Od blogera do celebryty

Coraz bardziej interesuje mnie zjawisko celebryctwa w internecie, które jest ściśle związane z blogosferą. Niczym Wiliam Graham z „Hannibala” wszedłem w skórę „typowego blogera”, który jest o krok od sławy, aby poczuć co czuje, czego pragnie i co go motywuje.

Wiem, wiem – miałem nie pisać o blogerach. Znowu wyjdę na hipokrytę, no ale wyświetlenia i unikalni odwiedzający na ulicy nie leżą. 

Aby nadać znamiona uporządkowania, przedstawię argumenty w punktach, w postaci przemyśleń, które są wynikiem dyskusji z kilkoma osobami z „branży”. Te osoby nie kupują konceptu celebryctwa pochodzącego z bloga. Same mają bardzo duże doświadczenie zawodowe, co przekłada się na ich trzeźwy i racjonalny osąd.

Czyny, nie słowa.

Stara jak świat prawda. Warto od niej zacząć wszelkie rozważania na temat ewentualnego awansu z blogera na celebrytę. Sławę, uznanie i szacunek ludzi ulicy zyskujemy konkretnymi czynami, które są przejawem naszej inteligencji, wytrwałości, sprytu czy jakiejkolwiek innej cechy charakteru lub umiejętności. Pisanie bloga to nie czyn, tylko w większości przypadków zwykłe pieprzenie. Wybaczcie, ale postawić blog na Blogspocie lub WordPressie to nie jest przysłowiowe „rocket science” i nie wymaga specjalistycznej wiedzy i umiejętności. To samo z pisaniem – każdy w liceum pisał opowiadania, więc na bloga też coś trzaśnie.

Czynem jest zrobienie kilkudziesięciu kampanii w ciągu paru lat dla różnych marek, gdzie budżety miały przynajmniej sześć cyfr. Czynem jest wieloletnia praca w topowej restauracji jako szef kuchni. Czynem jest zaprojektowanie kilku kolekcji ubrań, które będą na tyle dobre, że doczekają się prezentacji na wybiegu. A teraz te czyny przyłóżcie do topowych blogów w Polsce i zobaczycie, że 3/4 z nich opiera się na pieprzeniu… Szkoda tylko, że JESZCZE przeciętny Kowalski myśli, że „skoro ktoś pisze to pewnie wie o czym” i czyta to pierdolenie jak prawdy objawione.

Karierę to się robi offline

Niestety – trzeba wyjść do ludzi i z nimi rozmawiać. Trzeba budować relacje, poznawać NOWYCH ludzi, którzy niekoniecznie gotują się w tym samym sosie co my. Internet nie zwalnia nas z obowiązku posiadania umiejętności komunikacji „face 2 face” (F2F) na poziomie przynajmniej średnio zaawansowanym.

Nawet, żeby dostać się do jakiegoś reality show w TV trzeba przejść casting i być lepszym, ciekawszym niż kilka tysięcy innych chętnych. Już nie wspomnę o wszystkich programach typu „Master Chef” gdzie uczestnicy to wykwalifikowani kucharze z charakterem i konkretną osobowością (porównanie do blogerów kulinarnych niezamierzone). Później idą takie blogery do popularnego talk-show i są zjadane przez prowadzącego na śniadanie.

Motyw (William Graham core)

Większość z nas chce czuć się ważnym i docenianym. Media społecznościowe dają nam złudną szansę na spełnienie tych potrzeb. Dlaczego złudną? Bo dają drogę na skróty. Nasz wpis czy wideo w ciągu kilku godzin może trafić do tysięcy odbiorców. Bez social media musielibyśmy biegać i spotykać się z ludźmi, sprzedawać siebie, nawiązywać relacje F2F. Wymagałoby to od nas olbrzymiego wysiłku oraz poświęconego czasu. Siedząc na dupie przed komputerem jest nam wygodnie, czujemy się bezpiecznie.

No ale nawet siedząc na tej dupie musimy opłacić prąd, jeść i podążać za high life trendami. Gdzieś się utarło, że ludzie znani to śpią na pieniądzach, niczym Lannisterowie z „Gry o Tron” wręcz srają złotem. Więc jeśli będę znany (czyt. <50k odwiedzających blog miesięcznie), będę miał hajs. Nic bardziej mylnego. Albo nie wiesz co to jest prawdziwy hajs. Zarabiają go ludzie, którzy mają umiejętności lub są na tyle ogarnięci, że to oni kreują celebrytów. Ale spoko, na iPhone’a 5 starczy. Na dwie wizyty w popularnej burgerowni też żeby jebnąć foodporn na Instagram.

Vlog is the way

Bez dwóch zdań do celebryctwa najbliżej jest vlogerom. Jenna Marbles dzięki vlogowi weszła w świat telewizji, jest zapraszana na imprezy z wyższej półki. Nic dziwnego: 10,5 mln. subskrybentów i 1,22 mld. wyświetleń na YouTube. Całe szczęście polska vlogosfera też jakoś trzyma poziom. Z racji wykonywanego zawodu chodzę na konferencje i prezentacje celebrytów do TVN, TVP czy Polsatu. Może jestem ślepy, ale jedynym blogerem jakiego widziałem na takich imprezach był Łukasz z 20m2.

Vlogerzy mają przewagę nad blogerami, i to nie jedną. Po pierwsze muszą się wykazać pewnymi umiejętnościami. Nagranie dynamicznego, ciekawego, kilkuminutowego materiału nie jest rzeczą łatwą (lub jak ktoś woli wymaga większego nakładu pracy niż pierdolnięcie paru zdań na blogasku). Po drugie pokazują całego siebie, swoją ludzką stronę. Widzimy ich uśmiechnięte gęby i od razu również i my się uśmiechamy. Mimo, że jest to relacja online, mamy przynajmniej namiastkę F2F. Kupujemy to co mówią, jak mówią, jak wyglądają, jak się zachowują. Poza tym żyjemy w złudnym przeświadczeniu, że kłamstwo i obłudę jesteśmy w stanie rozpoznać zarówno rozmawiając z kimś jak i oglądając jego wideo.

Szczerze to mam zaciesz jak #branża jara się Vine czy możliwością nagrywania wideo na Instagram i chce z tego robić vlogi – kolejny przejaw lenistwa i bylejakości. Tak, czy inaczej, trzymam mocno kciuki za polskich vlogerów (Polimaty, Abstrachuje) i czekam na jakiś konkret w języku angielskim.

Spojrzenie w głąb siebie (again William Graham core)

Zaraz się pewnie zacznie w komentarzach, że „ledwo tysiąc wyświetleń ma i się rzuca na lepszych nieudacznik” i tak dalej. No niestety, ale ja w „wyścigu blogerów” nie startuje. To co piszę, robię raczej dla siebie, lub jako coś w rodzaju portfolio. Spełnienie i ewentualny sukces planuję osiągnąć krocząc drogą cierniową. Po drodze już nie raz mnie oszukano czy olano, pewnie jeszcze to się powtórzy. No cóż, życie. Ale dobry dom musi mieć solidne fundamenty, przy których budowaniu trzeba się mocno narobić.

Fajnie się pocieszam i usprawiedliwiam, że nie jestem drugim Kominkiem, co? ;-)

Kominek wypie…. mnie w obie dziurki.

Wczoraj ponownie zawiodłem się na guru polskiej blogosfery. Wszystko zaczęło się od tekstu na temat słabo przygotowanej oferty współpracy dla blogerki. Oczywiście cały mail z ofertą, z podaniem nazwy marki oferującej współpracę trafił do Kominka. Postanowiłem zabrać w tej sprawie głos i zamieściłem komentarz następującej treści…

„Najlepsze jest to, że dyskutują o tym w komentarzach osoby, które mają problem ze złożeniem poprawnego zdania. To tak jakby czytać komentarze aptekarzy na temat marketingu…

Śmieszy mnie też wyciąganie takich tematów. Pomijam fakt, że jest to brak profesjonalizmu ze strony „wyciągającego”. Dostajesz taką propozycję? Nie pasuje? Odrzucasz i wracasz do swoich obowiązków a nie płaczesz „po internetach”. Żal.

Co do samej oferty od sklepu – źle napisana, nie profesjonalna, nie uwzględniająca specyfiki blogera, masowa wysyłka.”

Jak na moje możliwości i tak należy ten komentarz uznać za łagodny ;-) Ba! Nawet zgodziłem się z Kominkiem co do jakości wysłanej oferty. Potem zobaczyłem, że komentarze przed zamieszczeniem podlegają moderacji, więc z przymrużeniem oka puściłem w szeroki świat tweeta.

Wracając do kwestii moderacji komentarzy – w mojej opinii jest to złamanie zasady mediów społecznościowych. Standardem powinna być komunikacja post factum. Wiadomo, treści obrzydliwe, naruszające godność i tak dalej powinny być usuwane. Ale to jest moje zdanie i nie chcę się rozwodzić na ten temat.

Wracając do Twittera:

Oczywiście miał prawo do nieprzepuszczenia przez rygorystyczne sito moderacji mojego komentarza. Nie jestem o to zły, czy zawiedziony. Mój świat się nie zawalił, bo Kominek nie jest wyznacznikiem tego, do czego dążę w rozwoju swojego stylu czy umiejętności.

Bardziej rozczarowała mnie odpowiedź na Twitterze, pełna merytoryki, empatii i otwartości na dyskusję.

Kominek zbudował swój zasięg – chwała mu za to. Jednak teraz spadła na niego w związku z tym pewna odpowiedzialność społeczna. Odpowiedzialność, której najwyraźniej nie chce udźwignąć na swoich, zmęczonych pracą i intensywnymi wyjazdami, barkach. Dużo młodych ludzi, którzy dopiero uczą się internetu i etykiety patrzy na Kominka i kopiuje wzorce od niego. Niestety niezbyt dobrych zachowań. Odbije się to na nas wszystkich za pewien czas, chociaż mam nadzieję, że czytanie Kominka to taki trochę bunt młodzieńczy, z którego się wyrasta.

Zapewne ten wpis zostanie potraktowany jako zmasowany atak na guru polskiej blogosfery. Inteligentni czytelnicy, ci z empatią, odbiorą go inaczej. Pracuję w Brief, najstarszym magazynie o marketingu i reklamie w tym kraju i teoretycznie nie powinienem zamieszczać tego posta. Nie powinienem też wchodzić w dyskusję z Kominkiem. Jednak Brief, z którym się identyfikuję, ma zupełnie inną grupę czytelników od Kominka. I prędzej oni, po odbyciu buntu młodzieńczego, przyjdą czytać Brief, niż na odwrót…

Blogerzy a reszta świata

Z tym co poniżej napisałem biłem się od pewnego czasu. Chodzi o zjawisko popularności blogerów w polskim internecie. I powiem wprost – ta popularność i szum są przecenione. Zapewne czytając ten wpis wyrobisz sobie, Drogi Czytelniku, opinię na mój temat dosyć nieprzychylną. Hipokryta, zazdrośnik, hejter… Jestem na to gotowy bo mam nadzieję, że znajdzie się chociaż jedna osoba, która przyjmie moje argumenty „na sucho” i będzie miała ochotę na merytoryczną dyskusję odnośnie takiego medium, jakim jest blogosfera. A zatem…

Blogosfero – zmierzmy się!

Czytaj dalej

Blogerzy a reszta świata

Z tym co poniżej napisałem biłem się od pewnego czasu. Chodzi o zjawisko popularności blogerów w polskim internecie. I powiem wprost – ta popularność i szum są przecenione. Zapewne czytając ten wpis wyrobisz sobie, Drogi Czytelniku, opinię na mój temat dosyć nieprzychylną. Hipokryta, zazdrośnik, hejter… Jestem na to gotowy bo mam nadzieję, że znajdzie się chociaż jedna osoba, która przyjmie moje argumenty „na sucho” i będzie miała ochotę na merytoryczną dyskusję odnośnie takiego medium, jakim jest blogosfera. A zatem…


Blogosfero – zmierzmy się!

Jednym z najbardziej irytujących mnie stwierdzeń jest to, że blogerzy z czasem wyprą dziennikarzy. Tak naprawdę to moje uczucia wobec takich predykcji są mieszaniną wyżej wspomnianej irytacji, zdziwienia, wkurzenia i politowania. Dlaczego tak jest?

Ponieważ bloger zazwyczaj nie ma warsztatu potrzebnego do pisania

Dziennikarze (chociaż przyznaję, że nie wszyscy) mają napisanych w swoim życiu setki różnych form dziennikarskich takich jak felietony, reportaże, artykuły, recenzje, eseje czy wywiady. Obstawiam, że 99% blogosfery nie potrafi wskazać różnic pomiędzy tymi formami lub nawet wskazać ich cech charakterystycznych. Czytając popularne blogi za cholerę nie widzę pomysłu na wpis. Zazwyczaj są to zlepki różnych myśli. Podczas lektury takiego wpisu z brakiem jakiegokolwiek szkieletu, bardzo szybko zapominamy co w nim było. Na świeżo, machinalnie klikniemy w „lubię to” lub skomentujemy go w mało odkrywczy sposób. Oczywiście do tego dochodzą literówki, nadmierne używanie słownictwa branżowego i technicznego. Ostatnio w modzie jest też rzucanie przekleństwami (taka konwencja) na lewo i prawo.

Są wyjątki i blogerzy, którzy mają bardzo dobrze opanowany warsztat pisania. To się chwali i życzyłbym sobie więcej takich osób. To w jaki sposób coś serwujemy innym ma duże znaczenie.

Sam mam w swoim warsztacie bardzo dużo do poprawienia. Być może już nigdy nie uda mi się go poprawić do bardzo dobrego poziomu czołowych dziennikarzy w kraju. Dlatego też nie mam ambicji bycia „elitą” blogerów. Proszę zatem, darujcie sobie argument mojej hipokryzji w komentarzach.

Dziennikarz to też charakter

Punkt pierwszy nie bez powodu jest zestawiony obok siebie z punktem drugim. Są to naczynia powiązane. Aby mieć warsztat na wysokim poziomie, trzeba być wytrwałym, dokładnym i sumiennym. Są to cechy mocno zakorzenione w człowieku. Świadczy o tym fakt, że sumienność należy do tak zwanej „wielkiej piątki”, czyli pięciu cech mierzonych przez najbardziej popularny test osobowościowy. Oczywiście można z tym walczyć i nawet odnosić sukcesy w pracy nad sobą. Jednak taka walka jest wyczerpująca a z doświadczenia wiem, że bardzo łatwo wrócić do poprzedniego stanu rzeczy. Taki „efekt yo-yo” cech charakteru. 

Jak się łatwo domyśleć mam niezbyt wysoki wskaźnik sumienności we wszelkich testach, stąd też obawa, że nie uda mi się podnieść warsztatu pisania do założonego poziomu ;-)

Zasięg

Po pierwsze nie mówmy, że w Polsce są 3 miliony blogerów. Ta liczba pokazuje liczbę założonych kont na  platformach blogerskich takich jak Blogspot czy WordPress. Gdyby blogerów było rzeczywiście 3 miliony to jadąc rano do pracy wypełnionym autobusem, powinienem podróżować razem z przynajmniej dwoma innymi blogerami. Kurczę, szkoda, że nie noszą plakietek, bo bym zagadał…

Instytut Monitorowania Mediów monitoruje ponad 1000 tytułów prasy lokalnej i regionalnej. W każdym tytule pracuje kilku dziennikarzy. Większość tytułów ma nakład i sprzedaż w tysiącach egzemplarzy. Jeśli założymy, że dziennikarz to bloger, który zamiast online pisze na papier, to mamy armię specjalistów z różnych dziedzin. I każdy z nich ma zasięg, którym nie pogardziłby nie jeden bloger.
Nie zapominajmy, że większość tytułów prasowych idąc z duchem czasu ma swoje strony WWW, które też mają olbrzymi zasięg, a treści piszą do nich też dziennikarze.

Po drugie. Ile jest wart zasięg blogerów? Tak zwana elita ma ponad 100 tysięcy odsłon miesięcznie. Reszta zdecydowanie mniej – po kilka tysięcy. Jeśli przyjmiemy koszt CPM (za tysiąc wyświetleń) na poziomie 30 PLN to z 100 tysięcy odsłon miesięcznie można wyciągnąć 3000 PLN. Oczywiście jeśli jesteśmy elitą. Jak to się ma do milionowych zasięgów większości portali, dobrze wiemy.

Czytelnicy bloga są bardziej wartościowi dla klienta? Nie do końca, bo przy obecnym rozwoju reklamy targetowanej już nie strzela się „na ślepo” kreacjami, tylko dobiera odpowiedni profil użytkownika na bardzo konkretnej stronie. Zwiększa to konwersję na leady sprzedażowe, które możemy mierzyć. Czy blogerzy potrafią powiedzieć jak ich blogi sprzedają produkty firm, z którymi współpracują?

Blog nie jest niczym specjalnym, jest tylko kolejną pozycją w rozbudowanym mediaplanie.



Każdy pisać może, trochę lepiej lub trochę gorzej, czyli witamy w Web 2.0

Web 2.0 i rozwój mediów społecznościowych to pożywka dla ludzkiego ekshibicjonizmu. Niemal każdy chce się czymś podzielić, pochwalić czy na coś pożalić. Lubimy jak ludzie nas słuchają. Lubimy jak nas czytają i udostępniają nasze treści dalej. Cieszymy się, gdy jesteśmy uważani za specjalistów w jakiejś dziedzinie.

Lekarze, architekci, prawnicy itp. – oni nie muszą pisać bloga, aby czuć się specjalistami. Na co dzień robią wiele pożytecznych rzeczy dla innych, od ich decyzji zależą losy nierzadko całych społeczności czy instytucji. Dziennikarze mają misję społeczną, którą jest informowanie społeczeństwa na temat bieżących wydarzeń z wielu dziedzin, głównie polityki i gospodarki. A jaka jest rola blogerów? Moim zdaniem rozrywkowa. Oczywiście są tacy, którzy piszą o bardzo konkretnej tematyce, ale jest to jednak mniejszość jeśli chodzi o zasięg. Nie można też blogerom odmówić charakteru opiniotwórczego, zresztą podobnie jak dziennikarzom.

Pisanie, aby dać czytelnikom rozrywkę, albo w celu ekshibicjonizmu nie wymaga świetnego warsztatu, ponieważ bardziej liczy się autentyczność i szczerość wypowiedzi.I teraz rodzi się następujące pytanie: co jest ważniejsze dla internautów? Rzetelna i obiektywna analiza/opinia dziennikarza, czy subiektywna, nacechowana emocjami treść od blogera?

Dziennikarze przespali swoją szansę

Wraz z nadejściem Web 2.0. zaczęło się rozwijać pojęcie „personal brandingu”, zwłaszcza w mediach elektronicznych. Co więcej serwisy społecznościowe, platformy blogerskie, a ostatnio nawet sam Google dają narzędzia do budowania swojej pozycji w internecie. Nie skorzystali z nich odpowiednio szybko dziennikarze, dlatego są sami sobie winni, że na ich poletko wkroczyli dziarsko blogerzy. Szczególnie mocno odczuły to osoby zajmujące się modą, ponieważ blogosfera modowa urosła do bardzo dużych rozmiarów. A przecież zanim objawiły się szafiarki, na rynku prasy były tytuły związane z modą, trendami, w których pracowały doświadczone dziennikarki.

Dziennikarze dopiero uczą się, na przykład, Twittera oraz transparentności swojej osoby w internecie. Poza tym nie zapominajmy, że zazwyczaj jest tak, że dziennikarz pisze – bo musi, bloger – bo chce. Dla jednych jest to praca i zawód, dla drugich przygoda, która ma szansę zamienić się w normalny etat. Wierzcie mi, coś tam bloguję, ale też jestem początkującym dziennikarzem i podzielenie treści na dwie platformy to bardzo trudna rzecz, bo za każdym razem stoję przed dylematem jaki materiał gdzie zamieścić. Muszę zawieść Cię Drogi Czytelniku – lepsze kąski częściej trafiają na łamy Brief niż „Why so social”.

Na koniec

Wylałem co mi na sercu leży w sprawie „świętej wojny” polskiej branży. Zapewne coś mi się przypomni jeszcze i dopiszę. Jeśli ktoś się z czymś nie zgadza, ma inne spojrzenie, doświadczenie to zapraszam do komentowania. Jestem tym wymierającym gatunkiem ludzi, który potrafi powiedzieć, że jest w błędzie i przyjąć wiedzę od innej osoby.  
Nie poruszyłem też tematu vlogerów, którzy zasługują na osobne opracowanie. Jednak już teraz jestem skłonny stwierdzić, że to przed nimi może rysować się najbardziej świetlana przyszłość.