Przyszłość social media

Właśnie dzieje się to, co duża część osób zajmująca się mediami społecznościowymi przepowiadała jakieś dwa, nawet trzy lata temu. Powoli odchodzimy od globalnych, olbrzymich sieci społecznościowych, a nasze aktywności kierują się w stronę mniejszych, ale bardziej ze sobą zżytych wspólnot opartych o geolokalizcję. Mimo to sądzę, że Facebook się i tym razem wybroni.

Czytaj dalej

Narzędzia dla content designera

Każdy community manager czy content designer potrzebuje kilku narzędzi, żeby dobrze wykonywać swoją pracę. Liczba tych narzędzi powiększa się, gdy w CV brakuje umiejętności korzystania z programów graficznych. Poniżej zestaw darmowych, prostych w użyciu narzędzi, które powinny pomóc początkującym social media ninjom.

Czytaj dalej

Cechy content marketingu

Jestem ortodoksem jeśli chodzi o content marketing. Prowadzę swoją małą, prywatną wojnę o to, żeby to pojęcie było oznaką porządnie planowanych i przeprowadzanych działań promocyjnych, a nie tylko kolejną modą i trendem. Taką, jaką były media społecznościowe. Dlatego też marketing treści powinien przede wszystkim uczyć, odpowiadać na pytania oraz inspirować.

Czytaj dalej

SuicideGirls: social media z tatuażami

 

Serwis społecznościowy, który utrzymuje się w dużej mierze z opłat członkowskich, u jego podstaw leży user generated content i uskuteczniał content marketing zanim to było modne? Jeśli znasz głównie Facebooka, Twittera czy Instagram może wydawać Ci się to niemożliwe. A jednak. Takie właśnie jest SuicideGirls.com!


Czym jest SuicideGirls.com? Jest wspólnotą ludzi o bardzo konkretnych zainteresowaniach i specyficznym guście jeśli chodzi o kobiece piękno (guście, który również ja podzielam). Głównymi treściami jakie znajdziecie na serwisie to erotyka w klimatach pin-up, gotyk, punkrock – czyli dużo tatuaży, kolczyków, tuneli i grzywek.

Oprócz treści w postaci zdjęć i wideo, każdy użytkownik serwisu, może pisać bloga czy brać udział w dyskusjach na forum. Jest też sklep online, który oferuje ubrania i gadżety z brandem SuicideGirls.

Źródło: www.facebook.com/SuicideGirls

Modelki SuicieGirls

Jednak najważniejsze są kobiety, które mogą pochwalić się mianem modelek SuicideGirls. W chwili obecnej tego zaszczytu dostąpiło ponad 2600 wytatuowanych dziewczyn z całego świata. Są one gwiazdami serwisu, mają najwięcej followersów (taka funkcja też istnieje), a jeśli ich sesja zdjęciowa trafi na główną stronę dostają 500 dolarów.

- Pierwszym krokiem do zostania SuicideGirl jest wypełnienie zgłoszenia na suicidegirls.com/model
- mówi Selena Mooney, założycielka serwisu w mailowym wywiadzie dla Whysosocial.pl. - Wymagamy, aby nasze modelki miały przynajmniej 18 lat. Szukamy dziewczyn, które są pewne siebie i mają predyspozycje do bycia SuicideGirl. Nie wymagamy tatuaży czy piercingu, jednak są one mile widziane.

Najlepiej sens słów Seleny tłumaczy wideo promocyjne, do którego obejrzenia gorąco zachęcam ;-)

Spytałem założycielkę serwisu również o to, czym jest serwis dla jego użytkowników i modelek.
- Dziewczyny SuicideGirl mają przede wszystkim radość z pozowania do zdjęć, poznawania nowych osób dzięki serwisowi, który jest pełny wspaniałych, wspierających ludzi – mówi Selena. – Większość modelek odpowiada bez zastanowienia, że ich ulubionym benefitem przynależności do społeczności jest zawieranie nowych przyjaźni. Wiele z nich bierze też udział w konwencjach tatuażu, komiksów, podróżuje, gra w teledyskach albo uczestniczy w innych projektach.

Na serwisie nie znajdziecie też reklam, co moim zdaniem jest jego ogromną zaletą. Głównym źródłem utrzymania  są opłaty członkowskie (12 dolarów za miesiąc lub 48 za rok). Potwierdza to Selena:
- Serwis utrzymuje się z kilku źródeł, a opłaty członkowskie są jednym z ważniejszych. Model biznesowy bardzo się zmienił od momentu powstania strony – nie przypuszczaliśmy, że media społecznościowe będą miały tak ogromny wpływ na internet! Wydaliśmy też wiele książek, komiksów, filmów oraz mamy własną, podróżującą grupę burleski!

Burleska w klimatach Gwiezdnych Wojen. Źródło: facebook.com/SuicideGirls

Historia i zasięg SuicideGirls.com

SuicideGirls.com powstał niemal 13 lat temu (wrzesień 2001) w Portland z inicjatywy Seana Suhla oraz wspomnianej już Seleny Mooney. Obecnie siedziba znajduje się w Los Angeles. Poniżej kilka kluczowych statystyk dotyczących serwisu i jego obecności w mediach społecznościowych:

- ponad 5 mln odwiedzających miesięcznie
- ponad pół miliona użytkowników z kontami 
- 51 proc kobiet
- wiek 18-24 58 proc., 25-34 34proc., 35+- 8 proc.
- ponad 6,1 mln fanów na Facebooku
- 1,5 mln obserwujących na Instagramie
- zdjęcia obrandowane logiem SuicideGirl docierają każdego dnia do 10 mln osób
- na stałe w serwisie pracuje 15 osób. Poza tym w treści tworzone przez serwis zaangażowanych są setki fotografów, modelek oraz miliony fanów, którzy są olbrzymią częścią jego sukcesu.

Wśród SG są również dziewczyny z Polski. Oto jedna z nich – LAF
Źródło: www.facebook.com/aleksandrawydrychphotography

Wspólnota, nie społeczność

Cechą charakterystyczną serwisu jest to, że skupia osoby o bardzo konkretnych zainteresowaniach. Nie ma raczej w nim osób z przypadku – zawdzięcza to głównie płatnemu członkostwu. Więzi pomiędzy poszczególnymi użytkownikami są bardzo mocne, mocniejsze niż w przypadku największych serwisów społecznościowych. Dlatego SuicideGirls możemy spokojnie nazwać wspólnotą, a nie społecznością.
Serwis jest też tak na dobrą sprawę platformą blogową. Więc każda z modelek (jak i zwykłych użytkowników) zamieszczając zdjęcia, wideo czy wpisy prowadzi swojego bloga.
Czy przyszłość mediów społecznościowych będzie należała właśnie do takich serwisów? Jak uważacie?

Jak prowadzić fan page?

Amerykańskie serwisy aż kipią od tego typu treści. Problem w tym, że od kilku miesięcy, z powodu spadającego zasięgu wpisów, wskazówki w nich zawarte są coraz mniej skuteczne. Trzeba ugryźć temat z zupełnie innej strony, co też uczyniłem w poniższym wpisie.

Czytaj dalej

Smutny autobus dzieli branżę

Branża podzieliła się na dwa skrajne obozy. Wszystko dzięki kreacji wideo od agencji K2 przygotowanej dla Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Chciałbym trochę na bok odstawić to, czy kampania jest dobra, czy zła. Ciekawsze są obserwacje ludzi komentujących Smutny autobus.

Opinia jest jak dupa – każdy ma swoją. Wiem, wiem. Powtarzam się znowu, ale powoli przestaję walczyć z, i o dupy innych. Zwłaszcza, że żyjemy w czasach Web 2.0. gdzie każdy kto umie włączyć komputer może być specjalistą od kurwa wszystkiego.
Podobnie jak mamy niemal 40 mln trenerów i specjalistów od piłki nożnej, tak mamy też 40 mln specjalistów do spraw reklamy i marketingu. No bo przecież skomentowanie reklamy na zasadzie podoba mi się/nie podoba mi się nie wymaga wiedzy i doświadczenia. I podobnie jak nasza reprezentacja spada na pysk w rankingu FIFA, tak i z Cannes przywozimy coraz mniej nagród.

Kto hejtuje „Samotny autobus”? Samozwańcze, pseudogwiazdki marketingowego świata. Gwiazdki, które w życiu nie przyłożyły chociażby pół palca do kreatywnej i nagrodzonej kampanii reklamowej. Gwiazdki, które połowę swojego czasu spędzają na pisaniu wpisów na Facebooku lub wymyślaniu wpisów na swoim blogasku. Reszta hejterów to typowe polaczki.

Postanowiłem spytać się o opinię na temat kontrowersyjnej kreacji kilku osób, które w kreacji siedzą od kilku lat i zjadły sobie zęby na briefach od klientów. I to nie byle jakich klientów i w nie byle jakich agencjach! Są to osoby, które na co dzień pracują w najlepszych polskich agencjach reklamowych. Co się okazuje? Zupełnie inaczej oceniają „Smutny autobus”, doceniając w pierwszym rzędzie fakt, że film jest viralem. Poniżej przedstawiam komentarze tych osób (autorzy chcą pozostać anonimowy z różnych względów).

Ja to lubię. Miał być viral i jest – nie wiem czy nie najbardziej rozprzestrzeniający się w historii polskiej reklamy*. Brawo. Wg mnie odbiór kampanii świadczy  tylko o społeczeństwie i jego zdolności rozumowania i wyciągania wniosków. Co zabawne autobus i jego bezrefleksyjny odbiór ma wiele wspólnego z tzw. „Aferą podsłuchową”. Brawo dla K2.

*po dwóch dniach wideo ma 300 tys. wyświetleń na Youtube. Stosunek ocen pozytywnych do negatywnych: Podoba mi się1 667 doNie podoba mi się5 053

Super, że wywołano emocje, prawdziwy wiral, tylko zabraklo jakiejś konferencji prasowej czy odkręcenia komunikatu (troche jak w akcji Bentley Burial)

Dwie branże

Jaki wniosek się nasuwa? Mamy dwie „branże”. Jedną skoncentrowaną wokół uznanych agencji reklamowych, gdzie na kierowniczych stanowiskach pracują ludzie, którzy mają mówiąc wprost wyjebane, bo są pewni swojej wartości. Drugą w formie interaktywnego wrzodu powstałego podczas boomu na media społecznościowe. Charakteryzuje się potrzebą pokazania własnej wartości oraz przerostem formy nad treścią. Branża numer jeden, nazwijmy ją „reklamową”, ma w swoich szeregach specjalistów z kilkunastoletnim stażem. Tam też przechodzą miliony złotych budżetów każdego roku (w niektórych przypadkach nawet dziesiątki milionów). Druga („interaktywna”) swoją wiedzą i doświadczeniem jest bliższa przeciętnemu Kowalskiemu, który porządnego i wymagającego briefu nawet nie powąchał.

Całkiem ciekawa dyskusja odbyła się również pod postem, który zamieściłem na swoim profilu.

Hejtować, czy nie hejtować

Na deser zaserwuje Wam moją ocenę kampanii – liczę, że zostanie zgłoszona na kilka festiwali w Polsce i za granicą.
Długo można rozprawiać o jej elementach, więc skupię się na tych dla mnie najważniejszych.

Po pierwsze spot wykorzystuje mechanizm „huśtawki emocjonalnej”, która wpływa na zapamiętywanie informacji albo nasze decyzje. Wbrew temu co „specjaliści” z branży interaktywnej sądzą, nie mamy zapamiętać adresu aplikacji, ale mieć świadomość o zagrożeniu jakie niosą za sobą niesprawne pojazdy. Rodzicowi wsadzającemu pociechę do autokaru powinna zapalić się lampka ostrzegawcza. Adres aplikacji i strony znajdzie sobie w telefonie w 30 sekund dzięki wyszukiwarce.
Po drugie czas wypuszczenia wirala jest idealny – koniec czerwca, czyli koniec roku szkolnego i początek wyjazdów na kolonie, obozy itp.
Po trzecie – jeden z branżowców zwraca uwagę, że kreacja wykorzystuje elementy z popularnych i nagradzanych w Cannes kampanii. So fucking what? Jak czerpać to od najlepszych. Poza tym niemal niemożliwe jest wymyślenie czegoś totalnie nowego w świecie reklamy i marketingu. Proces teamu kreatywnego zaczyna się od zrobienia reaserchu kampanii dla podobnego produktu/usługi/idei.

Na stronie Brief.pl zamieszczony jest też komentarz Arka Szułczyńskiego, dyrektora kreatywnego K2:

„Wiemy, że najlepiej oddziaływają silne emocje. Wywoływanie pozytywnych uczuć do antybohatera jest zabiegiem, który niejednokrotnie w historii reklamy potrafił skupić uwagę widza. Reklamy tego typu zawsze polaryzują publiczność. Chcieliśmy zderzyć sentyment i ciepłe uczucie z bardzo realistyczną odpowiedzialnością rodzicielską. W taki sposób stworzyliśmy zdezelowany Smutny Autobus jako przeciwwagę do nowego i przede wszystkim sprawnego pojazdu. Wierzymy, że poprzez kontrowersyjną historię komunikat na stałe zapadnie w pamięci. Pragniemy wesołych, nowych, bezpiecznych autobusów na drogach. Pragniemy bezpieczeństwa dla naszych dzieci i dla nas samych.”

Jak widać cel został osiągnięty, a założenia kampanii były słuszne.
Osobiście bardzo kibicuje „Smutnemu Autobusowi” i jestem ciekaw jak zostanie oceniony przez cały świat, a nie tylko nasze małe, pełne głośno szczekających ratlerków podwórko.

Public relations kuleje

Po ponad roku pracy w mediach mogę zmierzyć się ze stanem public relations w polskiej branży. Oceniając pijar w skali szkolnej nie mogę dać wyższej oceny niż 3 minus. Dlaczego? Ponieważ nie nadąża za zmieniającym się światem i rozwojem technologii.

Powstały setki, jak nie tysiące definicji pijaru. Jednak ich wspólnym elementem jest stwierdzenie, że pijarem nazywamy komunikowanie się instytucji/podmiotu/osoby z wybraną częścią otoczenia. Dlaczego warto wyróżnić konkretne części? Ponieważ marka inaczej będzie komunikowała się z klientami, a inaczej z partnerami biznesowymi czy inwestorami, a jeszcze inaczej z mediami.

Właśnie komunikacja z tą ostatnią grupą jest mi najbliższa. Z jednej strony cieszę się, że dalej utrzymuje się schemat „podmiot -> media -> grupa celowa”. Z drugiej natomiast niepokoi mnie fakt, że jest on tylko pozorny. Decydując się na medium marki głównie patrzą na jego zasięg, a nie grupę celową. Zasięg ma sens wyłącznie jeśli chcemy dotrzeć do szerokiej grupy konsumentów, bez konieczności szczegółowego określania ich demografii, zainteresowań itp. Gdy naszym celem są natomiast inwestorzy, czy partnerzy biznesowi to nie możemy liczyć na zasadę „ślepej kurze ziarno” – a tak się niestety dzieje.

Pijar w Polsce jest słaby

Zapewne wiele osób się z tą oceną nie zgodzi. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że będą to osoby, dzięki którym oceniam pijar nad Wisłą na 3-, a nie na 2.  Powodów mojej oceny jest kilka. Pierwszym jest stosowanie nieodpowiednich narzędzi.

Wysyłanie maili do baz setek adresów i obdzwanianie odbiorców to zło. I strata czasu. Dziennikarz (pracownik mediów) otrzymuje przynajmniej kilkadziesiąt (jak nie kilkaset) maili dziennie. Tego samego dnia zamieści góra 3 informacje na stronie WWW lub napisze jeden tekst do papieru. Jak widać wysyłka pijarowca ma 3 proc. szans na publikację. Oczywiście jeśli wyśle do bazy 300 adresów może liczyć, że ktoś się zainteresuje i umieści. Ale czy to ma sens?
Później następuje obdzwanianie, najczęściej przez juniorów lub stażystów. Dziennikarz sam się odezwie jeśli będzie potrzebował uzupełnienia, czy dodatkowych informacji. Dzwoniąc do niego tracimy czas, który lepiej przeznaczyć na przygotowanie lepszej i ciekawszej informacji.

Gdzie budowanie relacji z przedstawicielami mediów? Gdzie dialog? Jak te działania mają się do definicji? Media i pijar powinny współpracować. Na szczęście mam przyjemność pracować z kilkoma przedstawicielami tej profesji, którzy to rozumieją, wiedzą jak działać. Jednak jest to nadal kropla w morzy.

Do pijaru nie potrzeba umiejętności

Jest to przerażające! Wystarczy, że ktoś nie jest introwertykiem, umie napisać parę zdań (i to nie zawsze) i potrafi wysłać maila z załącznikami. Nie trzeba mieć wiedzy, twardych umiejętności. Czasami nawet załączenie plików sprawia problem bo dostaję zdjęcia w treści maila, albo wklejone w beznadziejnej rozdzielczości w plik word. Karierę w pijarze rozpoczyna się jak telefoniczny sprzedawca oferty telekomunikacyjnej. To ja już chyba wolałbym parzyć kawę jakiemuś kreatywnemu w agencji reklamowej!

Całe szczęście, że są takie narzędzia jak Prowly, które w jakiś sposób wprowadzają porządek i niejako wymuszają pewne standardy.

Klient każe, pijar robi

Mam wrażenie, że agencje pijarowe robią to, co każe im klient i nic więcej. Nie wychodzą z inicjatywą, nowymi pomysłami… albo są one zabijane z miejsca. Dla klienta liczy się liczba wzmianek w prasie, internecie czy telewizji. Dochodzi do chorych sytuacji, gdy zadaniem działu PR jest wysyłanie notek o tym, że marka ma nową stronę WWW albo wypuściła nowy spot reklamowy. Do jasnej cholery! Gdzie w takim działaniu jest budowanie relacji z otoczeniem? Jeśli chcecie, aby było dużo wejść na stronę, albo obejrzeń spotu to zainwestujcie w reklamę.

Agencje oczywiście pochylają głowę i nie walczą z klientem, nie edukują w obawie o stratę budżetu. A co najgorsze nie są w stanie powiedzieć klientowi, że to co robi nie jest seksi i wszyscy będą to mieli w głębokim poważaniu nieważne na ilu portalach zostanie to zamieszczone.

Na bakier z nowymi trendami i technologiami

Dobry pijarowiec działający w obrębie internetu powinien znać podstawy kodowania i pozycjonowania. Na stronach internetowych możemy dokonywać cudów: embadować animowane wykresy, wideo, wpisy z Twittera i Facebooka (nie zrzut ekranu, ale rzeczywisty wpis, który będzie się uaktualniał), Google Maps i wiele, wiele innych rzeczy, które sprawią, że treść będzie ciekawa dla czytelnika.
Podstawowa wiedza o pozycjonowaniu przydaje się w pisaniu treści na strony WWW. Po pierwsze totalnie nie zrozumiałe jest wysyłanie i zamieszczanie tej samej treści na kilku portalach czy serwisach. Media, które tak robią same sobie szkodzą – Google zmniejsza ich ranking, ponieważ uważa, że dana strona powiela czyjąś treść zamiast tworzyć własną. Media, które zdają sobie z tego sprawę zmieniają przynajmniej tytuł i lead. Po drugie notorycznie dostaję notki, informacje, propozycje artykułów, których tytuł nie zmieściłby się w jednym tweecie – bardziej nadaje się na lead. Dziki pęd na zamieszczenie jak najwięcej informacji w tytule, jednak większość stron nie wyświetla ich nigdy w całości.

Tekst i tak jest już tl:dr więc nie będę wyciągał kwiatków jakie miałem przyjemność zobaczyć w wysyłkach czy kontaktach z działami public relations różnych firm czy agencji. Chciałbym tylko, żeby dwa Lwy w Cannes w kategorii PR, które zdobyły polskie zgłoszenia w tym roku, nie zaciemniły ogólnego obrazu tej profesji w naszym kraju…

::
Photo by Stuart Miles

Forex jak marketing

Od kilku tygodni spekuluje na rynku Forex na koncie demo. Z biegiem czasu zacząłem zauważać podobieństwa łączące Forex z marketingiem online. Jak się okazuje te dwie, zdawałoby się odległe, dziedziny mogą napędzać się wzajemnie.

Na rynku Forex możemy spekulować na parach walutowych, surowcach, akcjach. XTB udostępnia ponad 500 takich instrumentów. Oczywiście każdy z nich rządzi się własnymi prawami, ma swoją charakterystykę, w różnym stopniu jest podatny na sytuację rynkową czy dane makroekonomiczne. Dlatego też opanowanie wszystkich instrumentów na poziomie ekspert i ich śledzenie jest wręcz niemożliwe. Większość traderów wybiera sobie kilka, na przykład, par walutowych, o których ma wiedzę absolutną. Dzięki temu jest w stanie na nich spekulować z sukcesami (albo przynajmniej nie tracić ;-). Oczywiście każdy może spekulować na wszystkim, ale będą to działania intuicyjne, w mniejszym stopniu podparte wiedzą.

Marketing online również ma swoje instrumenty – narzędzia takie jak reklama display, e-mail marketing, retargeting, adwords, reklama na Facebooku, LinkedIn, Twiterze, remarketing, RTB, sieci afiliacyjne i tak dalej. Znając się na każdym z nich „po trochu” nie osiągniemy sukcesu ponieważ nie będziemy w stanie wyciągnąć największych konwersji, ROI czy CTRów. Podobnie jak na rynku Forex lepiej się wyspecjalizować.

Real time work

To czyni spekulację i działania marketingowe jednymi z najbardziej stresujących zajęć. Wymagają od nas ciągłej obserwacji wyników, danych i czekania na najlepszy moment do podjęcia działań. Za tym idzie działanie na ułamkach procentów (optymalizacja kampanii z CTR 0,5 proc na 0,6 proc. może decydować o tym, czy ROI będzie ponad 100 proc.) lub na pipsach, czyli minimalnych zmianach kursów.  Już nie wspomnę o monitoringu działań w mediach społecznościowych…

Możemy też zapomnieć o pracy na ośmiogodzinnym etacie. Podobnie jak internauci są online 24/7, tak rynki na całym świecie również działają nonstop. Giełda w Japonii startuje w nocy polskiego czasu, rano startuje ta w Europie, a po południu rusza Wall Street zamykając się przed północą w Polsce. 

Nic nie jest dane na zawsze

Zwłaszcza to, czego już raz się nauczyłeś. Branża interaktywna ciągle się zmienia, zmieniają się też ludzie i ich przyzwyczajenia. Powstają nowe narzędzia, które pozwalają na jeszcze dokładniejsze targetowanie. Pamiętajmy, że popularne serwisy społecznościowe również się zmieniają – dosłownie z dnia na dzień.
Forex to przede wszystkim działania w oparciu na danych ekonomicznych jak i analizie technicznej. Jednak rynek nie zawsze zachowuje się w ten sam sposób na te same bodźce. Te same układy świec na wykresie kursu danej waluty nie muszą oznaczać takiej samej reakcji rynku za każdym razem. To, że Apple ogłasza słabsze wyniki za ostatni kwartał nie jest równoznaczne ze spadkiem kursu ich akcji.

Czynnik ludzki

Czy to w działaniach marketingowych czy na rynku Forex, zawsze nasze działania finalnie mają wpływ na prawdziwych ludzi, których zachowania nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Możemy się tylko domyślać jak klientom spodoba się nasza nowa reklama na Facebooku i czy będzie miała wysoką klikalność. Podobnie na rynku Forex, nie wiemy jak zachowają się tysiące traderów, jak oni zinterpretują te same dane, które są dostępne dla nas.
W obu przypadkach musimy starać się przewidywać przyszłość.

::

Czy widzicie jeszcze jakieś podobieństwa branży marketingowej i rynku Forex? Piszcie w komentarzach – najlepsze nagrodzę książkami!

::

Jeśli chcesz poczytać o rynku Forex to zapraszam do Akademii XTB, gdzie znajdziecie najważniejsze informacje.

 

Których blogerów czytać?

Przedstawiam Wam moje, subiektywne zestawienie blogów marketingowych, które warto czytać. W przeciwieństwie do innych, podobnych zestawień tego typu, skupiłem się na autorach i ich doświadczeniu, a nie ładnym layoucie.

Dominik Kaznowski - prowadzi blog Networked Digital Age. Pisze na nim z dużą częstotliwością i o tematach, których próżno szukać u „młodszej blogosfery”. Prowadzi też blog o… blogach firmowych – blogifirmowe.com. Od kilku lat organizuje konkurs na najlepsze blogi prowadzone przez firmy. Można powiedzieć, że robił to, zanim to było modne (biorąc pod uwagę trwający „boom” na content marketing i owned media). W jednym z wpisów znajdziecie stale uaktualnianą listę ponad 300 blogów firmowych – warto się im przyjrzeć!

Dominik Kaznowski zaczął swoją przygodę z internetem (jeśli wierzyć LinkedIn) już w 2000 roku. Większość z nas było jeszcze prawiczkami i dziewicami, a Dominik był już vice CEO & CMO w IAB. Zresztą co ja będę opisywał – sprawdźcie profil na LinkedIn.

LinkedIn, Twitter

::

Rafał Skwiot – pisze na rafalskwiot.pl. Cenię sobie jego wpisy za ciekawe spojrzenie na podejmowane tematy. Często podważa podstawy, na których bazuje branża – na przykład niezrozumienie słowa „fakt”. Bez ogródek rozprawia się z PRem w Polsce. Brawo!

Zresztą co się dziwić. W pijarze siedzi od maja 2007. Pracował zarówno po stronie agencji, jak i klienta (nk.pl).

LinkedIn, Twitter

::

Marcin Kalkhoff – autor branddoctor.pl, regularnie prowadzonego bloga na temat tego co w branży się dzieje. Zarówno jeśli chodzi o social media, jak i rozgrywki na wyższych szczeblach (Omnicon i Publicis). Robi też swoje podsumowania (podobnie jak Pijaru Koksu), ale więcej w nich case study, kampanii i ciekawych wideo do oglądania.

21 lat doświadczenia w branży robi swoje. Wystarczający powód, żeby czytać.

LinkedIn, Twitter

::

Mikołaj Nowak – pisze na mikolajnowak.blogspot.com. Pierwszy wpis datowany na … 2001 rok (polecam zobaczyć o czym był ;-). Potem 8 lat (!) przerwy, pisanie co kwartał i eksplozja twórczości w 2013. Dość powiedzieć, że w tym roku trzasnął już 51 notek. Co lubię we wpisach Mikołaja? Nie szczypie się, potrafi spojrzeć z innej perspektywy, wyciąga syf na powierzchnię.

W 2005 zaczynał w Grono.net. Potem spędził sporo czasu w Onecie, od dwóch lat Fakty TVN.

LinkedIn, Twitter

::

Artur Roguski – zaczynał we wrześniu 2010 jako stażysta w Ogilvy Interactive. Wytrzymał tam nieco ponad rok. Potem przez rok szlajał się po różnych agencjach social media (w tym „Lubię to”). Obecnie, od lutego 2013, pracuje w branżowym magazynie „Brief”. W sumie jakieś 3 i pół roku doświadczenia.

Czytelniku, cieszę się, że do mnie zaglądasz. Dziękuję Ci, że chcesz poczytać to, co mam Ci do przekazania, ale jeśli Twój pęd wiedzy jest silny, proszę odwiedzaj regularnie również 4 powyższe blogi.

Z treści, które są w nich zawarte przemawia wieloletnie doświadczenie ich autorów, a nie chęć autolansu i pisania pod wyszukiwarki…

Budowanie relacji: nowy cykl wpisów

Budowanie relacji

Nowy cykl na blogu! W kilku kolejnych wpisach postaram się przyjrzeć efektywnym sposobom budowania relacji z klientami i konsumentami. Obserwuj fan page oraz blog Why so social.

Zacznijmy od zdefiniowania słowa „relacja”. Według najprostszej definicji jest to „odzwierciedlenie oddziaływania między dwoma bądź większą liczbą podmiotów, przedmiotów, cech itp” (źródło: niezawodna Wikipedia). Oczywiście relacja może zachodzić również pomiędzy klientami (konsumentami) a marką czy dostawcą usług. W marketingu w odniesieniu do tych podmiotów używamy określenia „budowanie relacji”. Owe budowanie relacji stało się ostatnio bardzo popularnym konstruktem. Został on wybudzony z letargu niczym Godzilla, która zetknęła się z promieniotwórczymi odpadami.

Relacje istniały od zawsze

Już pomiędzy pierwszymi ludźmi tworzyły się relacje. Przejawiało się to poprzez tworzenie się struktur pierwszych społeczności, kast, ogłaszaniu pierwszych przywódców i tak dalej. Były to czasy gdy owe relacje budowało się wyłącznie twarzą w twarz – często z użyciem przemocy, a elementem wzmacniającym był strach.

Potem nadeszły czasy marek i korporacji. I w sumie nic się nie zmieniło. Podmiot/osoba/organizacja, która tworzyła pewną relację (najczęściej poprzez dominację) maksymalnie ograniczała wpływ jaki relacja na nią miała. Szlachcic wymagał od chłopa pańszczyźnianego, ale sam nie dawał więcej niż kawałek ziemi pod uprawę. Globalne korporacje wymagają od swoich klientów, aby ci kupowali ich produkty, ale są głusi na ich uwagi i potrzeby….

Odwrócenie relacji, czyli konsumenci u władzy

Ratunkiem dla firm, które zaczęły być postrzegane jako krwiożercze bestie, był przez pewien czas pomysł na budowanie wizerunku.

„Hej! Patrzcie jacy jesteśmy troskliwi i współczujący! Cały jeden procent naszego zysku przekazaliśmy na walkę z rakiem. Wow!”

Pierwsze koty za płoty jak to mawiają, ale potrzeba dbania o wizerunek była pierwszą oznaką tego, że powoli konsumenci zyskują władzę i mogą się wypiąć tyłkiem do marki ;-) Oczywiście ktoś może powiedzieć, że dbanie o swój wizerunek zaczęło być przewagą na coraz bardziej konkurencyjnym rynku, ale wolę naiwnie wierzyć w tą drugą, optymistyczną wersję.

Obecnie każdy z nas ma setki tysięcy produktów do wyboru. Dzięki temu może dokonać zakupu tych dóbr lub usług, które są dla niego optymalne. Szybciej też zmieniamy swoje preferencje, a względnie dobry stan naszych portfeli pozwala nam na próbowanie i eksperymentowanie z nowymi produktami… Dorzućmy do tego niemal natychmiastowy przepływ informacji dzięki rozwojowi technologii takich jak internet czy mobile i mamy w rezultacie szachownicę z olbrzymią liczbą różnych figur i możliwych strategii do wykorzystania.

::

Jak się w tym odnaleźć? Jak budować relacje z konsumentami przy wykorzystaniu internetu? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w następnych wpisach cyklu „Budowanie relacji”, który zagości na Why so social.

Chętnych do współtworzenia cyklu zapraszam do współpracy.