Dwa oblicza Facebooka

Niestety, ale żeby zrobić wyświetlenia na blogu marketingowym, trzeba komuś dowalić. Jedyna pociecha w tym, że trzeba to zrobić w merytoryczny i rzetelny sposób. I tak, w ramach nowego „peaku wyświetleń”, chciałbym dopieprzyć pseudospecjalistom od Facebooka. W tym miesiącu dzięki nim nabiłem sobie parę siniaków na czole uderzając głową w stół po ich wywodach na temat serwisu Marka Zuckerberga.

Skąd moja pewność siebie? Pracuje w mediach w przeciwieństwie do „specjalistów”, a to daje mi dostęp do wielu wydarzeń i ludzi – również tych na co dzień pracujących dla Facebooka. Zresztą o przewagach takiej pracy, nad pracą w agencji reklamowej pisałem wcześniej. Dlatego też gdy ogarniam wypociny jednego z nich i nagle czytam o serwisie z Palo Alto* to mnie krew zalewa. Czytelnicy Brief.pl powiesiliby mnie na najbliższej gałęzi za taką pomyłkę…

Od listopada też modnie jest napisać na blogu o spadającym zasięgu wpisów na Facebooku. Co gorsze, temat dalej utrzymuje się w kategorii „hot stories” wśród branży. Ja pisałem o tym w lipcu – wpis o tytule „Koniec ery fan page’y” jest jednym z najbardziej popularnych na blogu, ciągle się klika. Co do samych spadków… dotykają one tych, którzy najprościej w świecie nie serwują wartościowych treści, tylko gówniane kotki, pieski i piątki. Już w połowie zeszłego roku Facebook zaczął nagradzać kliknięcia w zamieszczane linki bardziej niż polubienia czy komentarze. I też o tym w lipcu pisałem – „Drugie dno fan page’y”. Ba! O tym wpisie miałem możliwość rozmawiać z Iainem Mackenzie z Facebooka, który potem w wywiadzie potwierdził to, że Facebook będzie promował unikatowe treści, bo to będzie jedyna droga do zaangażowania odbiorców.

W tym roku miałem przyjemność uczestniczyć w kilku konferencjach, podczas których tęgie, agencyjne głowy mówiły o komunikacji, mediach społecznościowych, o tym jak fajnie się rzeczy klikają itp. To tylko jedno, z każdym dniem mniej znaczące, oblicze serwisu. Mało natomiast osób wspomniało o tym drugim obliczu, czyli efektywności.

Oblicze pierwsze: fan page

Nie podlega dyskusji fakt, że z marketingowego punktu widzenia fan page to nic innego w tej chwili jak któryś z kolei punkt styczny klienta z marką. Jeśli stronę na Facebooku potraktujemy narzędziowo, to dzięki niej nabijemy sobie trochę ruchu na naszą stronę WWW. I koniec. Żadne polubienia, komentarze czy udostępnienia nam nie wygenerują sprzedaży czy znacząco nie poprawią wizerunku. Sorry, ale Play ma ponad 2 miliony fanów, z czego przeciętny post dociera do 200-400 tys. z nich. Jak ta liczba się ma do ogólnej liczby 10 mln klientów tej sieci komórkowej? Kliknięcie w „lubię to” czy nawet skomentowanie jest warte niemal tyle co 3 sekundy poświęcone na zapoznanie się z treścią billboardu…

Od tego oblicza zaczynał Facebook – w 99 proc., by z czasem coraz bardziej dochodziło do głosu oblicze efektywnościowe (reklamowe) serwisu. Obecnie jest to 50 na 50, a każde ograniczenie zasięgów, czy wprowadzenie nowych funkcji w panelu reklam przechyla szalę na niekorzyść oblicza związanego z fan page’ami. Deal with it!

Oblicze drugie: performance

Świetnie sobie z tym radzi… Play! W Polsce jest 11 mln użytkowników Facebooka, czyli mniej więcej tyle co ich klientów. Dlaczego w swoich działaniach mają się skupiać do „zaledwie” 2 mln swoich fanów? Za to każdy użytkownik Facebooka (niezależnie czy jest fanem) jest namierzany przez ciasteczka i jest mu dostarczana reklama na serwisie jeśli tylko pojawił się na stronie WWW Play’a. Niedawno sprawdzałem oferty przedłużenia umowy online i konkretne telefony na stronie. W oko wpadł mi LG 9. W trakcie poszukiwań wszedłem sprawdzić nowe notyfikacje na Facebooku i zgadnijcie czego reklama wyświetliła mi się w prawej kolumnie: oczywiście reklama Play z tym modelem telefonu. Prawda, że jest to fajniejsze i skuteczniejsze nawet od promowanych postów?

Najbardziej cieszy fakt, że wszystko zmierza ku polepszeniu doświadczeń w korzystaniu z serwisu wśród przeciętnych użytkowników. Koniec końców wszystko zmierza do zmniejszenia liczby treści, które nie są dla nich wartościowe. Marki za dotarcie będą musiały płacić, a te które zdecydują się to zrobić, będą trafiały do osób zainteresowanych ich treściami. Pomoże w tym performance marketing wykorzystujący reklamy na Facebooku.

Olbrzymią rolę w tym drugim obliczu pełnią tak zwani Prefered Marketing Developers (PMD), którzy ściśle współpracują z Facebookiem. Taki Buddy Media zbudował swoją potęgę na bazie właśnie Facebooka i został kupiony za 700 mln dolarów. Bardzo mocno działa Socialbakers, czyli nasi sąsiedzi z południa, którzy planują przejąć ponad 20 firm – w tym 6 z Polski. Z aktualną listą tych firm możecie się zapoznać na stronie Facebooka.

Facebook sprzedaje

Coraz nowsze badania pokazują, że Facebook sprzedaje – jest jednym z lepszych tak zwanych „last clicków”, czyli ostatnim punktem stycznym na ścieżce zakupowej klienta, który prowadzi bezpośrednio do sprzedaży. Wszystko oczywiście nie dzięki zamieszczaniu postów z kotkami, czy nawet ofertą sprzedażową, ale właśnie działaniom performance.

Jak już wspomniałem na początku brakuje w polskiej branży rozróżnienia tych dwóch oblicz serwisu z Menlo Park. Agencje dalej wciskają prowadzenie fan page’y i aplikacje konkursowe ponieważ jest to dla nich być albo nie być. Zazwyczaj nie mają kompetencji na prowadzenie działań performancowych… Nawet gdyby takowe posiadali to nie wygrają dużych klientów z PMD, którzy mają bezpośrednie wsparcie Facebooka w postaci dodatkowych statystyk czy modeli rozliczeniowych. Ciekawe jak długo marketerzy dadzą sobie wciskać kit…

Mam nadzieję, że udało mi się chociaż trochę nakreślić to, czym jest Facebook obecnie.
Jak zawsze zapraszam do dyskusji!

::
Stay sick, stay social!
Artur Roguski

Photo: scottchan

Treść w marketingu

Treść w przekazach marketingowych jest bardzo istotna – to ona angażuje klientów i skłania ich do zakupu. Przy spadającej efektywności tradycyjnych przekazów marketingowych rośnie tak zwany content marketing, który idealnie wpasowuje się w świat zdominowany przez media społecznościowe. Jak zatem należy wykorzystać jego siłę dla dobra swojej marki? Trzeba grać w piłkę jak Barcelona, będąc jednocześnie drapieżnikiem gotowym do ataku w każdej chwili.


Zastanówmy się nad definicją content marketingu (marketingu treści) w odniesieniu do powszechnie znanej zasady 4P (product, place, prize, promotion). Czy w tym przypadku treść jest produktem, czy może elementem promocji? Jeśli chcemy nadal poprawnie (zgodnie z definicją Philipa Kotlera) używać zwrotu „marketing treści”, to powinniśmy treść uznać jako produkt danej marki.

Świetnie się to sprawdza w przypadku mediów, ponieważ każdy artykuł, wideo czy infografika jest produktem, za który kupuje się uwagę odbiorców. Oczywiście tę uwagę/czas media później monetyzują dzięki reklamom lub opłatom od odbiorców. Wniosek jest prosty – content marketing w tym ujęciu narodził się wraz z prasą. 

Konsument jest ofiarą, marka drapieżnikiem

O ile trzy pierwsze z czterech „P”, które są składowymi marketingu mają się bardzo dobrze, o tyle „promotion” (i reklama) wymaga od marketerów ciągłej optymalizacji i walki. Tradycyjny marketing oparty o ilość odsłon i wezwanie do działania (ang. „call to action”) traci na efektywności. Specjaliści od promocji i reklamy zaprzestają walki z konsumentami – walki, która polega na wywołaniu w nich potrzeby zakupu towaru lub skorzystania z usługi. Zamiast tego zamieniają się w łowców, którzy czekają na swoją ofiarę. Sygnałem do ataku jest ruch konsumenta, którym zazwyczaj jest wpisanie zapytania w wyszukiwarkę…

Jednak na każdy, pojedynczy ruch konsumenta nie czeka jeden, a kilku drapieżników w postaci marek. Przy założeniu, że każda z nich oferuje podobny produkt, w podobnej cenie i lokalizacji, to jedyną szansą na doskoczenie do ofiary-konsumenta jest odpowiednia promocja. Jak już wyżej wspomniałem działanie o tradycyjny modelu, czyli zasięg i „call to action”, jest nieskuteczne. Jest jak głośne trzaśnięcie patyka pod stopą drapieżnika już przy pierwszym kroku w stronę ofiary. Efektem jest wystraszenie ofiary-konsumenta, alergicznie reagującego na próby sprzedania mu czegokolwiek.

Graj jak Barcelona – przetrzymuj długo piłkę

W piłce nożnej im dłużej piłka jest po stronie naszej drużyny, tym przeciwnik ma mniejszą szansę na strzelenie nam bramki. Podobnie jest z mediami – każda kolejna minuta spędzona na czytaniu naszego serwisu/bloga, to minuta mniej spędzona przez odbiorcę u konkurenta. Tylko, że zamiast strzelania bramek konsument dokonuje zakupu. I tutaj właśnie jest miejsce na „marketing treści” w ujęciu „promocji”. Treść nie jest produktem. Zastępuje raczej „call to action”, którego przeczytanie trwa sekundę. Przeczytanie wpisu na blogu lub obejrzenie materiału wideo – nawet do kilku minut. Dłuższy kontakt z marką skutkuje też lepszym zapamiętaniem wartości i przekazu jaki ze sobą niesie.

 

Content marketing: cechy główne

Marketing treści jest sztuką komunikacji z klientami bez komunikatów sprzedażowych.
Jest elementem długofalowej strategii, której założeniem jest edukowanie i pomaganie klientowi -  zostanie to przez niego wynagrodzone zakupem i zwiększy jego lojalność wobec naszej marki.
W dużej mierze opiera się na tak zwanym „inbound marketingu”, który zakłada, że klient/konsument sam trafia na treści promocyjne.
Sprawdza się równie dobrze w komunikacji b2b i b2c.
Content marketing wykorzystuje do budowania zasięgu głównie kanały społecznościowe.
W większym stopniu opiera się na własnych kanałach dotarcia/mediach niż na zakupionych.
Buduje silną więź z klientem.
Zmienia przyzwyczajenia, postawy i zachowania konsumentów.
Jest przeciwieństwem „real time marketingu”.
Infografiki i advertoriale są jednymi z najczęściej wykorzystywanych narzędzi w marketingu treści.

Zachęcam też do przeczytania artykułu na ten temat, który ukazał się na brief.pl – KLIKNIJ

Content marketingiem nie jest…

Śmieszny obrazek zamieszczony w portalach społecznościowych.
Tak zwany „branded content”, czyli treść, która jest oznakowana daną marką, ale nie niesie ze sobą walorów edukacyjnych.
Lokowanie produktu w treściach przygotowanych przez inny podmiot/medium.
Content marketing nie jest tani! Wymaga nakładów finansowych oraz zatrudnienia odpowiednich specjalistów.

::

Pojęcie content marketingu jest w Polsce bardzo młode. Dlatego też można się spotkać z różnymi jego określeniami i cechami. Mam nadzieję, że powyższy tekst pomoże Wam zrozumieć jakie przewagi daje nad tradycyjną reklamą i zachęci wielu marketerów do uwzględnienia do w swojej strategii komunikacji.
W razie dalszych pytań zapraszam do kontaktu mailowego: aroguski84@gmail.com

Stay sick, stay social!
Artur Roguski

Photo: Stuart Miles

Szewc bez fan page’a chodzi

Agencje reklamowe nie reklamują się, tłumacząc się ciężkimi czasami. Te specjalizujące się w social media łapią każdy budżet, który wpadnie i wykorzystują naiwność oraz niewiedzę klientów. Poza nielicznymi wyjątkami tak wygląda obraz polskiego rynku agencji reklamowych. 


Agencje reklamowe nie reklamują się

Podobnie jak szewc bez butów chodzi, tak samo agencje reklamowe nie wiedzą/nie potrafią same się zareklamować. Rekomendują swoim klientom kreacje, media, strategie za kotyliony kosmodolców… a co robią same? Na media nie mają pieniędzy. Przecież jest kryzys, zakup jakiejkolwiek reklamy w prasie branżowej czy na portalu to jak bryła węgla, którą trzeba przełknąć bez popicia. Liczą na osobę „tweetującego CEO”, wygranie nagród branżowych, darmowe publikacje i swój dział sprzedaży.  Kiedyś ktoś mądry powiedział, że z kryzysu obronną ręką wychodzą ci, którzy wydadzą więcej na… reklamę.

O ile jeszcze agencje 360 potrafią sypnąć groszem i zrobić coś niestandardowego (np. whaternet.pl od GoldenSubmarine), o tyle agencje social media mają do dyspozycji jako medium promocji wyłącznie swój fan page. Jak się okazuje nawet to potrafią spieprzyć…

Lepiej jest wejść komuś w drogę, niż w dupę.

Zastosuję się do tego hasła. A co! W końcu zamieściła je na swoim fan page’u agencja Get More Social, która od wielu miesięcy jest w czołówce raportów Sotrendera w kategorii „agencje”.

Uwaga – wchodzę w drogę!

A więc… zacznijmy od czegoś prostego, czyli analizy sytuacji agencji reklamowych. Ich klientami jest bardzo wąski target – może parę tysięcy osób w Polsce, jeśli policzymy firmy, które mają w miesiącu do wydania więcej niż kilkaset złotych. Jest to bardzo wymagająca grupa docelowa. Bardzo uważnie przyglądają się relacji jakości usług do ceny. Mają również o wiele szerszy „asortyment”. Kupując samochód wybieramy jedną markę spośród dziesięciu. Agencji reklamowych mamy dziesiątki…

Jak w takiej sytuacji rozsądny marketingowiec wykorzystałby fan page na Facebooku? Zapewne skorzystałby z performance marketingu, który na serwisie działa wybornie (targetowane Facebook Ads). Dodatkowo wykorzystałby go jako źródło ruchu na stronę, która jest (albo przynajmniej powinna być) głównym centrum naszej komunikacji z klientami – zwłaszcza b2b.

Zamiast tego mamy wpis o dupie:

A teraz wchodzę w skórę klienta i dzielę się z Wami moimi przemyśleniami na temat tego content marketingowego dzieła:
- skoro u siebie na fan page’u firmowym wrzucają takie rzeczy, to co za shit ląduje u ich klientów?
- skoro płacę agencji miesięczne fee to oczekuję właśnie wchodzenia mi w dupę, a nie w drogę. Od tego są.
- sporo lol contentu… :/
- o masz! w wyszukiwarce Google ich fan page jest wyżej niż strona WWW

Sam też kiedyś taką komunikację prowadziłem tylko po to, aby wbić się do raportu Sotrendera – jednak jest to fatalne działanie jeśli chodzi o skuteczność (inna sprawa, że nie miałem możliwości realizacji innych). 

Dobra, ale zejdźmy już z Get More Social, bo bym o nich nie wspomniał gdyby jako jedyni bez butów chodzili. Najgorsze jest jednak to, że na taki lol content, pierwsze miejsce w rankingu Sotrendera i ponad 50 tys. fanów ciągle nabierają się klienci. Dla nich ważne są liczby, im więcej tym lepiej. Za te liczby są skłonni sypnąć banknotami i agencje w to wchodzą (sic!). Wchodzą w dupę, bo wejście w drogę oznaczałoby stratę zarobków…

Jednak klienci z czasem zmądrzeją, uwierzą w jakościową komunikację. Co wtedy się stanie z agencjami?

Stay sick, stay social!
Artur Roguski

Content marketing – konkurs!

W Stanach Zjednoczonych content marketing już od około dwóch lat jest jedną z podstawowych form kontaktu marki z klientem. Wypiera jednocześnie znane do tej pory kanały komunikacji jednokierunkowej. Poniżej w telegraficznym skrócie omówione zostały trzy główne jego cechy. Na końcu wpisu znajdziecie również zadanie konkursowe – nagrodą jest wejściówka o wartości 690 PLN na konferencję organizowaną przez Mediarun.

Im bardziej zagłębiam się w „marketing treści”, tym bardziej jestem nim zafascynowany. Okazuje się, że jest to marketing, który nie ma za zadanie sprzedawać (przynajmniej bezpośrednio). Nie mówi do nas „Kup”, „Użyj”, czy „Skorzystaj z rabatu”. Jego przekazem jest zazwyczaj fraza w postaci „Oto, jak rozwiążesz swój problem”, „7 sposobów na oszczędzanie czasu”, „Jak dbać o zdrowie i kondycje”.

Treść zamiast banera

Jak już powyżej zaznaczyłem, content marketing nie sprzedaje. Dlatego też nie jest banerem czy spotem telewizyjnym z CTA (call to action). Nie jest też billboardem, ale może już być reklamą w prasie. Jednak jego głównym miejscem życia jest internet, gdzie może przyjąć bardziej angażujące formy – blogi, tutoriale, webinaria, szkolenia itp.

Content jest wirusem

Do jego rozprzestrzeniania się przyczyniają się media społecznościowe. W Polsce głównie Facebook, w USA Twitter i LinkedIn. Dobra treść to taka, która jest przydatna użytkownikom, a to sprawia, że podają ją dalej. Rzadko kiedy udostępniamy reklamę proszku do prania czy pastylek na gardło. Jeśli już to robimy, to nie dlatego, że niesie ze sobą coś wartościowego, ale dlatego, że jest śmieszna lub zaskakująca. Pamiętajmy o tym – marketing treści to nie śmieszne zdjęcia „Serca i Rozumu” czy rozrywkowe wideo z product placementem.

Marketing „po bandzie”

Nie przepadamy za reklamami. Męczy nas, że z każdej strony ktoś chce nam coś sprzedać. Naturalnym mechanizmem obronnym jest unikanie tego typu przekazów. Jednak konsumujemy pewne dobra materialne, korzystamy z usług. Coraz częściej szukamy ich sami, głównie w internecie. Dobre treści, które tworzymy na potrzeby naszej strategii komunikacji sprawiają, że nasza strona WWW, czy profil w mediach społecznościowych (dotyczący naszej marki, usługi, produktu) lepiej pozycjonuje się w wyszukiwarkach internetowych. 

::

Chcecie poznać więcej twarzy marketingu treści? Zapraszam Was 11 marca na konferencję organizowaną przez Mediarun. <<sprawdź szczegóły>>

Konferencja skierowana jest do osób, które pracują w dziale marketingu, w dziale sprzedaży online, agencji reklamowej, domu mediowym, agencji interaktywnej oraz PR i chcą zgłębić swoją wiedzę oraz dowiedzieć się:

  • czy content marketing sprzedaje i jak sprawić, aby działał na korzyść w erze digitalu;
  • jak tworzyć dobry content w social mediach, który zaangażuje klienta;
  • skąd brać pomysły na wartościowe treści i jak je rozprzestrzeniać;
  • jakie znaczenie ma storytelling w budowaniu angażujących historii i marek, które kochają konsumenci.

Swoje prelekcje wygłoszą m.in.: Yuri Drabent (Agnecja Lubię to), Włas Chorowiec (LeadBullet) i  Marcin Rzeczkowski (GoldenSubmarine).

 

KONKURS. Mam dla Was wejściówkę na to wydarzenie. Przekaże ją osobie, która w najciekawszy sposób odpowie na poniższe pytanie:

„Content marketing w świecie wearable devices i małych wyświetlaczy: jak go tworzyć i co powinien zawierać?”
Odpowiedzi wysyłajcie jako wiadomość prywatną (żebyście nie ściągali od siebie ;-) na fan page’u Why so social. Czekam do 2 marca!
::

Stay sick, stay social!
Artur Roguski

Social media: cechy dobrej kampanii

Dobry wiral to najtrudniejsza część kampanii. Reszta to czysta wiedza i… zdrowe podejście z odpowiednim nastawieniem na sukces. 

Oto lista 6 rzeczy, na które warto szczególnie mocno zwracać uwagę podczas projektowania kampanii w mediach społecznościowych.

Narzędziowe traktowanie social media

Jestem zwolennikiem nie używania zwrotu „strategia w social media”. O strategii możemy mówić wyłącznie na najwyższym szczeblu decyzyjnym, który jest po stronie klienta. Mamy do czynienia wtedy ze strategią marki – wszystko co jest poniżej to działania. Oczywiście wielu klientów angażuje w proces tworzenia strategii marki agencje reklamowe, ale przeważnie są to agencje 360, które mają bardzo szerokie kompetencje.

Social media, Facebook, blogi – są to narzędzia na podobnym poziomie co adwords, mailingi czy kampanie odsłonowe. Jedyna różnica polega na tym, że są bardziej interaktywne i wymagają o większej uwagi ze strony osób, które się nimi zajmują.

Zanim rozpoczniemy jakiekolwiek działania dowiedzmy się jak najwięcej o marce/produkcie/ usłudze. Nasze działania powinny być odzwierciedleniem tego co się dowiedzieliśmy. Nie starajmy się na nowo kreować marki z social media!

—–

Przeczytaj też: Strategia w social media nie istnieje 

—–

Wartościowe KPI

„Połowa pieniędzy wydanych na marketing jest wyrzucona w błoto. Problem w tym, że nie wiadomo, która połowa.” – ta fraza ma około 100 lat i coraz bardziej traci na znaczeniu. Odpowiednie wybranie celów sprawi, że wydane na działania w social media pieniądze nie pójdą w błoto.

Jakie KPI powinniśmy sobie postawić:
- liczba wejść na stronę WWW lub sklep internetowy
- liczba dokonanych akcji (wypełnione formularze, zostawione dane, zapisanie się na newsletter)
- dokonane transakcje

Jakich KPI unikać:
- liczba fanów
- liczba akcji typu like, komentarz czy udostępnianie
- nie dajmy się zwieść wskaźnikom popularnych narzędzi analitycznych (np. engagement rate)

Mierzalność prowadzonych działań

Skoro już postawiliśmy sobie cele, na przykład powiększenie bazy klientów, to należy zmierzyć czy jesteśmy skuteczni w ich osiąganiu. Ustawmy odpowiednio Google Analytics, jeszcze przed rozpoczęciem działań, śledźmy bardzo dokładnie każdy krok użytkowników z mediów społecznościowych.

Powyższe pomiary prowadźmy na jeden lub dwa miesiące przed i po okresie prowadzonej kampanii. Nawet najdokładniejsze wyniki nie mają wartości jeśli nie są osadzone w pewnym kontekście.

Dobór mediów

Okres działań w social media bez potrzeby zakupu mediów odszedł bezpowrotnie. Już nie wystarczy zamieścić wpisu i czekać na reakcję fanów. Mając w pamięci postawione cele wybieramy odpowiednie płatne kanały dotarcia (Facebook, blog, Youtube) i odpowiednie płatne działania (Facebook Ads/Promoted post, wpis sponsorowany, konkurs, reklama w serwisie).

Wiele zależy od rodzaju naszego produktu czy usługi, ale zazwyczaj ciężko będzie nam z góry przewidzieć co będzie skuteczniejsze: promoted post na Facebooku, czy wpis u znanego blogera. Optymalnie jest sprawdzić wszystkie możliwości (możemy się pozytywnie zaskoczyć wynikami), by następnie wybrać te, które dają najlepsze rezultaty. Jeśli okaże się, że reklamy na Youtube generują więcej wejść na stronę WWW i wypełnionych kwestionariuszy, to nie bójmy się zrezygnować ze współpracy z blogerami lub z reklam na Facebooku (chociaż te ostatnie, dobrze ograne są o wiele skuteczniejsze niż mailingi czy popularna odsłonówka). 

Udrożnienie dwukierunkowych kanałów komunikacji

Media społecznościowe to komunikacja, to medium, które wymaga charyzmy i empatii. I ludzi to czują! Użytkownicy (nasi klienci) chcą korzystać z możliwości jakie im daje. Stwórzmy zatem w kampanii proste i widoczne miejsca kontaktu między marką, a klientami (obecnymi i potencjalnymi). Może to być otwarty profil na Facebooku, może to być dedykowany czat albo adres mailowy, z którego mogą korzystać użytkownicy. Ważne, aby te miejsca wyeksponować i odpowiadać na każde zapytanie czy chociażby wzmiankę.

„Hej! Piszcie do nas! Możecie zrobić to tu i tu”.

Nie musimy czekać, aż ktoś bezpośrednio do nas się odezwie. Monitorujmy internet i nawiązujmy nowe kontakty. Pomagajmy ludziom (ale nie sprzedawajmy), dziękujmy za dobre słowo. Jest to wręcz mrówcza praca, ale się opłaca… ziarnko do ziarnka…

Go Viral!

Najtrudniejsza część. Wymaga nie tylko kreatywności, ale też zasobów. Wiralowa treść o niskich kosztach to jak wygrana na loterii. Jest dziełem przypadku. Jeśli chcesz stworzyć od podstaw, świadomie wiral to skieruj swoje myśli na dwa słowa: wideo i historia.
Wideo święci swoje triumfy w internecie – wystarczy spojrzeć na rosnącą popularność vlogerów. Pamiętaj o jego jakości. Ja wiem, że iPhone i Galaxy S4 kręcą świetnej jakości filmy, ale zainwestuj w profesjonalnego operatora i oświetleniowca. To zrobi niezbędną różnicę.

Od wieków ludzie przekazywali sobie historie. Z ust do ust, wirusowo rozchodziły się baśnie o dzielnych rycerzach, smokach i innych dziewiczych księżniczkach. To jest dopiero wiral! Ileż to lat już? Kilkaset? Dlatego też twórz swoje historie, opowiadaj je umiejętnie. Pamiętaj, że mają dotyczyć spraw ważnych, bliskich Twoim klientom. Twoje historie mają dawać nadzieję, siłę, mają zaskakiwać i wywoływać uśmiech na twarzach. Opowiadaj je za pomocą obrazów lub wideo.

Niestety, aby stworzyć wiral lub świetną historię musisz zatrudnić do tego najlepszych. Ludzi o spontanicznym flow, które niesie ze sobą tłumy. Nie trudno zgadnąć, że wiąże się to z dużymi kosztami.

::

Temat wirali w najbliższym czasie jeszcze poruszę na blogu. Najprawdopodobniej w formie wywiadu z kimś fajnym (może będzie to początek kanału Why so social na Youtube?).

Zgłaszajcie propozycje kogo chcecie!

::

Stay sick, stay social!Artur Roguski

Dlaczego Facebook przetrwa?


Nastała nowa moda. Moda na wróżenie upadku Facebooka. Najczęściej opiera się ona o własne doświadczenia i bardzo wybiórcze fakty, które  mają wyłącznie potwierdzać wcześniej postawioną hipotezę. Każdy się czuje media-future-trenderem. Ja też. Tylko, że moim zdaniem te predykcje są mówiąc wprost, nie warte złamanego grosza. Dlaczego?

Pierwszy argument to malejąca liczba nastolatków, którzy korzystają z Facebooka. Problem w tym, że serwis z Menlo Park nie do końca ich pożąda, ponieważ nie są klientami z dużą siłą nabywczą. Facebookowi zależy na nastolatkach, którzy już dorośli i mają grube portfele. Tylko na takich ludzi reklamodawcy zostawią Markowi duże sumy. Jak pokazują badania liczba użytkowników serwisu w wieku +25 lat ciągle rośnie!

Swoje zrobiło badanie „amerykańskich naukowców”, którzy wywróżyli serwisowi rychły upadek. Spekulacje oparli o… historię serwisu Myspace. Nie wzięli pod uwagę dwóch rzeczy: liczby użytkowników obu serwisów oraz ruchu jakie generują na inne strony WWW. Facebook obecnie ma ponad 1,2 miliarda użytkowników na świecie (dziennie z serwisu korzysta 757 mln z nich), Myspace w swoim szczytowym momencie miał zaledwie 0,25 miliarda. Obecnie Facebook jest odpowiedzialny za ponad 10 proc. ruchu na stronach internetowych. Wszystko dzięki wtyczkom „polubień” i „udostępnień”, które są obecne na większości stron WWW na świecie. Również algorytm Facebooka, zwany Edgerankiem, faworyzuje wpisy w postaci linków. Nie ważne, że linki kierują na serwisy spoza domeny Facebook.com.
Agencje specjalizujące się w social mediach również robią swoje. W ciężkich bojach wydzierają budżety mediowe, które lądują w sejfie w Menlo Park. Prowadzenie działań marketingowych na serwisie jest dosyć proste, co skutkuje dużą liczbą takich agencji. Nic nie wskazuje na to, że ten trend zniknie. Nawet konsolidacja agencji interaktywnych.
Dlaczego Gadu-Gadu upada? Zabija je Facebook ze swoim Messengerem. Nic dziwnego, że jest on osobną aplikacją mobilną. Kontakt przez Facebooka jest szybki, intuicyjny. Ludzie wykorzystują serwis nie tylko w kontaktach prywatnych, ale również służbowych. Pomyślcie z iloma osobami dziennie kontaktujecie się przez Messengera, a z iloma poprzez inne kanały.

Facebook, pomimo niezbyt dobrych aplikacji, jest obecnie jedną z najbardziej popularnych aplikacji mobilnych  na świecie. Myspace tego nie miał. 53 proc. przychodów Facebooka za Q4 2013 pochodzi z mobile (1,25 mld) i wynosi niemal tyle co… łączne dochody serwisu w Q4 2012. Dziennie z serwisu za pomocą telefonów korzysta ponad 500 mln osób, czyli 2 razy więcej niż Myspace miał kont w swoim szczytowym okresie. Tylko idiota wróżyłby upadek spółce z taką dynamiką przychodów.

Osoby, które pracują w Facebooku nie wzięły się z przypadku. Są doświadczonymi marketerami, potrafią dobrze przewidywać przyszłe trendy. I nawet jeśli wiedzą, że serwis kiedyś upadnie to swoimi działaniami są w stanie odwlec ten moment o wiele lat. Na przykład poprzez zakup Instagrama…
::
Jak sądzicie – kiedy skończy się era Facebooka?

 

Web 3.0 – konkurs

http://mediarun.com/academy/web-3-0/

Obecnie żyjemy w czasach web 2.0, czyli w świecie mediów społecznościowych. Każdy internauta może tworzyć treści, każdy może wchodzić w interakcję z treściami stworzonymi przez innych. Cudowny kocioł chaosu i samowolki, na który trudno narzucić jakiekolwiek zasady. Całe szczęście  społeczeństwo internetowe jakimś cudem potrafi się w miarę możliwości same regulować. Ale czym w takim razie jest web 3.0?

Znam dwie interpretacje tego pojęcia. Pierwsza jest ściśle powiązana z „big data”. Zakłada, że wszelkie treści, które będą do nas docierać zostaną najpierw przefiltrowane przez sito stworzone na podstawie naszych wcześniejszych zachowań, zainteresowań czy decyzji zakupowych. Dzięki temu nie będziemy musieli się denerwować popularnym spamem.
Druga interpretacja to świat „wearable devices”. Komputery stacjonarne i laptopy sprzedają się w mniejszych ilościach. Rośnie za to sprzedaż smartfonów, tabletów i smartwatchów. Pojawiają się też inteligentne opaski na rękę, ubrania czy urządzenia codziennego użytku.

Rozpowszechnianie się „wearable devices” niesie za sobą zmianę sposobu przyswajania treści. Otóż, żaden inteligentny zegarek, smartfon a tym bardziej opaska na rękę nie będzie miała nawet w 1/4 tak dużego wyświetlacza jak komputer. Co za tym idzie, drastycznie maleje miejsce na treści, zwłaszcza te reklamowe. A skoro będzie mniej miejsca na treści, to muszą być bardziej dopasowane do indywidualnego użytkownika. To kieruje nas z powrotem do pierwszej interpretacji pojęcia web 3.0…


Jeśli chcecie się dowiedzieć więcej na temat przyszłości internetu i web 3.0 to zapraszam Was na konferencję Web 3.0 Nowe standardy organizowaną przez Mediarun Academy. Konferencja odbędzie się 11 lutego w Warszawie.

Program konferencji złożony jest z dwóch paneli, z których pierwszy będzie dotyczył trendów i prognoz na nadchodzące miesiące, a nawet lata. Podczas tej części dowiesz się:

- jakie są aktualne standardy i trendy digital marketingu na 2014 r;
- jak działania w Internecie wpływają na decyzje zakupowe konsumentów;
- jak zarządzać komunikacją i spersonalizować swój przekaz;
- przyjrzy się zmianie paradygmatu – od monologu do dialogu, czyli jak interpretować i rozumieć nowego konsumenta oraz jak go zaangażować.

Druga część konferencji zostanie poświęcona narzędziom i systemom, które umożliwiają sprawne wdrożenie nadchodzących trendów. Podczas tego panelu będziecie mogli: 

- poznać najnowsze narzędzia WEB 3.0 z wykorzystaniem m.in.: Marketing Automation, RWD, Big Data, nowych standardów SEO;
- dowiedzieć się czym jest UX i jaki ma wpływ na wyniki;
- dowiedzieć się jak wykorzystać Social Media do zwiększania poziomu rekomendacji i sprzedaży i – - jak mierzyć jej efektywność;
- dowiedzieć się dlaczego „Content is SEO king” , czyli zmiany w strategii pozycjonowania;
- zrozumieć nowoczesne E-commerce i nowy ecosystem marketingowy wsparcia sprzedaży online.  

Swoje prelekcje wygłoszą m.in.: Michał Sadowski (Brand 24), Ivan Hernandez (Walk Group) i Norbert Klein (Think Kong).

Mam dla Was jedno zaproszenie na konferencję. Przekażę je osobie, która w najciekawszy sposób opisze swoją wizję marketingu internetowego w 2019 roku. Na odpowiedzi czekam do niedzieli 2 lutego. Zamieszczajcie je w komentarzach w poście na moim fan page’u:

Trzynasty touchpoint – social media

 
Social media touchpoints http://www.freedigitalphotos.net

Kiedyś marketing był o wiele prostszy. Zwłaszcza zanim rozwinął się internet i wybuchły media społecznościowe. Jednak w błędzie są ci, którzy wyrzekają się tradycyjnych mediów i koncentrują się wyłącznie na nowych. Dlaczego?


Słowo klucz to „touchpoint”, które oznacza kontakt klienta (obecnego lub potencjalnego, ale również pracownika firmy) z produktem (bądź usługą) przed, w trakcie lub po zakupie. Ktoś mądry ostatnio wyliczył, że takich punktów stycznych jest ponad 100. Play w swojej ścieżce zakupowej dochodzi do 16 touchpointów. Spróbujcie teraz tę szesnastkę wymyśleć ;-)

Touchpointy możemy podzielić na 4 grupy (źródło: accelerom.com):

Celem każdego producenta produktów bądź usług jest sprzedaż. Do sprzedaży natomiast prowadzi wspomniana już ścieżka zakupowa, która jest optymalnym miksem wielu touchpointów. Tak jak puzzle, czy klocki – należy złożyć coś, co będzie się trzymało w całość i będzie miało sens. Najciekawsze jest to, że tak było kiedyś i tak jest teraz! Jedyna różnica, że przybyło nam więcej różnych klocków (nowych mediów), z których możemy budować skuteczniejsze ścieżki zakupowe.

Niestety marketingowców dopada syndrom „nowej zabawki”, czyli odkładanie na bok starych i zajmowanie się wyłącznie nową – w tym przypadku mediami społecznościowymi. Oczywiście jest to błąd, ograniczenie pola manewru.

Jak zbudować skuteczną ścieżkę zakupową

Oczywiście najlepiej jest korzystać ze wszystkich ponad 100 touchpointów. Niestety, jak zawsze ogranicza nas budżet. Dlatego też musimy wybrać te, które docierają do naszej grupy docelowej i dają szansę na największy zwrot z inwestycji (mityczny ROI). Pierwszą ścieżkę budujemy na podstawie wcześniejszych doświadczeń własnych (analiza tego co już zrobiliśmy i jakie wyniki osiągnęliśmy) lub naszej bezpośredniej konkurencji. Potem następuje egzekucja i pomiar. Pomiar w sumie jest najważniejszy. Dlaczego? Bo pozwoli nam modyfikować naszą ścieżkę zakupową – zmieniać wielkość budżetów skierowanych na poszczególne touchpointy lub wymieniać je na inne.

Zabieramy 30 proc. z telewizji i dodajemy mailingi oraz banery. Spadła sprzedaż? Przenosimy budżet z banerów na szkolenie obsługi klienta, czekamy i mierzymy. I tak dalej, i tak dalej… Optymalizacja nigdy się nie kończy, a czas od pomiaru do pomiaru może trwać kilka miesięcy. Gdy już wydaje nam się, że osiągnęliśmy maksymalny ROI, zmieniają się przyzwyczajenia i zwyczaje klientów lub konkurencja pokazuje innowacyjny produkt. Nigdy nie zaznasz spokoju.

Im więcej touchpointów tym większa skuteczność ścieżki zakupowej. Truizm, ale warto o nim pamiętać. Jednak każdy kolejny powinien być dodawany tylko wtedy, gdy obecna ścieżka zakupowa jest skuteczna i ma zadowalający ROI, który pozwala nam na większe inwestycje w marketing i reklamę.

Social media w ścieżce zakupowej

Jakie punkty styczne oferują nam media społecznościowe? Zaczynając od wpisów na niemal każdym portalu społecznościowym, poprzez blogi, fora a skończywszy na reklamie takiej jak chociażby Facebook Ad. Całkiem sporo, prawda? I dobrze, bo na każdym kroku podczas procesu zakupowego u klienta mogą odgrywać ważną rolę.

1. Pojawienie się potrzeby
Klient nagle zdaje sobie sprawę, że potrzebuje produktu/usługi z danej kategorii. W tym samym momencie przypomina sobie marki z danej kategorii i sytuacje, w których się z nimi zetknął.
Jeśli nasz klient jest aktywnym użytkownikiem internetu, to istnieje duża szansa, że taki kontakt z marką nastąpił w mediach społecznościowych. Może to być reklama lub post sponsorowany. Jednak największą szansę na przypomnienie się  mają wypowiedzi znajomych, rodziny lub blogerów na temat danej marki – niezależnie od tego, czy są pozytywne, czy negatywne. Według badań, marki, które pojawiają się w tym etapie są trzykrotnie częściej wybierane przez klientów, niż te, które pojawią się w jego świadomości później.

Działania: najważniejsze to monitorowanie internetu w celu niwelowania efektu negatywnych opinii i wzmacniania pozytywnych. Jest to też szansa na zaistnienie marki dosyć niskim kosztem. Za 40 tys. złotych (czyli koszt jednej emisji spotu w telewizji podczas prime time) jesteśmy w stanie zdobyć 50 tys. fanów na Facebooku oraz drugie tyle ich znajomych, którzy zobaczą to polubienie. Czy jest to lepsza inwestycja niż spot w TV? Myślę, że tak.

2. Poszukiwanie informacji 
Nasz potencjalny klient postanawia znaleźć i porównać kilka produktów/usług w celu wybrania najlepszej opcji. Wykorzystuje do tego celu wyszukiwarkę, serwisy porównawcze (np. ceneo.pl). fora internetowe czy portale społecznościowe.  

Działania: musimy dać się odnaleźć w łatwy i szybki sposób. Nasze profile w serwisach społecznościowych powinny być uzupełnione o wszelkie, niezbędne dane i informacje.
Kluczową rolą jest liczba fanów czy śledzących dany profil. Nie ma co się oszukiwać, ale jeśli jeden produkt ma 5 razy więcej fanów na Facebooku to na starcie zyskuje kilka metrów przewagi. Dlaczego? Po pierwsze większa szansa na to, że polubił go wcześniej przynajmniej jeden znajomy potencjalnego klienta (rekomendacja). Poza tym liczba fanów jest wskazówką dotyczącą popularności (i jakości) danego produktu. Po drugie najpierw zapoznamy się z ofertą tego z większą liczbą fanów. Jak pokazują badania, w momencie gdy decyzję musimy podjąć po pewnym czasie, to lepiej pamiętamy te produkty/usługi/treści, z którymi zapoznaliśmy się na początku.

3. Ocena zakupu
Klient się zdecydował i dokonał zakupu. Następne co zrobi to oceni czy produkt spełnia jego oczekiwania. W skrajnych przypadkach, czyli olbrzymiego zadowolenia lub rozczarowania, da upust swoim emocjom w internecie – w serwisach społecznościowych, forach lub opisze to na swoim blogu. Oczywiście rozczarowanie trafi na oficjalny profil marki, a zadowolenie na profil prywatny klienta. Nie jest to regułą, ale możemy zaobserwować taką zależność.

Działania: podobnie jak w punkcie pierwszym kluczem do sukcesu jest monitoring. Bardzo istotne jest to, aby nie zostawiać klienta samemu sobie po zakupie. Jeśli wyraża swoje niezadowolenie to spróbujmy mu pomóc – wyjaśnić działanie produktu, wymienić wadliwy. Jeśli jest zadowolony nagrodźmy go zniżkami dla niego i jego znajomych, podziękujmy za zakup, wykorzystajmy sytuację do zdobycia jego adresu mailowego.

4. Zbudowanie lojalności
Teraz skupiamy się na tych klientach, którzy są zadowoleni z zakupu naszego produktu lub usługi. Lubimy rozmawiać o markach, wymieniać się doświadczeniami. Robimy to często nieświadomie rzucając tekstami typu „ciuchy marki X rozpadły się po pierwszym praniu, a w marce Y chodziłem przez ponad rok”. Zamieszczamy w mediach społecznościowych wiele zdjęć i jest niemal niemożliwe, aby były one wolne od marek. Zawsze gdzieś dostrzeżemy markę odzieży, napoju, nazwę restauracji itp. Obserwujemy też sytuacje, w których użytkownicy wprost pytają swoich znajomych o doświadczenia związane z konkretną marką.

Działania: angażowanie już zebranych fanów czy followersów. I nie chodzi o wrzucanie na profil śmiesznych obrazków z kotami. W końcu naszym celem jest sprzedaż, więc oferujmy nowe produkty, zniżki, promocje. Ciekawym rozwiązaniem jest organizowanie brandowanych imprez, podczas których nasi klienci będą mieli okazję doświadczyć marki w nowej sytuacji. Zaproszenia na imprezę możemy rozdać subskrybentom i fanom.

Oczywiście znajdzie się jeszcze sporo innych działań, które możemy podjąć w każdym z 4 wyżej opisanych etapów. Wszystkie zależą od grupy docelowej, tego, na jakiej platformie social media przebywają oraz funkcji jakie taka platforma oferuje. Opisanie wszystkich mogłoby doczekać się osobnej publikacji w księgarniach.

::

Na koniec kij w mrowisko. Pracując w mediach społecznościowych, czy nawet w całym interactive jesteśmy wyłącznie szeregowymi pracownikami przy „taśmie”. Wykonujemy pewne zadania według tego co wiemy, poznaliśmy, jednak większość z nas nie ma zielonego pojęcia jak działa cała fabryka. Nawet się nad tym nie zastanawiamy za bardzo. Po prostu robimy swoje.
Jedynie dyrektor fabryki wie, na których taśmach produkcyjnych są produkowane najbardziej watrościowe komponenty (touchpointy) i jak ustalić ich wydajność, aby było z czego zapłacić wszystkim pracownikom.

::

Photo: www.freedigitalphotos.net

PO kupuje fanów z Turcji?

A może padło ofiarą „ataku” nieprzychylnej organizacji? Ciężko ocenić i lepiej wstrzymać się z osądami. Jednak pytanie należy zadać, bo jeśli rzeczywiście ktoś z PO kupuje fanów, to jest to najzwyklejsze oszustwo, które wiodącej partii politycznej nie przystoi.

Po wejściu na oficjalny profil Platformy Obywatelskiej na Facebooku wystarczy kliknąć w ikonkę z liczbą fanów. Od razu widzimy podstawowe informacje o fanach takie jak wiodąca grupa wiekowa, lokalizacja czy bieżąca dynamika wzrostu fanów i liczby „osób, które mówią o stronie” (ang. people talking about). Te statystyki są dostępne nawet dla użytkowników serwisu, którzy nie są administratorami fan page’y.

W przypadku fan page’a PO większość fanów jest w wieku 18-24 lata, co nie jest niczym dziwnym. Ba! Nawet dobrze się składa, że młodzi ludzie interesują się polityką. Jednak spore kontrowersje wzbudza fakt, że największa liczba fanów pochodzi ze stolicy Turcji. Dziwne, jak na liczący 48 tysięcy fanów fan page polskiej partii politycznej…

Druga niepokojąca rzecz w widocznych statystykach to fakt, że 9 stycznia do fan page’a dołączyło około 4,5 tysiąca nowych fanów. I zdecydowanie nie jest to tak zwany wzrost generyczny, który we wcześniejszym okresie był zerowy!

::

Na pewno cała sytuacja powinna zostać wyjaśniona przez osoby odpowiedzialne za profil Platformy na Facebooku. Jednak przestrzegam przed przedwczesnym kamieniowaniem.
Ktoś mógł „kupić” fanów z Turcji, tylko po to, aby wzbudzić kontrowersje. Serwisy aukcyjne, takie jak Allegro, pozwalają szybko i bezproblemowo kupować fanów nie tylko do fan page’y, których jesteśmy administratorami. Wystarczy podać url.
Koszt 5 tysięcy fanów to wydatek rzędu 50 do 150 złotych (można na fakturę). Narobienie problemów i kryzys wizerunkowy wywołany anonimowo za taką kwotę? Bezcenne.

Chociaż z drugiej strony mam nadzieję, że osoba, która zrealizowała takie „zamówienie” wskaże zleceniodawce. 

I tutaj nachodzi mnie smutna konkluzja: jak piekielnie łatwo jest w czasach internetu i mediów społecznościowych coś zniszczyć. Nieważne czy jest to osoba, instytucja czy firma. Za 100 złotych i poświęcenie godziny czasu możemy obrócić w pył coś co było budowane latami.

::

Jakie jest Wasze zdanie na temat tureckich fanów PO?

Śmierć w newsfeedzie – case study

Jak polscy internauci zareagowali na śmierć Paula Walkera i Nelsona Mandeli? Okazuje się, że Facebook stał się na kilka dni epicentrum empatii. Jak sądzisz, Drogi Czytelniku, która śmierć wywołała największy buzz w internecie? A może zastanawiałeś się dlaczego udostępniasz (lub nie) informacje o śmierci ludzi w mediach społecznościowych? 


Nie ulega wątpliwości, że media społecznościowe wpłynęły na ludzi. Ale nie zmieniły ich w takim stopniu jak powszechnie się uważa. Raczej umożliwiły im ekspresję pewnych zachowań, uczuć i emocji. Na przełomie listopada i grudnia mieliśmy tego przykład. 30 listopada zginął tragicznie w wypadku samochodowych Paul Walker, aktor znany głównie z serii filmów „Szybcy i wściekli”. 5 grudnia natomiast  w wieku 95 lat zmarł Nelson Mandela, jeden z najbardziej rozpoznawalnych polityków i działaczy na świecie.

Dwie różne osoby, różne okoliczności śmierci. Wydawać by się mogło, że Nelson Mandela był o wiele bardziej wpływową osobą niż Paul Walker. Dodatkowo swoimi czynami (walka z apartheidem, działania na rzecz walki z AIDS, laureat pokojowej nagrody Nobla, pierwszy czarnoskóry prezydent RPA)
stał się ikoną i wzorem dla milionów ludzi ma całym świecie.

Nic bardziej mylnego – jakby to powiedział Radek z Polimatów…

Liczba publikacji

W dniach 1-9 grudnia na temat Walkera pojawiło się w polskim internecie 8830 wzmianek, z czego ponad połowa pochodziła z serwisu Facebook.com.
W dniach 5-9 grudnia na temat Mandeli pojawiło się zaledwie 1801 wzmianek. Warto odnotować, że tylko 446 z nich pochodziło z Facebooka (przy 4686 w przypadku Walkera).


Śmierć Walkera wywołała na Facebooku ponad 10 krotnie większy buzz, niż Nelsona Mandeli.

Poniżej garść danych od Newspointa:

Walker Mandela liczba publikacji w internecie
Publikacje Walker vs. Mandela (1-9 grudnia 2013)

Publikacje Facebook Walker Mandela
Publikacje Facebook Walker vs. Mandela (1-6 grudnia 2013)
 
Publikacje Twitter Walker vs. Mandela (1-6 grudzień 2013)

Warto zwrócić uwagę, że piątego dnia od tragicznego wypadku Walkera było na jego temat więcej publikacji na Facebooku, niż w dniu podania informacji o śmierci Nelsona Mandeli.

Nie starczyło „empatii” na Mandelę?

Kluczowe znaczenie może mieć fakt, że oba wydarzenia dzieli pięć dni różnicy. Czyżby wśród użytkowników Facebooka wyczerpały się „pokłady empatii” na żałobę po śmierci Walkera? Jeśli tak, to kiedy się zregenerują? Powiem szczerze: jestem przerażony tą dysproporcją „popularności” obu przykrych wydarzeń. Warto się zastanowić dlaczego tak jest.

Żyjemy w bezpiecznych czasach

Podczas tegorocznego PR Forum Grzegorz Miecugow powiedział, że mniej interesujemy się sprawami świata (Syrią, Egiptem, Ukrainą, RPA) ponieważ sami czujemy się bezpiecznie. Dlatego też konsumujemy, czasami prostacką wręcz rozrywkę („Warsaw Shore”), zamiast pielęgnować wiedzę o przeszłości. Niestety jako społeczeństwo małą mamy wiedzę na temat tego kim był i co zrobił Nelson Mandela czy nawet Tadeusz Mazowiecki. O każdym z tych wielkich ludzi można napisać książkę, a większość z nas będzie miała problem, aby w pięciu zdaniach wypowiedzieć się o ich życiu i dokonaniach.

Śmierć pozwala nam nadrabiać zaległości

Żyjemy w świecie, w którym bardzo łatwo wpaść w „pułapkę informacyjną”. Ilość treści jaka do nas dziennie dociera jest olbrzymia. Czujemy się źle jeśli nie jesteśmy na bieżąco. W pewnym momencie zaczyna nam brakować czasu nawet na organizowanie i filtrowanie tego co do nas trafia. Nieświadomie poddajemy się i przyjmujemy wszystko. Idealnym przykładem tego jest są takie formaty jak „Warsaw shore” czy „Miłość na bogato” – oglądamy je „dla beki”, tłumaczymy sobie, że warto chociaż rzucić okiem na te treści, pomimo ich nikłej wartości dla naszego życia.
W niemal stu procentach jesteśmy „teraz”. „Teraz” nie daje nam spojrzeć w tył, zastanowić się i skorzystać ze spuścizny wielkich ludzi. Dopiero ich śmierć jest strzałem w pysk, który nas na chwilę wybudza. Zaczynamy sami szukać informacji, przekopujemy internet, czytamy książki, oglądamy filmy. Jednak mamy na to mało czasu, bo „teraz” to taka sprytna bestia, która szybko zarzuci nas kolejnymi treściami, związanymi ze zmarłą personą…

Jak umierać, to z efektami specjalnymi

Pomimo całych moich rozważań odpowiedź na pytanie dlaczego śmierć Walkera odbiła się większym echem niż Mandeli, jest banalnie prosta. Południowoafrykański przywódca zmarł w wieku 95 lat z powodu przewlekłej choroby. Nagłej śmierci Walkera towarzyszyło natomiast wiele różnych okoliczności: wypadek samochodowy, powrót z imprezy dobroczynnej, przekroczenie prędkości, nieskończone zdjęcia do nowego filmu. Ogólnie rzecz biorąc – było i jest o czym dyskutować.

::

Śmierć jest zawsze trudnym tematem. Zwłaszcza jeśli chcemy ją umiejscowić, nadać jej kontekst, lub po prostu zrozumieć. Każdy z nas radzi sobie z nią na swój indywidualny sposób. Media społecznościowe są tylko narzędziem, które to bardziej eksponuje. Jednak warto się zastanowić czy powinniśmy uzewnętrzniać się na portalach społecznościowych.

Prawda jest taka, że ani nie stajemy się sami bardziej empatyczni w ten sposób, ani postrzeganie naszej osoby przez znajomych nie ulegnie zmianie. Bo w dzisiejszym świecie i tak zwycięzcą zawsze będzie „teraz”…

::

Dane dostarczył: