doszło do sytuacji gdy ogół społeczeństwa skupionego wokół pewnego serialu cieszył się, że dana postać została uśmiercona!

Jednak z drugiej strony takie seriale jak „Na Wspólnej” ciągle przyciągają w naszym kraju miliony widzów przed telewizory. Czy mają większą widownię w Polsce od np. „Breaking Bad” – nie wiadomo. Jeśli miałbym obstawiać to powiedziałbym, że tak.

::

Jest pewna grupa ludzi, która podąża za silnymi bodźcami. Jej członkowie aktywują się w sprzyjających okolicznościach, takich jak mieszkanie w dużym mieście czy dostęp do internetu umożliwiającego oglądanie popularnych seriali zza „Wielkiej Kałuży”. Ta grupa nie znosi pustki, dlatego też wręcz wymaga od firm, korporacji czy wydawców nowości. Nowości, które zapełnią pustkę i zapewnią im nowe, intensywne doznania. Nie ważne czy będzie to iPhone 9 czy kolejny sezon ulubionego serialu, w którym zginie kolejnych kilku bohaterów. Ciągle gonią, ciągle szukają. Wyrywają się przed szereg. Bardzo często ich motywacją jest zbudowanie wewnętrznego poczucia, że są lepsi. Ale wtedy okazuje się, że ktoś ma nowszy telefon, chodzi do bardziej elitarnych klubów… 

Ich życie, w większym niż u przeciętnego człowieka, stopniu opiera się o konsumpcję.

Właśnie ten podział jest przyczyną tytułowych fałszywych przepowiedni, które dotyczą trendów przyszłości oraz innowacji. Otóż jedna grupa, ta bardziej „konsumencka” tworząc nowe trendy (bo to najczęściej jest też ich „obowiązek”) zapomina o drugiej grupie. Tej szczęśliwie oglądającej „Na Wspólnej” i czytającej gazetę.

Aby trend przerodził się w rzeczywistość i na stałe zagościł w społeczeństwie potrzebna jest pewna masa krytyczna – większa niż technologiczno-konsumpcyjna czołówka społeczeństwa. Trend staje się czymś więcej dopiero wtedy, gdy trafi pod strzechy domów i zdobędzie serca odbiorców polskich seriali.

Serwisy typu trendwatching.com czy trendhunter.com aż kipią od nowych pomysłów i proroctw dotyczących przyszłości. Jednak czy na wszystkie jest miejsce w naszych życiach? Czy jesteśmy w stanie za tym wszystkim nadążyć? Jeśli ktoś z Was odpowie twierdząco to… trzymam za niego kciuki, żeby zmądrzał.

::

Każdy z nas słyszał o NFC (near field communication). Od dwóch lat mówi się o jego nagłej eksplozji, która objawi się tysiącami aplikacji i setkami niezmiernie udanymi kampaniami reklamowymi. Nic takiego jeszcze się nie stało…

Co z Google Glass? Pomijając fakt, że technologicznie to nie jest jeszcze to czego się spodziewamy to czy przeciętnemu użytkownikowi smartfona z internetem są one potrzebne? A co z barierą psychologiczną? Wiele osób nie czuje się komfortowo gdy ich rozmówca ma na nosie okulary Googla (stąd zapewne firma zaczęła intensywne prace nad soczewkami).

Czy spacerując po centrach handlowych chcemy, aby nasz telefon był atakowany informacjami, że właśnie minęliśmy buty w promocji lub koszulę w kratkę? Nie wiadomo. Dlatego też iBeacony mogą popaść w zapomnienie równie szybko jak zostały wyniesione pod niebiosa.

Jaki więc jest morał z tego przydługiego wpisu?

Ano taki, że trendy to zazwyczaj egoistyczne i egocentryczne zjawiska. I tylko te, które od podstaw są nastawione w 100 procentach (nie w 90, czy 95) na dogodzenie przeciętnemu Kowalskiemu, mają szansę zagościć w domach setek milionów osób na dłużej. Bo jedyne czego chce człowiek to tak naprawdę spokój i wygoda.

::
Photo: KROMKRATHOG
Stay sick, stay social!
Artur Roguski

Dwa oblicza Facebooka

Niestety, ale żeby zrobić wyświetlenia na blogu marketingowym, trzeba komuś dowalić. Jedyna pociecha w tym, że trzeba to zrobić w merytoryczny i rzetelny sposób. I tak, w ramach nowego „peaku wyświetleń”, chciałbym dopieprzyć pseudospecjalistom od Facebooka. W tym miesiącu dzięki nim nabiłem sobie parę siniaków na czole uderzając głową w stół po ich wywodach na temat serwisu Marka Zuckerberga.

Skąd moja pewność siebie? Pracuje w mediach w przeciwieństwie do „specjalistów”, a to daje mi dostęp do wielu wydarzeń i ludzi – również tych na co dzień pracujących dla Facebooka. Zresztą o przewagach takiej pracy, nad pracą w agencji reklamowej pisałem wcześniej. Dlatego też gdy ogarniam wypociny jednego z nich i nagle czytam o serwisie z Palo Alto* to mnie krew zalewa. Czytelnicy Brief.pl powiesiliby mnie na najbliższej gałęzi za taką pomyłkę…

Od listopada też modnie jest napisać na blogu o spadającym zasięgu wpisów na Facebooku. Co gorsze, temat dalej utrzymuje się w kategorii „hot stories” wśród branży. Ja pisałem o tym w lipcu – wpis o tytule „Koniec ery fan page’y” jest jednym z najbardziej popularnych na blogu, ciągle się klika. Co do samych spadków… dotykają one tych, którzy najprościej w świecie nie serwują wartościowych treści, tylko gówniane kotki, pieski i piątki. Już w połowie zeszłego roku Facebook zaczął nagradzać kliknięcia w zamieszczane linki bardziej niż polubienia czy komentarze. I też o tym w lipcu pisałem – „Drugie dno fan page’y”. Ba! O tym wpisie miałem możliwość rozmawiać z Iainem Mackenzie z Facebooka, który potem w wywiadzie potwierdził to, że Facebook będzie promował unikatowe treści, bo to będzie jedyna droga do zaangażowania odbiorców.

W tym roku miałem przyjemność uczestniczyć w kilku konferencjach, podczas których tęgie, agencyjne głowy mówiły o komunikacji, mediach społecznościowych, o tym jak fajnie się rzeczy klikają itp. To tylko jedno, z każdym dniem mniej znaczące, oblicze serwisu. Mało natomiast osób wspomniało o tym drugim obliczu, czyli efektywności.

Oblicze pierwsze: fan page

Nie podlega dyskusji fakt, że z marketingowego punktu widzenia fan page to nic innego w tej chwili jak któryś z kolei punkt styczny klienta z marką. Jeśli stronę na Facebooku potraktujemy narzędziowo, to dzięki niej nabijemy sobie trochę ruchu na naszą stronę WWW. I koniec. Żadne polubienia, komentarze czy udostępnienia nam nie wygenerują sprzedaży czy znacząco nie poprawią wizerunku. Sorry, ale Play ma ponad 2 miliony fanów, z czego przeciętny post dociera do 200-400 tys. z nich. Jak ta liczba się ma do ogólnej liczby 10 mln klientów tej sieci komórkowej? Kliknięcie w „lubię to” czy nawet skomentowanie jest warte niemal tyle co 3 sekundy poświęcone na zapoznanie się z treścią billboardu…

Od tego oblicza zaczynał Facebook – w 99 proc., by z czasem coraz bardziej dochodziło do głosu oblicze efektywnościowe (reklamowe) serwisu. Obecnie jest to 50 na 50, a każde ograniczenie zasięgów, czy wprowadzenie nowych funkcji w panelu reklam przechyla szalę na niekorzyść oblicza związanego z fan page’ami. Deal with it!

Oblicze drugie: performance

Świetnie sobie z tym radzi… Play! W Polsce jest 11 mln użytkowników Facebooka, czyli mniej więcej tyle co ich klientów. Dlaczego w swoich działaniach mają się skupiać do „zaledwie” 2 mln swoich fanów? Za to każdy użytkownik Facebooka (niezależnie czy jest fanem) jest namierzany przez ciasteczka i jest mu dostarczana reklama na serwisie jeśli tylko pojawił się na stronie WWW Play’a. Niedawno sprawdzałem oferty przedłużenia umowy online i konkretne telefony na stronie. W oko wpadł mi LG 9. W trakcie poszukiwań wszedłem sprawdzić nowe notyfikacje na Facebooku i zgadnijcie czego reklama wyświetliła mi się w prawej kolumnie: oczywiście reklama Play z tym modelem telefonu. Prawda, że jest to fajniejsze i skuteczniejsze nawet od promowanych postów?

Najbardziej cieszy fakt, że wszystko zmierza ku polepszeniu doświadczeń w korzystaniu z serwisu wśród przeciętnych użytkowników. Koniec końców wszystko zmierza do zmniejszenia liczby treści, które nie są dla nich wartościowe. Marki za dotarcie będą musiały płacić, a te które zdecydują się to zrobić, będą trafiały do osób zainteresowanych ich treściami. Pomoże w tym performance marketing wykorzystujący reklamy na Facebooku.

Olbrzymią rolę w tym drugim obliczu pełnią tak zwani Prefered Marketing Developers (PMD), którzy ściśle współpracują z Facebookiem. Taki Buddy Media zbudował swoją potęgę na bazie właśnie Facebooka i został kupiony za 700 mln dolarów. Bardzo mocno działa Socialbakers, czyli nasi sąsiedzi z południa, którzy planują przejąć ponad 20 firm – w tym 6 z Polski. Z aktualną listą tych firm możecie się zapoznać na stronie Facebooka.

Facebook sprzedaje

Coraz nowsze badania pokazują, że Facebook sprzedaje – jest jednym z lepszych tak zwanych „last clicków”, czyli ostatnim punktem stycznym na ścieżce zakupowej klienta, który prowadzi bezpośrednio do sprzedaży. Wszystko oczywiście nie dzięki zamieszczaniu postów z kotkami, czy nawet ofertą sprzedażową, ale właśnie działaniom performance.

Jak już wspomniałem na początku brakuje w polskiej branży rozróżnienia tych dwóch oblicz serwisu z Menlo Park. Agencje dalej wciskają prowadzenie fan page’y i aplikacje konkursowe ponieważ jest to dla nich być albo nie być. Zazwyczaj nie mają kompetencji na prowadzenie działań performancowych… Nawet gdyby takowe posiadali to nie wygrają dużych klientów z PMD, którzy mają bezpośrednie wsparcie Facebooka w postaci dodatkowych statystyk czy modeli rozliczeniowych. Ciekawe jak długo marketerzy dadzą sobie wciskać kit…

Mam nadzieję, że udało mi się chociaż trochę nakreślić to, czym jest Facebook obecnie.
Jak zawsze zapraszam do dyskusji!

::
Stay sick, stay social!
Artur Roguski

Photo: scottchan