SuicideGirls: social media z tatuażami

 

Serwis społecznościowy, który utrzymuje się w dużej mierze z opłat członkowskich, u jego podstaw leży user generated content i uskuteczniał content marketing zanim to było modne? Jeśli znasz głównie Facebooka, Twittera czy Instagram może wydawać Ci się to niemożliwe. A jednak. Takie właśnie jest SuicideGirls.com!


Czym jest SuicideGirls.com? Jest wspólnotą ludzi o bardzo konkretnych zainteresowaniach i specyficznym guście jeśli chodzi o kobiece piękno (guście, który również ja podzielam). Głównymi treściami jakie znajdziecie na serwisie to erotyka w klimatach pin-up, gotyk, punkrock – czyli dużo tatuaży, kolczyków, tuneli i grzywek.

Oprócz treści w postaci zdjęć i wideo, każdy użytkownik serwisu, może pisać bloga czy brać udział w dyskusjach na forum. Jest też sklep online, który oferuje ubrania i gadżety z brandem SuicideGirls.

Źródło: www.facebook.com/SuicideGirls

Modelki SuicieGirls

Jednak najważniejsze są kobiety, które mogą pochwalić się mianem modelek SuicideGirls. W chwili obecnej tego zaszczytu dostąpiło ponad 2600 wytatuowanych dziewczyn z całego świata. Są one gwiazdami serwisu, mają najwięcej followersów (taka funkcja też istnieje), a jeśli ich sesja zdjęciowa trafi na główną stronę dostają 500 dolarów.

- Pierwszym krokiem do zostania SuicideGirl jest wypełnienie zgłoszenia na suicidegirls.com/model
- mówi Selena Mooney, założycielka serwisu w mailowym wywiadzie dla Whysosocial.pl. - Wymagamy, aby nasze modelki miały przynajmniej 18 lat. Szukamy dziewczyn, które są pewne siebie i mają predyspozycje do bycia SuicideGirl. Nie wymagamy tatuaży czy piercingu, jednak są one mile widziane.

Najlepiej sens słów Seleny tłumaczy wideo promocyjne, do którego obejrzenia gorąco zachęcam ;-)

Spytałem założycielkę serwisu również o to, czym jest serwis dla jego użytkowników i modelek.
- Dziewczyny SuicideGirl mają przede wszystkim radość z pozowania do zdjęć, poznawania nowych osób dzięki serwisowi, który jest pełny wspaniałych, wspierających ludzi – mówi Selena. – Większość modelek odpowiada bez zastanowienia, że ich ulubionym benefitem przynależności do społeczności jest zawieranie nowych przyjaźni. Wiele z nich bierze też udział w konwencjach tatuażu, komiksów, podróżuje, gra w teledyskach albo uczestniczy w innych projektach.

Na serwisie nie znajdziecie też reklam, co moim zdaniem jest jego ogromną zaletą. Głównym źródłem utrzymania  są opłaty członkowskie (12 dolarów za miesiąc lub 48 za rok). Potwierdza to Selena:
- Serwis utrzymuje się z kilku źródeł, a opłaty członkowskie są jednym z ważniejszych. Model biznesowy bardzo się zmienił od momentu powstania strony – nie przypuszczaliśmy, że media społecznościowe będą miały tak ogromny wpływ na internet! Wydaliśmy też wiele książek, komiksów, filmów oraz mamy własną, podróżującą grupę burleski!

Burleska w klimatach Gwiezdnych Wojen. Źródło: facebook.com/SuicideGirls

Historia i zasięg SuicideGirls.com

SuicideGirls.com powstał niemal 13 lat temu (wrzesień 2001) w Portland z inicjatywy Seana Suhla oraz wspomnianej już Seleny Mooney. Obecnie siedziba znajduje się w Los Angeles. Poniżej kilka kluczowych statystyk dotyczących serwisu i jego obecności w mediach społecznościowych:

- ponad 5 mln odwiedzających miesięcznie
- ponad pół miliona użytkowników z kontami 
- 51 proc kobiet
- wiek 18-24 58 proc., 25-34 34proc., 35+- 8 proc.
- ponad 6,1 mln fanów na Facebooku
- 1,5 mln obserwujących na Instagramie
- zdjęcia obrandowane logiem SuicideGirl docierają każdego dnia do 10 mln osób
- na stałe w serwisie pracuje 15 osób. Poza tym w treści tworzone przez serwis zaangażowanych są setki fotografów, modelek oraz miliony fanów, którzy są olbrzymią częścią jego sukcesu.

Wśród SG są również dziewczyny z Polski. Oto jedna z nich – LAF
Źródło: www.facebook.com/aleksandrawydrychphotography

Wspólnota, nie społeczność

Cechą charakterystyczną serwisu jest to, że skupia osoby o bardzo konkretnych zainteresowaniach. Nie ma raczej w nim osób z przypadku – zawdzięcza to głównie płatnemu członkostwu. Więzi pomiędzy poszczególnymi użytkownikami są bardzo mocne, mocniejsze niż w przypadku największych serwisów społecznościowych. Dlatego SuicideGirls możemy spokojnie nazwać wspólnotą, a nie społecznością.
Serwis jest też tak na dobrą sprawę platformą blogową. Więc każda z modelek (jak i zwykłych użytkowników) zamieszczając zdjęcia, wideo czy wpisy prowadzi swojego bloga.
Czy przyszłość mediów społecznościowych będzie należała właśnie do takich serwisów? Jak uważacie?

Jak mieć dużo wyświetleń na blogu?

Wyświetlenia to Święty Graal blogosfery, marzenie tysięcy blogerów… Jak go zdobyć?


Lubię sobie tłumaczyć, że czytelnicy Why so social są jak Spartanie: nieliczni, ale odważni i silni. Każdy z nich równa się 10 innym czytelnikom/wojownikom. I to mi się podoba, chcę być Waszym Leonidasem!

Jednak zdaję sobie sprawę, że większość blogerów, otwarcie lub skrycie, pragnie być bożyszczem setek tysięcy czytelników. Dążą do tego w pocie czoła, pisząc notki, robiąc focie i spamując linkami gdzie się da. Moja Sparta jest bezpieczna, więc mogę się podzielić kilkoma wskazówkami, jak tego dokonać. Oczywiście wszystko w krzywym zwierciadle.

Społeczeństwo jest płytkie

I płytkich teksów też oczekuje. Rośnie klasa średnia, dla której ważne jest to jak człowiek wygląda, ile ma pieniędzy, czy ma władzę. Są to rzeczy, które można ocenić od razu. Żeby poznać czyjś intelekt należy poświęcić więcej czasu i wysiłku.

Rada #1. Nie sil się na mądre teksty, gruntowne analizy. Michał Szafrański i jego blog jest wspaniałym wyjątkiem, który wymaga absolutnego poświęcenia i wielu lat doświadczenia, którego Tobie najprawdopodobniej brakuje, skoro szukasz odpowiedzi na pytanie jak pisać, żeby było dużo odsłon. Pisz o nowym iPhonie, o swojej podróży samolotem czy modzie na zapuszczanie brody. Łatwe dla Ciebie, lekkie i przyjemne dla czytelników.

Emocje głupcze!

Ludzie lubią się ekscytować, szukają stymulacji, pobudzenia. Twoje teksty powinny im to dawać! Jeśli chcesz mieć dużo wyświetleń, to Twój blog powinien im dawać rozrywkę.

Rada #2. Pisz o aktualnych tematach. Wypowiedz się jeszcze tego samego dnia o zwycięstwie Conchity Wurst, czy nastolatce, która uważa Tuska za zdrajcę. Pieprzyć to, że w obu tematach możesz zaoferować wyłącznie swoją opinię. Opinia jest jak dupa: każdy ma swoją i każdy lubi ją pokazywać.

Rada #3. Ludzie szukają raczej potwierdzenia tego co myślą. Więc prędzej udostępnią Twój wpis z komentarzem „Zgadzam się z autorem!” niż „Co on pieprzy?”. Nie idź pod prąd broń boże. Pamiętaj, że Twoim celem jest duża liczba odsłon, więc musisz dawać to, czego chce większość. 

Tytuł pod pozycjonowanie

Rada #4. Nie sil się na wybitne tytuły swoich wpisów. Nie szukaj na siłę tematów. Wejdź na Google i zacznij wpisywać frazy typu „Jak zrobić dobrze…”, „10 sposobów na…”, „Dlaczego warto…” i patrz jakie daje sugestie wujek Google. Wybierz sobie temat, przeczytaj ze trzy podobne wpisy, dodaj swoją dupę (opinię) i gotowe.

Kominek w sierpniu 2011 napisał test „Jak zrobić loda” i nadal utrzymuje się na pierwszej stronie wyników wyszukiwania na tę frazę. Można? Można! Pomyśl ile napalonych nastolatek w ten sposób ściągnął na swój blog ;-)

Nie musisz mieć piątki z polskiego
Jeśli nieskładnie, zapominasz przecinków, albo budowa zdań u Ciebie leży to nie masz się czego obawiać. Większość z nas nie potrafi dobrze pisać. Jesteśmy spaczeni nowomową internetową pełną skrótów myślowych i dwuznaczności. Zdania wielokrotnie złożone to często próg nie do przeskoczenia. Pisz zatem jak większość – będziesz im bliższy.

Rada#5. Składnia składnią, ale ortografy popraw bo zawsze się znajdzie ktoś, kto Ci to wypomni w komentarzach. Nie jesteś zapewne Grzesiem Marczakiem i u Ciebie to nie przejdzie. Wrzuć tekst przynajmniej w Worda i niech Ci podkreśli błędy. Trzy minuty roboty, a tyle dobrego.

Chwal lepszych, pomagaj słabszym

W blogosferze już tak jest, że dobrze mieć szerokie plecy. Dlatego bij pokłony przed tuzami, czytaj ich, komentuj, zaznaczaj swoją obecność. Zachęć ich do tego, żeby weszli na Twój blog i być może coś udostępnili swoim czytelnikom na fan page’u czy Twitterze.
Chwal też tych, którzy zaczynają, wspieraj ich, angażuj się w szkolenia. W ten sposób dajesz coś od siebie, a jak wiadomo dawanie jest formą manipulacji. Będą czuli wobec Ciebie potrzebę rewanżu, na przykład poprzez udostępnianie. Pomóż 10 takim blogerom, nawet jeśli każdy z nich ma 5 razy mniejszą widownię od Ciebie.
Przykład? Coroczny wpis Kominka i działania edukacyjne Maćka Budzicha.

Rada#6. Rób co pewien czas podsumowania blogerów, których czytasz, oznaczaj ich, linkuj do ich blogów. Potem pochwal się takim wpisem na Facebooku i Twitterze, nie zapominając oczywiście z oznaczeniem wszystkich, których umieściłeś w swoim podsumowaniu.
Nie zapominaj też o regularnym #FF na Twitterze!

::

Mam nadzieję, że moje rady choć trochę Wam pomogą :-) Proszę udostępniajcie je dalej, żeby dotarły do jak największej liczby osób. Dziękuję!

Stay sick, stay social.

Dlaczego NIE warto prowadzić bloga

Obserwujemy od kilku lat wysyp blogerów. Każdy chce pisać, każdy myśli, że w ten sposób ułoży sobie życie i będzie zarabiał więcej niż na nudnym etacie w firmie. Kominek swoimi książkami i rankingami skutecznie ten płomień nadziei podsyca… W ten sposób mamy blogerów kulinarnych, modowych, lifestylowych, marketingowych itd. Obok siedzą też tak zwani youtuberzy/vlogerzy. Poniższym wpisem chce się wyłamać z pewnej konwencji i podzielić się z Wami powodami, dla których nie warto się zabierać za pisanie bloga…

Stara, dobra, biznesowa prawda mówi, że im szybciej zapełnimy lukę w potrzebach konsumentów (tak – nasi czytelnicy, to nasi konsumenci), tym większa szansa na osiągnięcie sukcesu. Mam wrażenie, że wiele osób na fali entuzjazmu o tym zapomina. Blogerzy są już prawie na górze swoich wyników jeśli chodzi o liczby wyświetleń. Nie łudźmy się, że społeczeństwo porzuci portale horyzontalne czy serwisy WWW czołowych mediów. Poza tym firmy zaczynają tworzyć z sukcesami swoje media, tak jak na przykład Play czy PZU. Blogerzy dostali swój kawałek tortu i na talerzyku zostały już tylko okruchy…

Nikogo nie obchodzi co myślisz

W internecie jest tyle treści, że oprócz grupki Twoich znajomych i rodziny nikt nie będzie czytał Twoich wypocin. Zwłaszcza jeśli jest to forma pamiętnika, czy emocjonalnych wpisów na zasadzie to mi się podoba, a to nie. Taka treść nie ściągnie do Ciebie czytelników w liczbie gwarantującej Ci zarobek czy chociażby prezenty.

Nie pisz, jeśli nie jesteś ekspertem w jakiejś dziedzinie

Najpierw zdefiniujmy słowo ekspert. To osoba, która pół życia poświęciła na poznanie jakiejś dziedziny lub ćwiczenie pewnych umiejętności. Ekspertem nie jest natomiast ktoś kto pracuje w branży ledwo 2-3 lata i czyta serwisy zza „Wielkiej Kałuży”. To też nie jest wannabe kucharz, który nie skończył technikum kulinarnego albo dziewczynka losowo łącząca ciuchy z second handów.

Sam siebie też nie uważam za specjalistę czy eksperta w dziedzinie marketingu. Może za 5, ciężko przepracowanych lat, tak o sobie powiem zachowując czyste sumienie (więc po co pisze bloga ;-).

Nie będąc ekspertem w sumie nie masz za bardzo o czym pisać, a jeśli już coś naskrobiesz to nie będzie to miało jakiegokolwiek potwierdzenia w Twoich działaniach. Ot, takie „nie znam się to napiszę o tym na blogu”.

Daruj sobie jeśli Twoje życie polega na siedzeniu na dupie przed komputerem

Serio. Nie ważne czy piszesz, czy nie, liczy się aktywność, uczestniczenie w różnych wydarzeniach, spotykanie ludzi, uściski dłoni i wódka, którą z nimi wypijesz. Inaczej jesteś tylko smutnym i zakompleksionym człowieczkiem. Kominkowi się udało w ten sposób, ale na drugiego „piecyka” ludzie już się nie nabiorą. Zresztą on już pewien czas temu wstał od komputera i krąży po świecie zdobywając znajomych i materiał na kolejne wpisy.

Ludzie chcą historii od ciekawych osób, które podróżują, robią wiele rzeczy, a co najważniejsze inspirują ich do działania. Przykład? Jacek Gadzinowski ze swoim blogiem i kanałem na Youtube.

Nie dla potulnych misiów i skromnych myszek

Charakter i wyrazistość. To zdecydowanie pomaga, jeśli umiesz to przelać „papier” (wpis na blogu). Czytelnicy kochają osoby szczere, które nie owijają w bawełnę, osoby, które uderzają mocno i nie boją się konsekwencji. Taki jest Michał Górecki, on się nie boi, nie wstrzymuje. Dzięki temu ma swój styl, z którego jest znany.

Blog, trochę naginając rzeczywistość, jest zwierciadłem duszy, którą wystawiasz na publiczny osąd. Jeśli w Twoim zwierciadle czytelnicy zobaczą mgłę marazmu, rozmyte linie i chociażby piksel szarego koloru to pójdą obejrzeć dusze innej osób.

::

No i co? Dalej myślisz, że pisanie blogaska to fajna sprawa dla każdego? Że to takie łatwe i zaraz posypią się gifty i pieniążki? Figa z makiem kolego i koleżanko. Najpierw musisz ruszyć tyłek i zainwestować w siebie jako człowieka. Wypieprzaj z domu, zwiedź swoje miasto, swój kraj, spróbuj egzotycznych potraw, zacznij uprawiać regularnie sport. Inaczej ludzie będą mieli gdzieś Twoje wypociny :*

Zwłaszcza, że takich jak Ty są już dziesiątki tysięcy…

::
Photo: Stuart Miles

Blog Roku 2013

 

Już za miesiąc odbędzie się finał imprezy, która jest szansą dla wielu blogerów. Szansą na zaistnienie, pokazanie siebie czy zdobycie nowych znajomości. Jednak ma ona wielu przeciwników, którym nie podoba się system głosowania za pomocą SMSów na blogi w poszczególnych kategoriach. Im wszystkim mówię: jesteście śmieszni. 

Po pierwsze. Jest to dziewiąta edycja tej imprezy, więc gdy startowała, to większość z hejterów nawet nie wiedziała wtedy czym jest blog. Trochę pokory przed inicjatywą, która od lat wspiera polską blogosferę.

Po drugie. Co Was boli w głosowaniu za pomocą SMS? Zysk idzie na szczytny cel, a nie do kieszeni Onetu. Zdobycie największej liczby głosów nie gwarantuje wygranej ponieważ o niej decyduje jury. Ja to widzę w ten sposób: jeśli tworzysz wartościową treść, którą chętnie czytają Twoi czytelnicy to nie będą mieli problemu z wysłaniem raz do roku SMSa w ramach podziękowania za Twoją ciężką pracę. No chyba, że się boisz :P Głupio wyjdzie jak przy kilkudziesięciu tysiącach odwiedzin miesięcznie dostaniesz maksymalnie 5 głosów…

Jeśli w 2013 roku stworzyłeś wokół swojego bloga społeczność, która się żywo angażuje w Twoje treści to nie powinieneś się obawiać. I gwarantuję Ci, że zbierzesz więcej głosów niż osoby, które oszukują i sztucznie nabijają sobie głosy.

::

W sumie to cieszę się, że ci „najbardziej branżowi” wypięli się na Blog Roku. Dzięki temu zrobili miejsce dla innych. Powiew świeżości mile widziany.

::

Magazyn Brief, podobnie jak w zeszłym roku, objął patronatem imprezę. Cieszę się, że z redakcją będę miał możliwość wybrania jednego bloga i przyznania mu specjalnej nagrody. Mam nadzieję, że uda nam się odkopać jakąś perełkę :-)

Obiektywnie o #psbv

Do życia zostało powołane Polskie Stowarzyszenie Blogerów i Vlogerów (psbv.pl). Zgromadzenie założycielskie trwało blisko 5 godzin. Uczestniczyło w nim około 60 osób. Równocześnie przez branżowy internet przelało się tsunami hejtu. Pognany ciekawością postanowiłem również uczestniczyć w spotkaniu i stać się częścią wydarzenia zamiast napierdalać tweety z #psbv.

Dzięki temu realnie mogę powiedzieć coś więcej, podzielić się swoimi przemyśleniami. Wszystkie info na temat tego kto został kim w PSBV znajdziecie na ich fan page’u lub stronie. Warto odnotować, że w zarządzie nie znalazł się Maciej Budzich (mediafun.pl). Ba, nawet odmówił udziału w komisji etyki PSBV! Dlaczego? Być może doskonale zdaje sobie sprawę, że ostatnio stracił trochę w oczach blogosfery i występowanie w pierwszym rzędzie takiej inicjatywy nie wyjdzie nikomu na dobre. Inna sprawa, że razem z Iloną Patro są twórcami Galopującego Pancernika, który zajmuje się relacjami pomiędzy biznesem/markami a blogerami. Ilona zresztą też nie należy do zarządu PSBV, jej rola ogranicza się do pomocy w załatwianiu urzędowych spraw związanych z rejestracją stowarzyszenia w sądzie. No i była sekretarzem, który notował wszystko co działo się na zgromadzeniu założycielskim. Sprytne posunięcie i częściowe oddalenie posądzeń o wykorzystywanie stowarzyszenia w celach biznesowych.

Dużo emocji i dyskusji wzbudziło tworzenie statutu. Okazało się, że pierwotna wersja miała kilkanaście nieścisłości, które szybko zostały wyłapane przez uczestników. Zaowocowało to poprawkami, które zostały niemal jednogłośnie przegłosowane. Nie obyło się też bez dyskusji na temat definicji blogera. Jakub Górnicki, który czuwał nad przebiegiem zgromadzenia, dzielnie się bronił przed wprowadzeniem takiej definicji do statutu. Stanęło na tym, że zarząd stowarzyszenia został zobowiązany do zbierania materiałów i przygotowania takiej definicji. Sam również wypowiedziałem się za koniecznością jej istnienia. Rozśmieszył mnie głos przeciwko, który jako argumentu użył stwierdzenia, że np. rolnik nie ma swojej definicji, więc czemu takową powinien mieć bloger? Odpowiedź jest prosta: niemal każdy człowiek wie czym zajmuje się rolnik… Niestety w Polsce świadomość kim jest bloger, co robi i z czego żyje jest znikoma.

Moim zdaniem zdefiniowanie blogera i edukacja kim jest to najważniejsze zadanie PSBV na początku jego działalności.

Dzień wcześniej Kominek napisał o tym, że za stowarzyszeniem stoją osoby związane z markami i agencjami marketingowo-reklamowymi. Rzeczywiście, na początku padły imiona i nazwiska osób, które kibicują stowarzyszeniu i je wspierają. I koniec. Kwestia obecności/wpływu marek na stowarzyszenie nie była więcej poruszana w żaden sposób. Więc gdzie jest dla nich miejsce w PSBV? Otóż mamy kilka rodzajów członków, a jednym z nich jest „członek wspierający”. Według statutu nie musi nim być bloger, więc nie ma problemu aby był to przedstawiciel konkretnej marki albo innej instytucji (np. agencja).

Na koniec o pieniądzach. W pierwotnej wersji statutu był punkt o braku składek członkowskich. Podczas obrad zaproponowano, aby takowe były, chociażby symboliczne, z powodów czysto organizacyjnych. I ok. Na 10-20 PLN za rok nie mam nic przeciwko, jednak w miarę jedzenia rósł apetyt i rozważano składki w wysokości 50 lub 100 PLN (przeszła kwota 50 PLN). Obstawiam, że będzie to komentowane przez hejterów. Jednak Jakub Górnicki szybko zapowiedział, że wszelkie wyjazdy, delegacje itp. koszty będą pokrywali z własnej kieszeni, a składki zostaną przeznaczone na utrzymanie domeny, serwerów czy drukowanie materiałów na kolejne zgromadzenia.

Chyba jako jedyny nie głosowałem za przyjęciem statutu PSBV. Wstrzymałem się od głosu ponieważ moim zdaniem wymaga on jeszcze wielu godzin pracy. Nie czułbym się dobrze głosując na „tak”.

::

Podsumowując. Daję kredyt zaufania stowarzyszeniu. Nic mnie to nie kosztuje, a hejtowanie czegoś co jeszcze nie zaczęło działać jest po prostu słabe. Z miłą chęcią zaangażuje się w pracę w zespołach projektowych – mam pomysł na założenia koła tematycznego w obrębie stowarzyszenia.

Z drugiej strony rozumiem najczęściej powtarzany zarzut, czyli to, że celem PSBV jest promowanie wybranych osób lub blogów w celach biznesowych. Jednak obiecuję, że jeśli dojdzie do jakichkolwiek wątpliwości czy nadużyć, to nie będę miał skrupułów przed ich ujawnieniem. Będę zadawał pytania, prosił o wyjaśnienia komisję rewizyjną i zarząd stowarzyszenia. Podzielę się też wszystkim w mediach, którymi zarządzam.

Mam nadzieję, że PSBV będzie wypełniało założone cele i wykorzysta właściwie fakt bycia formalnym stowarzyszeniem.

Blogosfera 2014

Blogosfera 2014

Jaka będzie blogosfera w nadchodzącym roku? Jakie trendy będą dominowały? Sądzę, że „boom” obserwowaliśmy w mijającym roku. Dlatego też trendem numer jeden będzie profesjonalizacja osób piszących blogi w Polsce.


Dokona się ona w dwojaki sposób. Po pierwsze przez większą kulturę biznesową, po drugie przez znikanie małych blogów pisanych przez osoby, które niekoniecznie mają coś ciekawego do przekazania.
Przykładów tego, jakich ofert do blogerów nie wysyłać, jak reagować na rzekome kryzysy i tym podobnych sytuacji mieliśmy sporo. Jeśli to nie przyniesie pozytywnych skutków, to naprawdę może się okazać, że żyjemy w świecie idiotów i ignorantów.  No bo ile można popełniać te same błędy? Oczywiście znajdą się jakieś oszołomy, które będą chciały z MLM wskoczyć ze swoim optymizmem w blogosferę, ale sukcesu im nie wróżę.

Zmniejszy się liczba aktywnych blogerów

W końcu do dużej części dotrze, że nie chodzi tylko o to, żeby szczekać głośno. Przestanie im się chcieć walczyć o te parę tysięcy odwiedzin miesięcznie jak przez pół roku nie dostaną giftu na wyższym poziomie niż paczka wafelków za 5 PLN. Będzie też wąż w kieszeni, więc na swojego blogaska nie wydadzą pieniędzy. No i Facebook, który upierdolił zasięgi… Oczywiście nie wszyscy od tego ucierpią, ale duża część popłacze się nad swoimi statystykami.

Do serwisu wstąp!

Wielu dokona chłodnej kalkulacji i wybierze pracę w jakiejś redakcji mniej lub bardziej znanego serwisu. Przynajmniej będą mogli liczyć na stałą wypłatę co miesiąc. No bo jaki zawód zyskujemy dzięki blogowaniu? Teoretyka szczekacza? Mistrza samolansu? Jedyne na co możemy liczyć to właśnie praca w serwisie, którego tematyka jest zbieżna z naszą działką.
Oczywiście nie stanie się to raczej w przypadku blogerów z dużymi zasięgami. Z bardzo prostej przyczyny – nikt im nie zapłaci więcej niż mają. Poza tym autonomia i niezależność to przywilej, który nie jest tani.

Zjednocz się albo zgiń.

Bloger jest subiektywny, bloger więcej może… Nieprawda. Ma mniejsze zaplecze i zasoby niż redakcja. Przy przekroczeniu pewnego progu nie ma bata, żeby utrzymać treść na wysokim poziomie i jednocześnie ogarniać sprawy biznesowe wokół bloga. Nie wspominając już o dotarciu do szerszego grona czytelników.
Dziwi mnie dlaczego 3 główne blogerki modowe nie połączą sił i nie stworzą jednego serwisu. Przecież miałby wtedy szansę na wejście do tabel Gemiusa na wysokim miejscu. Z samych afiliacji i display’u zarabiałyby kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie do podziału plus gifty i akcje specjalne.
Technologiczni to ogarnęli i raczej mają się dobrze.

Schemat jest prosty – więcej wpisów to więcej odwiedzin. Więcej odwiedzin to większy zarobek. No ale nie rozdwoimy się przecież! Dlatego też spodziewam się, że niektórzy blogerzy i blogerki postanowią połączyć siły pod jednym URLem. W sumie to mam taką nadzieję, mniejszy bajzel w RSS. Wyobrażacie sobie sytuację, w której Opydo pisze u Kominka? ;-) Zobaczymy kogo przywiązanie do własnego nazwiska pociągnie na dno…

Śmierć copy-pastów

W 2014 roku trzeba będzie tworzyć wyjątkowe treści. Słodkie pierdzenie, które jest zlepkiem pierdzenia innych blogerów tyłka już nie uratuje. Dobry wpis będzie się opierał nie tylko na rzetelnej i sprawdzonej wiedzy, wykazaniem się ponadprzeciętnymi umiejętnościami ale również na unikatowym komentarzu i analizie faktów. Skończy się wrzucanie luźno ze sobą związanych przemyśleń. Czytelnicy nie będą mieli czasu na czytanie takich bzdetów, będą żądali konkretów.
Zwycięsko z tej batalii wyjdą ci blogerzy, którzy postawią na swój rozwój, zdobywanie wiedzy. Na przykład kulinarni pójdą do szkół albo na kursy, modowi również, marketingowi wezmą się całościowo za digital a nie tylko będą się masturbować przy social media.

Spik in inglisz

W końcu któryś z blogerów wyjdzie poza granice kraju. Pierwszą jaskółką jest Wardęga, którego staty na Youtubie dostały niezłego kopa po dostaniu się filmu z Gandalfem na Mashable (przebił Niekrytego i ma najwięcej subów w Polsce). No ale poza „You shall not pass” za dużo angielskiego to nie uraczymy w jego filmach. Dlatego pewnie jest mu łatwiej. Obstawiam, że jako pierwsze za ocean dotrą blogi technologiczne i marketingowe.

::

Mam nadzieję, że za rok lub dwa jednym z takich blogów/serwisów będzie właśnie Why so social. Tak, wiem – karkołomny cel sobie postawiłem. Jednak pokorne pisanie na zasadzie „a może ktoś z Facebooka przeczyta”, nie wróży nikomu świetlanej przyszłości.
Wykorzystując wolny czas w święta spiszę harmonogram i wstępny plan rozwoju Why so social. Jednak już teraz zapraszam do kontaktu osoby, które zechcą tworzyć trzon redakcyjny nowego, polskiego Mashable ;-)

::

Wesołych lajków i udostępnień :*

#darylosu a blogerzy

Znowu wybuchła aferka z blogerami w tle, więc skorzystam z tego, aby przed końcem roku nabić sobie odwiedzin. Podobnie zresztą jak Newsweek, który ją wywołał… A tak na poważnie to mamy święta i kurierzy mają pełne ręce roboty – zwłaszcza w czasach mody na #darylosu. Skąd ona się bierze?


Są tego dwa powody. Pierwszy to nic innego jak chęć manipulacji. Świadomej lub nie, ale jednak, ponieważ dawanie jest jedną z jej najskuteczniejszych form. Otrzymując prezent większość z nas odczuwa chęć rewanżu, czyli zrobienia czegoś dobrego osobie, od której ów prezent otrzymaliśmy. Objawia się to przez większą szansę spełnienia prośby (reguła wzajemności) lub wyrażenia pozytywnej opinii.

Drugi to wykorzystanie potencjału mediów społecznościowych do wygenerowania zasięgu. Takie kupowanie odsłon obarczone ryzykiem, że ktoś nie wrzuci fotki na Facebooka i Instagram. Bloger jest medium, któremu mocniej ufają internauci, dlatego też tysiąc odsłon kosztuje więcej niż 20-30 pln. Chłodna kalkulacja nakazuje blogerowi z zasięgiem 10 tys. wysłać #darlosu za 200-300 pln, bo to się po prostu zwróci.

::

#darylosu istniały na długo przed blogerami – oni je tylko nazwali. Wszelkiego rodzaju gifty były i są domeną osób wpływowych takich jak dziennikarze i celebryci. W przypadku tych drugich intencje wysyłek są aż nadto oczywiste. Trochę inaczej wygląda to w przypadku dziennikarzy, którzy bardzo często mają problem z rzeczami o dużej wartości, które przywozi 23 grudnia styrany kurier. Dziennikarz ma być podobno (ostatnio to się zmienia) obiektywny, więc powinien być wolny od wszelkiego rodzaju wpływów i manipulacji. A blogerzy? Słyszałem tylko o jednej blogerce, która odsyła gifty. Reszta z ich powodu cieszy się jak dzieci, aż im się uszy trzęsą…

::

Wielu przedstawicieli blogosfery obruszyło się z powodu publikacji Newsweeka (która po kilku godzinach została zdjęta ze strony WWW). Te kilka zrzutów ekranu pokazujących radość blogerów z powodu #darówlosu może mieć brzemienne w skutkach konsekwencje. Dlaczego? Ponieważ mogą oni być traktowani jak dzieci, które cieszą się ze wszystkiego: wafelka, świątecznej kartki, butelki alkoholu. Czy to jest pro? Raczej nie…

Jeśli zachowujemy się jak dzieci, nie dziwmy się, że tak też jesteśmy traktowani. Niestety nie mogę się oprzeć wrażeniu, że większość blogosfery czuje bardzo dużą potrzebę bycia dostrzeżonym, wybranym, ucałowanym i utulonym. Zupełnie jak… dzieci.

::

O instytucję #darówlosu wypytałem przy okazji Mikołaja Nowaka, czyli naczelnego komentatora zachowań ludzkich i blogerskich.

Co sądzisz o prezentach dużej wartości (telefony, zegarki) wysyłanych blogerom? Jak myślisz – czego oczekuje marka wysyłająca taki prezent?

Marka oczekuje darmowej reklamy – to proste. Prezent za prezent – takie zasady obowiązują dziś i pamiętaj, że to działanie perspektywiczne w kontekście budowania relacji z postaciami mającymi wpływ (Blogerzy) na swoje ogromne społeczności.
Z drugiej strony po co Bloger miałby później nawiązywać oficjalną współpracę z marką, która go wcześniej obdarowywała? Trochę overkill w każdą stronę, ale szerszej wyjaśnię to w tekście niżej. Rozpieszczanie top Blogerów na dłuższą metę nie ma sensu i szkodzi ich wizerunkowi tworząc wokół nich aurę łasych na podarki rączek. Ale nie ma nic za darmo…

Artur, obdarowywanie ma różne oblicza – pozytywne i negatywne. Chęć sprawienia przyjemności, łapówkarstwo, czy przekupstwo. W przypadku omawianego przez nas tematu chodzi o przekupstwo. Czy jako Bloger – osoba mająca wpływ na czytelników i tworząca jakość – chciałbyś być kojarzony z tak pejoratywnymi sformułowaniami?
Uważam, że Blogerów otrzymujących te prezenty po prostu na nie stać – nie muszą ich przyjmować, bo mogą je sobie kupić. Natomiast samo dawanie – szczególnie przed świętami – kiedy tyle trąbi się o akcjach charytatywnych oraz innych formach pomocy potrzebującym – o to chodzi i to drażni innych. Oczywistym jest fakt, że dawanie prezentów Blogerom jest obligatoryjne. A może to zwykła współpraca zabarwiona, by zamaskować komercyjny charakter? Pamiętaj, że większość blogów wypłynęła na niesamowitej autentyczności i szczerości twórców – komercja może atuty te podważyć, a słowo „prezent” wzbudza same pozytywne skojarzenia.
Przecież, kto daje jest szczodry, więc marka nie dość, że się promuje to jeszcze dba o PR. Te wszystkie #darylosu należy też rozpatrywać w szerszym aspekcie, a dokładniej przez pryzmat zazdrości, jaką generują. To przekłada się na buzz wokół marki i obdarowanego. Stąd ostatnia akcja z wkręcaniem czytelników (a raczej branży) w rzekome prezenty od Apple. Być może była to forma wyszydzenia tego całego procederu zwanego #darylosu? Ale Blogerzy szydzą z Blogerów? W kraju, w którym politycy szydzą z polityków, nikogo to nie powinno dziwić.
Dziś Instagram pokazał mi tylko kilka giftów jakie Maffashion otrzymała od wielu marek; Blogerka modowa zebrała wszystkie na jednym planie i zrobiła zdjęcie, które potem udostępniła na @maffashion_official via Instagram. Wątpię, aby był to element współpracy reklamowej, bo raczej Nike nie chciałby występować w jednej scenerii z Aldo, Spritem, itd., a Maff zagrała sprytnie – zrobiła wszystkim prezentom jedno zdjęcie i pozamiatała. Natomiast śmieszy mnie lansowanie się giftami niskobudżetowymi takimi jak gadżety promocyjne, o które ludzie chętnie bili się w różnych konkursach na Facebooku, czy kiedyś na Gronie. Jednak Bloger docenia gest; docenia to, że zainteresował się nim podmiot mający wpływ na innych w ujęciu masowym. To może oznaczać wyróżnienie, ale chciałbyś być wyróżniony batonikiem, smyczką i kubkiem? Ja bym się obraził ;) Z drugiej strony – obiektywnie rzeczy biorąc – od czegoś trzeba zacząć jeżeli już chce się być Blogerem obdarowywanym prezentami za swoją działalność.
Na szczęście są jeszcze Blogerzy, dla których największym prezentem – i to przez cały rok – pozostaje zaangażowanie ich czytelników w treści, które im dostarczają.

Czy zgadzasz się ze stwierdzeniem, że tego typu prezenty to forma manipulacji?

W grę wchodzi spryt i to, w jaki sposób marka jest w stanie zadowolić Blogera, by via jego połechtane ego dostać się do jego publiczności. To trochę omijanie typowo reklamowej rzeczywistości i wątpię, aby Blogerzy otrzymujący kosztowne prezenty byli na tyle głupi, że ulegaliby próbom przekupienia ich. W przypadku otrzymania kosztownego prezentu odesłałbym go i poprosił o współpracę. To byłaby dla mnie realna korzyść. Sam prezent to próba ominięcia oficjalnej współpracy, która przekłada się na moje realne zdolności biznesowe. Zatem jeżeli Bloger publikuje zdjęcie kosztownego prezentu tuż po otrzymaniu go to znaczy, że poniekąd dał się zmanipulować. Jednak energię tę można odwrócić i tu przykładem dobrego zachowania jest wg mnie Maffashion, która wrzuciła wszystko do jednego worka, wymieszała i pokazała swojej publice. I teraz pytanie – kto na kim zagrał?

Co dostał Mikołaj Nowak?

W swoim życiu byłem wynagradzany na przykład za szczególne osiągnięcia w pracy. Zdarzyło mi się dostawać jakieś zdobycze techniki natomiast nie przeszło mi przez myśl, aby się nimi chwalić na moich profilach. Jednak różnica między mną, a Blogerami jest taka, że ja nie nawiązuję współpracy reklamowej. Oni mają znacznie szerszy zasięg. Otrzymałem kiedyś propozycję od międzynarodowej firmy, że w zamian za wynagrodzenie miałbym zachwalać ich produkt na moim prywatnym profilu. Odmówiłem. To byłoby zwyczajnie nie fair w stosunku do osób, które mnie obserwują, bo ja tego produktu nie czułem i nie miałem ochoty go używać. To dość naturalna reakcja. Jestem wdzięczny ludziom obserwującym mnie za to, że poświęcają swój czas moim treściom i dlatego nie chcę im dawać tego, za co tylko ja dostałem korzyści. Nie lubię imputować w ten sposób co jest fajne, a co nie.

::

EDIT: 22 grudnia 2013

Cała sprawa z artykułem na Newsweeku wymaga sprostowania. Zamieszczam zatem komentarz Marcina Perfuńskiego, który rzuca nowe światło na całą sprawę:

„Przy całej słuszności Waszych obserwacji dotyczących zjawiska #darylosu pominęliście kilka istotnych faktów z „aferki” z Newsweekem:
- wśród 10 screenów w tamtym artykule (a właściwie galerii) tylko 4 pochodziły z fan page’y. Reszta to były PROFILE PRYWATNE (to był, moim zdaniem, główny powód zdjęcia tekstu przez Newsweek). Jak już pisałem u siebie: „Na fan page’u JESTEM blogerem, na profilu prywatnym jestem NIE TYLKO blogerem”;
- jedna osoba pokazała czekolady, które sobie KUPIŁA, a przecież tematem tekstu miał być blogerski lans za #darylosu;
- ja pokazałem prezent, który otrzymałem od Monolith Video jako pracownik Edipresse Polska, a nie bloger. Wtedy nie byłem tego pewny (dlatego wrzuciłem foto prywatnie, a nie na fan page’a), ale teraz mogę to potwierdzić oficjalnie – to nie był gift dla blogera.
- jeden z blogerów dostał prezent urodzinowy, a nie świąteczny, a to o świątecznych giftach miał traktować artykuł;
- no i tekst zawierał błędy merytoryczne, np. blog był nazywany portalem.
Newsweek zachował się w porządku i szybko usunął wadliwy materiał. IMHO sytuacja z nimi jest już czysta.”

Jednak czy usunięcie artykułu pomoże? Raczej jeszcze bardziej może zaszkodzić. Moim zdaniem Newsweek powinien zostawić galerię (bo artykułem tego nazywać nie wypada) i zamieścić przy nim odpowiednie sprostowanie. W obecnej sytuacji setki, jak nie tysiące osób, wyrobiły sobie, zapewne niezbyt przychylną, opinię na temat blogerów. Szkoda została poczyniona. Obowiązkiem tak znanego tytułu jak Newsweek powinno być wyprowadzenie Czytelników z błędu, a nie odcięcie od informacji.

Przy okazji, warto się zastanowić, czy w tej sytuacji nie wchodzi w grę prawo prasowe, które wręcz nakłada obowiązek na wydawców emitowania, drukowania sprostowań pod groźbą kary finansowej lub ograniczenia wolności.

#BFGdansk oczami hejtera

Pojechałem, zobaczyłem a teraz się powymądrzam. Nie ukrywam, że byłem ciekaw owianego legendą spędu blogerów. Jednak nie obiecywałem sobie też zbyt dużo i dzięki temu nie czuję się zawiedziony.

Pierwsze co muszę napisać to gratulacje dla organizatorów całego wydarzenia. Z mojej perspektywy wszystko przebiegło sprawnie i płynnie. Wiem doskonale jak organizacja dwudniowej konferencji może dać człowiekowi po dupie. Zdaję sobie sprawę z ogromu pracy włożonej w to, aby taka impreza się odbyła. Wielkie #propsy

Miło było jechać Polskim Busem z wesołą ekipą (momentami zbyt wesołą ;-). Fajnie też ubrać się przez pomyłkę w płaszcz i czapkę Piotra Waglowskiego na biforze. Zostałem też ochrzczony „najlepszym skrzydłowym”. Coś tam w pamięci zostanie, będzie co wspominać przy kolejnym branżowym spotkaniu.

Ale nic poza tym niestety.

Momentami wybitnie się nudziłem, zwłaszcza na panelach dyskusyjnych, które nie były najwyższych lotów. W większości słodkie pierdzenie #tesamegeby #tasamagadka. Sytuację ratowali prowadzący, czyli Lekko Stronniczy duet. Blogerów-prezenterów pokonał zdecydowanie Jurek Owsiak, który dostał owację na stojąco.

Najpierw czyny, potem sociale - to powinna być najważniejsza nauka z prezentacji Jurka dla blogosfery.

Dobrą prezentację miała Kasia z natemat.pl, która w żołnierskich słowach skarciła standardowe zagrywki zapatrzonej w siebie blogosfery. No i wspomniała o warsztatach Brief dotyczących współpracy marek z blogerami, a w których niedawno uczestniczyła <3

Na koniec dobrą bekę zafundował Krzysztof Kanciarz. WOW. Śmiechłem zacnie. No ale na tych trzech materiałach poprzestanę. Wszystkie prelekcje możecie zobaczyć na oficjalnym kanale Blog Forum Gdańsk na YT. Gratki ponownie dla organizatorów za to, że postarali się nie tylko o szybkie wrzucenie materiałów do sieci, ale z całego BFG była prowadzona relacja na żywo.

Na koniec przyznano nagrody w kilku kategoriach. W sumie nic specjalnego.

Szacunek dla Jacka Kotarbińskiego, który zebrał ekipę i ruszył po imprezie zapalić znicz pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców. Cieszę się, że mogłem też poddać się chwile zadumy w tak ważnym dla polskiej historii miejscu.

::

Co Gdańsk ma z tej imprezy?

Zjechało około 300 blogerów z zasięgami, porobili zdjęć na fejsie, hipstergramie, potagowali się wzajemnie, hash sypał się gęsto. Jakieś tam zasięgi w Polskę poszły. Zostawili też trochę grosza na mieście. Wiem, że nie powinno się wizerunku przeliczać na złotówki, ale… wynajęcie klubu, hotel z czterema gwiazdkami, katering, after – poszły na to spore pieniądze! Pieniądze, za które można byłoby coś ogarnąć dla mieszkańców Gdańska. Przecież blogerem jest każdy, również mieszkaniec miasta, który wrzuca do kanałów społecznościowych informację o renowacji kamienicy, nabrzeża czy posadzeniu nowych drzewek w parku.

Na powyżej postawione pytanie będę się starał uzyskać odpowiedź od Pawła Adamowicza, prezydenta Gdańska.

::

Idole blogosfery powoli upadają. Coraz wyraźniej widać, że ryba psuje się od głowy… może dlatego Gdańsk jest tak dobry dla blogerów.

::

Jako bonus wrzucam krótką rozmowę z szafiarkiem z Torunia.

Lidl i vlogerzy – case study

Mistrzostwa vlogerów Kuchnia Lidla

„Kuchnia Lidla”, nagrodzona przez magazyn „Brief” „Projektem komunikacji marketingowej 2013″ (nagrodzona została również „Stacja Mercedes”), postanowiła zaangażować popularnych vlogerów do promocji swojej oferty. Dla wielu osób z branży nie brzmi to super odkrywczo… Jednak gdy rozłożymy całość na części pierwsze to wychodzi nam konkretny case study, który skutecznie realizuje właściwie określone cele.

Za całą akcję Lidlowi należą się wysokie oceny. Dlaczego?

Po pierwsze pomysł. Otóż twórcy „Lekko stronniczego„, „Polimatów TV„, „Mediafuna„, „Kotlet TV„, „Adbustera” i „Radzka radzi” biorą udział  w pojedynkach, w których testują wina i próbują zgadnąć ich cenę. Pojedynki odbywają się na zasadzie każdy z każdym. Wszystko pod hasłem „Mistrzostw vlogerów”. Dzięki takiemu rozwiązaniu ciężko oskarżyć uczestników o „sprzedawanie się”, bo tak na dobrą sprawę nie zachwalają żadnego z produktów. Lidlowi wystarczy, że dobrze się bawią.

Po drugie umiejętne wplecenie w całą zabawę produktu, bez natrętnego szczucia logotypem. Strzałem w dziesiątkę jest skupienie się wyłącznie na produktach jednej kategorii. Wino w Polsce ma szeroką grupę odbiorców, niemal każdy je pije od czasu do czasu (no może poza abstynentami). Przy okazji Lidl pokazuje swoją ofertę, która ku zaskoczeniu wielu osób, nie ogranicza się wyłącznie do trunków poniżej 20 złotych za butelkę.

Po trzecie wiedza. Prowadzący „Mistrzostwa vlogerów” to Michał Jancik, doświadczony sommalier. Dzięki temu poniekąd dowiadujemy się o każdym winie czegoś więcej niż tylko jego kolor i cena.

Wszystkie wymienione powyżej plusy prowadzą zapewne do jednego celu jakim jest zmiana postrzegania Lidla wśród świadomych konsumentów. Takimi są niewątpliwie fani vlogerów zaangażowanych w „Kuchnię Lidla”. Lidl nie chce być już dyskontem. Przedstawienie oferty win w cenach od 20 do 119 złotych jest bardzo dobrym krokiem żeby to pokazać.

Wiele osób narzeka na skomplikowany proces rejestracji i logowania się do strony z filmami. Boże jak te osoby mało wiedzą o marketingu w internecie! Rejestracja przez Facebook connect trwa parę sekund. Należy wyrazić zgodę na cztery podstawowe rzeczy, takie jak na przykład śledzenie ruchu użytkownika na stronie w celu poprawienia jej jakości. W sumie tej zgody nawet nie musieli zamieszczać… Najlepsze jest to, że nie ma obowiązku zgody na przesyłanie newslettera, aby się zarejestrować.

Zgody przy rejestracji do „Mistrzostw vlogerów”

Lidl postępuje bardzo mądrze. Woli mieć mniejszy wolumen ruchu na stronie, ale za to lepiej zidentyfikowany. Jeśli zależałoby mu na wyświetleniach to puścił by kampanię display na dużych serwisach albo w jakiejś sieci afiliacyjnej. Obecnie najbardziej pożądanym towarem w internecie są dane konsumentów – w końcu wchodzimy w erę „big data is big”. I takie właśnie dane Lidl zbiera, ponieważ może je później wykorzystać ponownie. W przeciwieństwie do odwiedzin, które tak na dobrą sprawę nic nie dają oprócz tego, że ładnie wyglądają w raporcie. Z miłą chęcią przyjrzę się statystykom strony po zakończeniu akcji.

A jak Wam się podobają „Mistrzostwa vlogerów”?
Macie swojego faworyta?
Piszcie w komentarzach!

PS. Jedziesz Radek po zwycięstwo! ;-)

Jak krew w piach k…. ..ć

Uwaga: wpis zawiera lokowanie wiązanek – niekoniecznie florystycznych. Jeśli masz mi później je wytykać w komentarzach to idź sobie drogi Czytelniku na stronę z historiami o teletubisiach.

Dopiero co, bo 19 września, Brief przeprowadził debatę na temat różnic pomiędzy dziennikarzami a blogerami. Parę dni później, w przeciągu kilku godzin spadają dwie bomby: jedna na dziennikarstwo, druga na blogerów. I niech mi znowu jakiś cwaniak, media specialist wannabe z podrzędnej agencji interaktywnej powie, że debaty nie są potrzebne…

Bomba pierwsza. Tomasz Lis z natemat.pl reklamuje we wpisie napój Powerade oraz siłownie, w której przygotowuje się do maratonu.

Bomba druga. Rada Etyki PR uznaje antyweb.pl za portal, a nie blog. W związku z tym Marcin M. Drews zostaje uznany za dziennikarza, a nie blogera. Co więcej twierdzi, że nie wolno łączyć pracy PR managera z dziennikarzem.

Niby dwie odmienne sytuacje, ale moim zdaniem mają wyraźny punkt styczny – chęć zrzucenia z siebie odpowiedzialności i zagwarantowanie sobie miejsca na luźne działania. Działania, które będą się wiązały z finansową gratyfikacją. I tak na dobrą sprawę bardziej wkurzają mnie opinie osób, które obserwują i, co gorsza, komentują obie sytuacje. W sumie gówno wiedzą o motywacji i celach jakie ma przed sobą Lis czy Drews, ale każdy może pierdolić swoje głupoty w web 2.0, takie czasy, taka koncepcja i takie predyspozycje.

Uśredniając wszystkie opinie internautów na temat obu „bomb” wychodzi na to, że większość jest negatywnych. Cięgi zbiera Tomasz Lis, obrywa się natemat.pl za wciskanie kitu z „reklamą natywną”. Marcin Drews też dostaje rykoszetem i są wyciągane jego „brudy”. Jednak w jego przypadku uderza mnie szczególnie jedna rzecz – wypieranie się dziennikarstwa. Cytuję:

W biogramie zawarta jest też informacja, że korzystam z praw blogera i jestem w swych materiałach świadomie subiektywny. Intrygujące jest to, że inni blogerzy (casus: Kominek) nie mają z tym problemu. Co więcej, firmy zakładają własne komercyjne blogi, prowadzone przez PR Managerów. Praktyka znana i często stosowana, a jednak REPR jakoś nie widzi w niej problemu„.

Ok. To ja idę na ulicę komuś przeszczepić nerkę, a jak mi się nie uda to będę się tłumaczył, że nie jestem chirurgiem. Poza tym inni nie-chirurdzy też robią takie operacje, więc czemu przypierdalacie się do mnie?

Tłumaczenie dziecka z piaskownicy a nie dorosłego człowieka. Panie Marcinie – tak boli dupa, że ktoś wymaga od Pana obiektywności i rzetelności? Śmieszą mnie jednocześnie głosy broniące Pana Marcina, zwłaszcza pochodzące od innych blogerów. Chyba też się boją…

Wracając do sytuacji z Tomaszem Lisem. On przynajmniej zarobił na całej sytuacji. Nie dość, że gaża od producenta napoju wpadła, to jeszcze dodatkowe wyświetlenia natemat.pl parę złotych wyklikały. Nad etyką dziennikarską i reklamowaniem produktów przez dziennikarzy nie będę się rozwodził. Mam swoje zdanie na ten temat, ale pozwólcie, że zachowam je dla siebie. Dlaczego? Bo nie o tym ten wpis jest.

Największym zwycięzcą jest Powerade. Niczym Poncjusz Piłat umył swoje dłonie, bo oczywiście internauci rzucą się na Tomasza Lisa. Jednak w monitoringu mediów zanotowany zostanie znaczny skok liczby wzmianek na jego temat…

Wracając do motywacji, która pchnęła mnie do napisania tego chaotycznego kłębka przemyśleń – boli mnie to, że dwie powyższe sytuacje podkopują autorytet zarówno dziennikarzy jak i blogerów. Słusznie czy nie, ale smrodek zostaje. Jestem zwolennikiem dobrej treści, pisanej przez profesjonalistów. Wiem też ile potrzeba wysiłku i umiejętności aby takową stworzyć. Dlatego jest mi trochę wstyd za ten kierowany emocjami wpis.

No ale jestem u siebie na blogu, gdzie nie jestem dziennikarzem, więc się ode mnie odpie… tralalala.