Przyszłość social media

Właśnie dzieje się to, co duża część osób zajmująca się mediami społecznościowymi przepowiadała jakieś dwa, nawet trzy lata temu. Powoli odchodzimy od globalnych, olbrzymich sieci społecznościowych, a nasze aktywności kierują się w stronę mniejszych, ale bardziej ze sobą zżytych wspólnot opartych o geolokalizcję. Mimo to sądzę, że Facebook się i tym razem wybroni.

Czytaj dalej

Why so forex?

Dlaczego spekulacja na rynku Forex jest tym, co tygryski lubią najbardziej? Czego nauczyłem się podczas miesiąca grania? Czym się różni od hazardu? Poniżej moja opinia, czyli osoby, która wciągnęła się w rynek, ale wie, że czekają ją jeszcze miesiące praktyki, zanim osiągnie sukces.

Jeśli ktoś rynkiem Forex zajmuje się zawodowo, to musi być jedna z najtrudniejszych, a zarazem najbardziej pasjonujących prac. Nawet pomimo tego, że 8h dziennie siedzi się przed monitorem komputera, tabletu… czasami obu na raz. A zwłaszcza, jeśli uwielbiał strategie (lub dalej uwielbia) typu Panzer General, w których musi  szybko analizować każdy swój ruch i jednocześnie przewidywać kolejny ruch przeciwnika.

W Forex Twoim przeciwnikiem jest wykres otwartej przez Ciebie pozycji. Na jego kształt wpływają decyzję tysięcy graczy na całym świecie, rządy krajów oraz decyzje wpływowych banków centralnych. Twoje pieniądze nigdy nie będą miały większego wpływu na wykres niż milionowa część procenta. Tak więc płyniesz z tym prądem (co jest najbezpieczniejsze) i czekasz na dogodny moment, żeby z niego się wyłamać. Takimi momentami są dane gospodarcze oraz ważne momenty, które odczytujemy z historycznych danych wykresu.

To jest właśnie to, co odróżnia Forex od hazardu. Jeśli chcesz osiągnąć sukces musisz mieć wiedzę i śledzić dane z rynku. Oczywiście możesz spekulować bez tego, ale gwarantuję Ci, że szanse są nawet mniejsze niż w kasynie (poza tym w kasynie jest przyjemniej). Dodatkowo hazard nie wymaga od gracza tak istotnych na Forexie cech jak sumienność i dyscyplina.

I właśnie wyżej wspomnianą sumienność i dyscyplinę można ćwiczyć spekulując na rynku Forex. Samobójstwem jest zostawianie otwartych pozycji bez ustawionych tak zwanych stop lossów (automatycznych zleceń zamknięcia pozycji, gdy zaczyna przynosić duże straty).

Poniżej trochę statystyk z mojego konta:
liczba zawartych transakcji (otwartych pozycji): 90
zyskowne transakcje: 56,6 proc.
transakcje kupna: 61,1 proc.

Najczęściej zawierane pozycje (rodzaj, liczba, procent zyskownych transakcji):
EUR/USD, 20, 60 proc.
USD/JPY, 18, 61,1 proc.
USD/CAD, 14, 57,1 proc.

Pomimo tego, że ponad 50 proc. moich transakcji było zyskownych, to i tak jestem stratny ponad 5 tys. złotych na koncie. Wszystko za zaprawą jednej pozycji GBP/USD, którą musiałem zamknąć ze stratą aż 6,5 tys. Wszystko przez podstawowy błąd w myśleniu zarówno uczestników rynku Forex, jak i graczy w kasynie: „kiedyś musi się odbić”.

Dlatego też, każdego kto chce zacząć przygodę z rynkiem Forex zachęcam do 2 rzeczy.

1. Otwarcia najpierw konta/rachunku demo, gdzie nie obracamy prawdziwymi pieniędzmi. Ja grałem na koncie od X-Trade Brokers.
2. Uczestniczenia w webinariach i uczenia się od doświadczonych osób. Wierzcie mi, lub nie, ale czasami jedna linia narysowana na wykresie przez doświadczonego tradera może Wam otworzyć oczy na wiele rzeczy. Zapraszam do Akademii Forex.

::

Macie doświadczenia na rynku Forex? Opiszcie je w komentarzach! Mam jeszcze kilka książek „Forex dla bystrzaków” do rozdania!

Wpis o niczym

Siedzę sobie z Troyannem w kawiarni na Powiślu. Kawiarni jakich wiele. Maciek pisze na swoim ajMaczku wpis na blogaska. Zrobiło mi się głupio, gdy zdałem sobie sprawę, że w tym czasie bezproduktywnie przeglądam strumień spamu na Facebooku. Postanowiłem też coś skrobnąć… tak powstał wpis o niczym.

Bo co? Opiszę jak mi smakowała mrożona mocha (zanim pomyślałem o zrobieniu foci na Insta już ją wypiłem)? Zdam relację z miejsca i jakości obsługi? Cholera. Nigdy o tym nie pisałem, więc nie byłbym rzetelny. Poza tym nie jestem regularnym bywalcem dziesiątek takich miejsc w miesiącu. Potem naszła mnie kolejna myśl. Znajomy bloger opisał jak promować w social media hotele. Może pierdolnę notkę o tym, jak powinny się promować kawiarnie? Temat całkiem, całkiem… ale czy kiedykolwiek zajmowałem się promocją takowych? Raczej nie. Może jak będę prowadził jakiś mały coffee shop na warszawskiej Pradze to się skuszę.

Cholera. Przy drzwiach stoi urocza blondynka w mini. Paczy sobie co ja tam skrobię i bawi się włosami. Cwana ma okulary przeciwsłoneczne więc nic z jej oczu nie wyczytam. No, ale może będzie dla mnie inspiracją? W końcu mam doświadczenie w kontaktach z kobietami (jak niemal każdy mężczyzna powyżej 18 roku życia). Trzasnę coś o tym jak postępować z kobietami, czemu są takie wspaniałe i w ogóle. Tylko kurde gdzie ja tam upcham marketing i social media? Zresztą pewien czas temu pisałem o podrywie na Facebooku, więc trzeba jeszcze trochę odczekać.

A może na szybkości ogarnę wywiad z Maćkiem? Ale jak mu to zaproponowałem to zrobił taką minę:

No to chociażby jakiś mały poradnik w 7,9 lub 13 punktach. Jak zachować się w kawiarni? 11 sposobów na zagadanie do dziewczyny. 3 i pół wskazówki jakie zdjęcia wrzucić na Tindera, żeby mieć więcej trafień (sic!). W sumie może ktoś to nawet przeczyta, zainspiruje się, skorzysta. Ale czy to nie jest tak, że każdy z nas, niezależnie od tego czy jest, czy nie jest blogerem, może takie poradniki trzaskać?

I tak, rozkminiając o czym mogę napisać, powstał ten wpis. Wpis o niczym ;-)

Smutny autobus dzieli branżę

Branża podzieliła się na dwa skrajne obozy. Wszystko dzięki kreacji wideo od agencji K2 przygotowanej dla Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Chciałbym trochę na bok odstawić to, czy kampania jest dobra, czy zła. Ciekawsze są obserwacje ludzi komentujących Smutny autobus.

Opinia jest jak dupa – każdy ma swoją. Wiem, wiem. Powtarzam się znowu, ale powoli przestaję walczyć z, i o dupy innych. Zwłaszcza, że żyjemy w czasach Web 2.0. gdzie każdy kto umie włączyć komputer może być specjalistą od kurwa wszystkiego.
Podobnie jak mamy niemal 40 mln trenerów i specjalistów od piłki nożnej, tak mamy też 40 mln specjalistów do spraw reklamy i marketingu. No bo przecież skomentowanie reklamy na zasadzie podoba mi się/nie podoba mi się nie wymaga wiedzy i doświadczenia. I podobnie jak nasza reprezentacja spada na pysk w rankingu FIFA, tak i z Cannes przywozimy coraz mniej nagród.

Kto hejtuje „Samotny autobus”? Samozwańcze, pseudogwiazdki marketingowego świata. Gwiazdki, które w życiu nie przyłożyły chociażby pół palca do kreatywnej i nagrodzonej kampanii reklamowej. Gwiazdki, które połowę swojego czasu spędzają na pisaniu wpisów na Facebooku lub wymyślaniu wpisów na swoim blogasku. Reszta hejterów to typowe polaczki.

Postanowiłem spytać się o opinię na temat kontrowersyjnej kreacji kilku osób, które w kreacji siedzą od kilku lat i zjadły sobie zęby na briefach od klientów. I to nie byle jakich klientów i w nie byle jakich agencjach! Są to osoby, które na co dzień pracują w najlepszych polskich agencjach reklamowych. Co się okazuje? Zupełnie inaczej oceniają „Smutny autobus”, doceniając w pierwszym rzędzie fakt, że film jest viralem. Poniżej przedstawiam komentarze tych osób (autorzy chcą pozostać anonimowy z różnych względów).

Ja to lubię. Miał być viral i jest – nie wiem czy nie najbardziej rozprzestrzeniający się w historii polskiej reklamy*. Brawo. Wg mnie odbiór kampanii świadczy  tylko o społeczeństwie i jego zdolności rozumowania i wyciągania wniosków. Co zabawne autobus i jego bezrefleksyjny odbiór ma wiele wspólnego z tzw. „Aferą podsłuchową”. Brawo dla K2.

*po dwóch dniach wideo ma 300 tys. wyświetleń na Youtube. Stosunek ocen pozytywnych do negatywnych: Podoba mi się1 667 doNie podoba mi się5 053

Super, że wywołano emocje, prawdziwy wiral, tylko zabraklo jakiejś konferencji prasowej czy odkręcenia komunikatu (troche jak w akcji Bentley Burial)

Dwie branże

Jaki wniosek się nasuwa? Mamy dwie „branże”. Jedną skoncentrowaną wokół uznanych agencji reklamowych, gdzie na kierowniczych stanowiskach pracują ludzie, którzy mają mówiąc wprost wyjebane, bo są pewni swojej wartości. Drugą w formie interaktywnego wrzodu powstałego podczas boomu na media społecznościowe. Charakteryzuje się potrzebą pokazania własnej wartości oraz przerostem formy nad treścią. Branża numer jeden, nazwijmy ją „reklamową”, ma w swoich szeregach specjalistów z kilkunastoletnim stażem. Tam też przechodzą miliony złotych budżetów każdego roku (w niektórych przypadkach nawet dziesiątki milionów). Druga („interaktywna”) swoją wiedzą i doświadczeniem jest bliższa przeciętnemu Kowalskiemu, który porządnego i wymagającego briefu nawet nie powąchał.

Całkiem ciekawa dyskusja odbyła się również pod postem, który zamieściłem na swoim profilu.

Hejtować, czy nie hejtować

Na deser zaserwuje Wam moją ocenę kampanii – liczę, że zostanie zgłoszona na kilka festiwali w Polsce i za granicą.
Długo można rozprawiać o jej elementach, więc skupię się na tych dla mnie najważniejszych.

Po pierwsze spot wykorzystuje mechanizm „huśtawki emocjonalnej”, która wpływa na zapamiętywanie informacji albo nasze decyzje. Wbrew temu co „specjaliści” z branży interaktywnej sądzą, nie mamy zapamiętać adresu aplikacji, ale mieć świadomość o zagrożeniu jakie niosą za sobą niesprawne pojazdy. Rodzicowi wsadzającemu pociechę do autokaru powinna zapalić się lampka ostrzegawcza. Adres aplikacji i strony znajdzie sobie w telefonie w 30 sekund dzięki wyszukiwarce.
Po drugie czas wypuszczenia wirala jest idealny – koniec czerwca, czyli koniec roku szkolnego i początek wyjazdów na kolonie, obozy itp.
Po trzecie – jeden z branżowców zwraca uwagę, że kreacja wykorzystuje elementy z popularnych i nagradzanych w Cannes kampanii. So fucking what? Jak czerpać to od najlepszych. Poza tym niemal niemożliwe jest wymyślenie czegoś totalnie nowego w świecie reklamy i marketingu. Proces teamu kreatywnego zaczyna się od zrobienia reaserchu kampanii dla podobnego produktu/usługi/idei.

Na stronie Brief.pl zamieszczony jest też komentarz Arka Szułczyńskiego, dyrektora kreatywnego K2:

„Wiemy, że najlepiej oddziaływają silne emocje. Wywoływanie pozytywnych uczuć do antybohatera jest zabiegiem, który niejednokrotnie w historii reklamy potrafił skupić uwagę widza. Reklamy tego typu zawsze polaryzują publiczność. Chcieliśmy zderzyć sentyment i ciepłe uczucie z bardzo realistyczną odpowiedzialnością rodzicielską. W taki sposób stworzyliśmy zdezelowany Smutny Autobus jako przeciwwagę do nowego i przede wszystkim sprawnego pojazdu. Wierzymy, że poprzez kontrowersyjną historię komunikat na stałe zapadnie w pamięci. Pragniemy wesołych, nowych, bezpiecznych autobusów na drogach. Pragniemy bezpieczeństwa dla naszych dzieci i dla nas samych.”

Jak widać cel został osiągnięty, a założenia kampanii były słuszne.
Osobiście bardzo kibicuje „Smutnemu Autobusowi” i jestem ciekaw jak zostanie oceniony przez cały świat, a nie tylko nasze małe, pełne głośno szczekających ratlerków podwórko.

Public relations kuleje

Po ponad roku pracy w mediach mogę zmierzyć się ze stanem public relations w polskiej branży. Oceniając pijar w skali szkolnej nie mogę dać wyższej oceny niż 3 minus. Dlaczego? Ponieważ nie nadąża za zmieniającym się światem i rozwojem technologii.

Powstały setki, jak nie tysiące definicji pijaru. Jednak ich wspólnym elementem jest stwierdzenie, że pijarem nazywamy komunikowanie się instytucji/podmiotu/osoby z wybraną częścią otoczenia. Dlaczego warto wyróżnić konkretne części? Ponieważ marka inaczej będzie komunikowała się z klientami, a inaczej z partnerami biznesowymi czy inwestorami, a jeszcze inaczej z mediami.

Właśnie komunikacja z tą ostatnią grupą jest mi najbliższa. Z jednej strony cieszę się, że dalej utrzymuje się schemat „podmiot -> media -> grupa celowa”. Z drugiej natomiast niepokoi mnie fakt, że jest on tylko pozorny. Decydując się na medium marki głównie patrzą na jego zasięg, a nie grupę celową. Zasięg ma sens wyłącznie jeśli chcemy dotrzeć do szerokiej grupy konsumentów, bez konieczności szczegółowego określania ich demografii, zainteresowań itp. Gdy naszym celem są natomiast inwestorzy, czy partnerzy biznesowi to nie możemy liczyć na zasadę „ślepej kurze ziarno” – a tak się niestety dzieje.

Pijar w Polsce jest słaby

Zapewne wiele osób się z tą oceną nie zgodzi. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że będą to osoby, dzięki którym oceniam pijar nad Wisłą na 3-, a nie na 2.  Powodów mojej oceny jest kilka. Pierwszym jest stosowanie nieodpowiednich narzędzi.

Wysyłanie maili do baz setek adresów i obdzwanianie odbiorców to zło. I strata czasu. Dziennikarz (pracownik mediów) otrzymuje przynajmniej kilkadziesiąt (jak nie kilkaset) maili dziennie. Tego samego dnia zamieści góra 3 informacje na stronie WWW lub napisze jeden tekst do papieru. Jak widać wysyłka pijarowca ma 3 proc. szans na publikację. Oczywiście jeśli wyśle do bazy 300 adresów może liczyć, że ktoś się zainteresuje i umieści. Ale czy to ma sens?
Później następuje obdzwanianie, najczęściej przez juniorów lub stażystów. Dziennikarz sam się odezwie jeśli będzie potrzebował uzupełnienia, czy dodatkowych informacji. Dzwoniąc do niego tracimy czas, który lepiej przeznaczyć na przygotowanie lepszej i ciekawszej informacji.

Gdzie budowanie relacji z przedstawicielami mediów? Gdzie dialog? Jak te działania mają się do definicji? Media i pijar powinny współpracować. Na szczęście mam przyjemność pracować z kilkoma przedstawicielami tej profesji, którzy to rozumieją, wiedzą jak działać. Jednak jest to nadal kropla w morzy.

Do pijaru nie potrzeba umiejętności

Jest to przerażające! Wystarczy, że ktoś nie jest introwertykiem, umie napisać parę zdań (i to nie zawsze) i potrafi wysłać maila z załącznikami. Nie trzeba mieć wiedzy, twardych umiejętności. Czasami nawet załączenie plików sprawia problem bo dostaję zdjęcia w treści maila, albo wklejone w beznadziejnej rozdzielczości w plik word. Karierę w pijarze rozpoczyna się jak telefoniczny sprzedawca oferty telekomunikacyjnej. To ja już chyba wolałbym parzyć kawę jakiemuś kreatywnemu w agencji reklamowej!

Całe szczęście, że są takie narzędzia jak Prowly, które w jakiś sposób wprowadzają porządek i niejako wymuszają pewne standardy.

Klient każe, pijar robi

Mam wrażenie, że agencje pijarowe robią to, co każe im klient i nic więcej. Nie wychodzą z inicjatywą, nowymi pomysłami… albo są one zabijane z miejsca. Dla klienta liczy się liczba wzmianek w prasie, internecie czy telewizji. Dochodzi do chorych sytuacji, gdy zadaniem działu PR jest wysyłanie notek o tym, że marka ma nową stronę WWW albo wypuściła nowy spot reklamowy. Do jasnej cholery! Gdzie w takim działaniu jest budowanie relacji z otoczeniem? Jeśli chcecie, aby było dużo wejść na stronę, albo obejrzeń spotu to zainwestujcie w reklamę.

Agencje oczywiście pochylają głowę i nie walczą z klientem, nie edukują w obawie o stratę budżetu. A co najgorsze nie są w stanie powiedzieć klientowi, że to co robi nie jest seksi i wszyscy będą to mieli w głębokim poważaniu nieważne na ilu portalach zostanie to zamieszczone.

Na bakier z nowymi trendami i technologiami

Dobry pijarowiec działający w obrębie internetu powinien znać podstawy kodowania i pozycjonowania. Na stronach internetowych możemy dokonywać cudów: embadować animowane wykresy, wideo, wpisy z Twittera i Facebooka (nie zrzut ekranu, ale rzeczywisty wpis, który będzie się uaktualniał), Google Maps i wiele, wiele innych rzeczy, które sprawią, że treść będzie ciekawa dla czytelnika.
Podstawowa wiedza o pozycjonowaniu przydaje się w pisaniu treści na strony WWW. Po pierwsze totalnie nie zrozumiałe jest wysyłanie i zamieszczanie tej samej treści na kilku portalach czy serwisach. Media, które tak robią same sobie szkodzą – Google zmniejsza ich ranking, ponieważ uważa, że dana strona powiela czyjąś treść zamiast tworzyć własną. Media, które zdają sobie z tego sprawę zmieniają przynajmniej tytuł i lead. Po drugie notorycznie dostaję notki, informacje, propozycje artykułów, których tytuł nie zmieściłby się w jednym tweecie – bardziej nadaje się na lead. Dziki pęd na zamieszczenie jak najwięcej informacji w tytule, jednak większość stron nie wyświetla ich nigdy w całości.

Tekst i tak jest już tl:dr więc nie będę wyciągał kwiatków jakie miałem przyjemność zobaczyć w wysyłkach czy kontaktach z działami public relations różnych firm czy agencji. Chciałbym tylko, żeby dwa Lwy w Cannes w kategorii PR, które zdobyły polskie zgłoszenia w tym roku, nie zaciemniły ogólnego obrazu tej profesji w naszym kraju…

::
Photo by Stuart Miles

Jak smakuje branża doktorze Lecter?

Specjalnie dla Was: wywiad z Hannibalem Lecterem. Porozmawialiśmy o życiu, serialu i branży social media w Polsce. Oczywiście rozmowa odbyła się przy kolacji w domu doktora.

Siedzę przy stole i czekam na rozmówcę. Mój wzrok przyciąga platera z idealnie ułożonymi, świeżymi owocami. W ich kompozycji jest coś niepokojącego. Efekt ten potęguje odbijające się od nich światło czterech świec, które są głównym źródłem światła w jadalni doktora Lectera. W coolerze stoi butelka białego wina, którego nazwy nie jestem nawet w stanie wymówić.

W drzwiach łączących jadalnie z kuchnią pojawia się Hannibal trzymając dosyć pokaźną tacę. Jeszcze nie jestem w stanie dostrzec co na niej jest, ale gospodarz natychmiast zaczyna opisywać dzisiejsze danie główne…

Jajko jest uznawane w kulturze chrześcijańskiej jako symbol nowego życia – rozpoczyna swój wywód doktor Lecter. W Chinach natomiast mamy do czynienia z potrawą znaną jako „stuletnie jajka”. Przygotowanie ich wymaga czasu. Kacze jajka wkładamy do metalowego pojemnika z gliną zmieszaną z niegaszonym wapnem, solą, listkami herbaty oraz łuskami ryżu i kawałkami słomy ryżowej. Szczelnie zamykany i odstawiany na okres około stu dni. Podczas procesu gaszenia wapna jajka się gotują. Skorupka zabezpiecza je przed zepsuciem. Smacznego.

Życząc mi smacznego doktor postawił tacę z posiłkiem na stole i otworzył chłodzącą się butelkę wina. Muszę przyznać, że zgniłe jajka nie brzmią zachęcająco, ale sposób ich podania sprawił, że wyglądają całkiem… hmm… apetycznie.

Łyk wina przed pomógł mi przełknąć pierwszą połówkę jajka. Coś co kiedyś rokowało, aby przekształcić się w życie, a teraz jest zgniłe, smakuje zaskakująco dobrze…

::

Why so social: Dziękuję za spotkanie doktorze. Ciągle jestem pod wrażeniem finału drugiego sezonu. Jak widać dobro nie zawsze zwycięża w serialach…

Hannibal Lecter: Czym jest dobro i zło?

Dwoma biegunami ludzkich zachowań, postrzegania przez nich świata.

Biegunami, które sami sobie narzuciliśmy. Żeby o tym nie pamiętać wierzymy, że podział pochodzi od Boga.
Wierzysz w Boga Arturze?

Nie

Więc możesz odrzucić koncept dobra i zła. Podobnie jak odrzucasz niesmaczny posiłek, czy ludzi, których uważasz za prostackich.

Odrzucając dobro i zło staje się społecznym pariasem, zrywam więzi, które łączą mnie z ludźmi.

Więzi, które Cię ograniczają. Masz szansę zbudować nowe – wypływające od Ciebie.

Mogę wtedy manipulować ludźmi…

Możesz pozbyć się ich wpływu. Możesz stać się wolnym człowiekiem Arturze.
Zastanawiałeś się nad tym?

Brzmi kusząco. Wyzwolić się od wpływu branży social media…

Zyskasz nową perspektywę. Wolność da Ci przewagę, będziesz mógł wznieść się wyżej.

Doktorze Lecter: jak smakuje branża?

[Hannibal Lecter pochłania niemal z czcią kolejne jajko]

Mogę tylko się domyślać. Poza nielicznymi wyjątkami nie spożywa się żywych posiłków.

Załóżmy zatem, że branża jest już martwa.

Smak mięsa zależy od tego jak zginęło zwierzę. Im więcej stresu i przerażenia, tym gorszy smak.

Twierdzisz zatem doktorze, że branża jest przerażona?

A nie jest?

Jeśli tak, to czym?

Myślę, że znasz odpowiedź na to pytanie Arturze.

[Tym razem to ja sięgam po chiński przysmak. Daje mi to kilka sekund na przemyślenie swojej odpowiedzi]

Przerażona jest swoim uwiązaniem i wynikającym z tego brakiem wolności.

Czy zatem też chcesz czuć się przerażony?

Przynajmniej moje mięso nie skusi amatorów

Trafna uwaga.

[Hannibal Lecter zajął się swoim kieliszkiem wina. Mam czas na zadanie kolejnego pytania]

Wróćmy do finału drugiego sezonu. Wiele osób czuje się nim zawiedziona…

A Ty?

Gdyby tak było, to nie dążyłbym do dzisiejszego spotkania.

Czemu do niego dążyłeś?

Uznałem Pana doktorze za ciekawego rozmówcę.

Tylko dlatego? A może szukasz w naszej konwersacji potwierdzenia swoich obserwacji?

Obserwacji dotyczących…

… osób, które poczuły się zawiedzione serialem. Co o nich sądzisz?

Wchodzimy na grząski grunt doktorze.

To znaczy, że jesteś pod ich wpływem. Powinieneś zwracać uwagę na to, co dla Ciebie jest istotne. Inspirujące do działania.

Czy serial o Hannibalu Lecterze może być inspirujący?

Tylko dla nielicznych.

To znaczy?

Nie grozi nam zjawisko o tak dużej skali jak „efekt Wertera”…

::

Rozmowa toczyła się jeszcze przez kilka godzin. Jednak jej treść zachowam dla siebie. Na kolejny wpis.

::

Źródło przepisu „stuletnich jajek”: pastereczka.blogspot.com

Why so forex: po pierwsze dyscyplina

 

Po co gram na rynku Forex? Co mi to daje? Czy można na tym zarobić?


Jak pewnie zauważyliście od 12 maja gram na Forexie dzięki uprzejmości X-Trade Brokers. Całe szczęście, że na koncie demo, bo pomimo pierwszych, udanych dni zaczynam ostro tracić. Z drugiej strony więcej się uczę gdy konto staje się szczuplejsze.
 

Po co gram na rynku Forex?

Żeby się sprawdzić, zmusić do wysiłku intelektualnego. Gram również dla wiedzy. W sumie połykając kolejne strony książek o rynku finansowym i wpływie różnych czynników na gospodarki największych krajów staję się świadomy kto tak naprawdę rządzi tym światem. Okazuje się, że jest na świecie kilku panów, przedstawicieli banków, którzy jednym, krótkim oświadczeniem są w stanie wiele namieszać. Strach pomyśleć jak któryś z nich zgubi telefon z zalogowanym Twitterem, a właściciel dla beki wrzuci status typu „Spodziewamy się osłabienia dolara i umocnienia euro. Stopy procentowe idą w dół w przyszłym tygodniu”.

Nie ukrywam, że dreszczyk emocji i radość z trafnych spekulacji też robi swoje.

Dyscyplina to podstawa

Wiedza jest ważna, ale jest niczym bez odpowiedniej dyscypliny i cierpliwości. Im bardziej ćwiczysz te cechy, tym mniej jest w Twojej grze przypadku. Warto opracować sobie konkretną strategię, której będziesz się trzymał w 100 proc. Nie możemy sobie pozwolić na otwieranie pozycji, czyli zakupie bądź sprzedaży instrumentu (waluty, surowca bądź akcji), gdy nie mamy do niej przekonania. Myślenie typu „kupie te złoto i zobaczymy co będzie” jest pierwszym krokiem do poważnych strat.

Nic też nie zastąpi doświadczenia. 40 minut szkolenia z Kacprem Gawrońskim, analitykiem XTB dało mi więcej niż kilka godzin spędzonych samotnie na grze. Zresztą polecam blog Kacpra – forex-time.pl.

Czy na Forex można zarobić?

Po pierwsze trzeba się nauczyć jak nie tracić. Umiejętne wyznaczanie trendów, sprawność w analizie technicznej wykresów i określanie właściwych stop loss i take pofit to podstawa. Dopiero wtedy możemy myśleć o zysku.

Powiedzmy sobie szczerze, gdyby na Forex można było łatwo zarobić, to każdy by na nim grał zamiast chodzić do pracy (spadła by produktywność w wielu krajach, co doprowadziłoby do katastrofy finansowej i… końca Forex ;-). Przy kapitale 5 tys. PLN na koncie, możemy spokojnie dziennie zarobić 200-300 PLN, grając bardzo bezpiecznie i wykorzystując krótkie wahania kursów. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że rynek działa przez około 20 dni w miesiącu, to mamy zysk w postaci średniej krajowej. Na nasze nieszczęście nie uda się to nam bez treningu na koncie demo i wyćwiczeniu wyżej wspomnianej dyscypliny.

Konkurs Forex! 

Mam dla Was 3 książki „Forex dla bystrzaków”. Otrzymają je osoby, które jako pierwsze odpowiedzą na pytanie:

Co poniższe dwa wykresy mają wspólnego, a co je różni?
Odpowiedź na to pytanie jest ważną częścią gry na rynku Forex!
Odpowiedzi wysyłajcie na aroguski84@gmail.com wpisując w tytule „Why so forex: konkurs”.
Wykres 1
Wykres 2

Why so Forex

Pewien czas temu odkryłem nową zajawkę, hobby i wyzwanie jednocześnie. Chodzi o Forex, czyli rynek handlu na parach walutowych i surowcach. W zeszłym roku w konkursie XTB dla dziennikarzy i blogerów zająłem szóste miejsce i jako jeden z ośmiu uczestników byłem na plusie. Pora podjąć wyzwanie ponownie.

Tym razem zabrałem się do tego na poważnie i od kilku tygodni staram się chłonąć wiedzę dotyczącą poszczególnych rynków, instrumentów (czyli par walutowych, surowców) i strategii. Jest to ogrom informacji, które nie tylko trzeba posiąść, ale również na bieżąco łączyć ze sobą, aby podejmować możliwie szybko odpowiednie decyzje.

Forex to wiedza, emocje i doświadczenie

Wiedza jest pierwszą rzeczą, która decyduje o naszym sukcesie/porażce na rynku Forex. Kolejną jest nasz charakter. Tutaj nie ma miejsca na emocje – jest tylko zimna kalkulacja. Podobnie jak w hazardzie nie można liczyć na to, że kurs w końcu się „odbije”, a my będziemy przynajmniej „na zero”. Dlatego też często korzysta się z automatycznych zleceń typu stop loss albo take profit, które automatycznie zamykają nasze otwarte pozycje (zakupione pary walut, czy surowców). Stres i niepewność też nie jest naszym sprzymierzeńcem. Często kilka sekund opóźnienia w podjęciu decyzji może równać się olbrzymiej sumie pieniędzy zyskanej… albo straconej.

Pewien poziom wiedzy i opanowania emocjonalnego zamierzam zdobyć przed 12 maja, kiedy to zmierzę się po raz kolejny z Forexem. Wtedy zacznę też zdobywać trzecią rzecz niezbędną w mądrej grze, czyli doświadczenie. I nim właśnie zamierzam się dzielić z Wami na blogu w specjalnej zakładce, w której będę opisywał swoje dokonania oraz proces myślowy, który mną kierował.

Forex nie tylko dla zawodowców

Rynek Forex jest otwarty niemal non stop. Wcale nie trzeba cały dzień siedzieć przed komputerem i śledzić setki notowań. Wszystko zależy od strategii, którą przyjmiemy. Dzień otwiera rynek japoński. Po nim wchodzą giełdy europejskie i amerykańska, które przez kilka godzin działają równocześnie. Od tego zależy płynność poszczególnych walut oraz liczba dokonanych transakcji.

Wystarczy zatem, podobnie jak przy przygotowaniu harmonogramu wpisów na fan page na Facebooku, przygotować swój harmonogram gry w ciągu dnia (np. granie przez godzinę rano na jenach i po 18 na parach walutowych z dolarem). Jeśli możemy sobie w ciągu dnia pozwolić na godzinę lub dwie śledzenia rynku to spokojnie powinniśmy spróbować swoich sił w handlu euro. Najbardziej popularna para walutowa, czyli EUR/USD, charakteryzuje się małą liczbą nagłych i dużych wahań kursów, więc istnieje mniejsze ryzyko straty. No chyba, że mamy do czynienia z jakimiś nieprzewidzianymi zdarzeniami geo-politycznymi.

Dla zainteresowanych

Po pierwsze zapraszam do specjalnej zakładki „Why so Forex”. Po drugie na strony X-Trade Brokers: trading-academy.pl, świeżo założony blog.xtb.pl, oraz na platformę xsocial.xtb.pl, dzięki której można wybrać inwestora, którego ruchy będziemy kopiować. Fajna opcja dla osób, które boją się na początku podejmować własne decyzje ;-)

W trakcie mojej gry na Forex będę miał dla Was kilkanaście książek „Forex dla bystrzaków”, które omawiają najważniejsze rzeczy związane z handlem na tym rynku. Zapraszam zatem do komentowania, dzielenia się własnymi doświadczeniami itp. Liczę na Waszą aktywność!

Jak widać Michelle von Miśka książki się spodobały i też zaczyna „ogarniać” Forex ;-)

W międzyczasie trzymajcie za mnie kciuki i nie zapominajcie o hashtagu #whysoforex

Każdy chce być kreatywny

Tym razem, z przymrużeniem oka, na temat osób kreatywnych i ich cech, które każdy z nas w sobie widzi. Niezależnie od tego, czy posiadamy ten dar, czy nie. Swoją drogą zawsze zastanawiało mnie czemu w co drugim ogłoszeniu o pracę w branży wymaga się kreatywności i nie sprawdza się w trakcie rekrutacji czy kandydat tę cechę posiada.

Dużą popularnością w branży, czyli licznymi udostępnieniami, cieszył w tym miesiącu wpis o tytule „18 things highly creative people do differently„. Jak łatwo się domyśleć dotyczył on ludzi kreatywnych i ich zachowań. Oczywiście miło ze strony jego autorki, że podjęła się zebrania różnych badań i umieszczenia ich pod jednym URL-em. Jednakże mam wrażenie, że taki wpis powinien zostać opatrzony specjalną legendą lub wręcz instrukcją obsługi.
Przyjrzyjmy się cechom, jakie według badań „amerykańskich naukowców”, określają ludzi kreatywnych:
- Daydreaming, czyli opierdalanie się i myślenie o niebieskich migdałach
- Obserwowanie, dosłownie k… wszystkiego. Pracując w mediach czy reklamie obserwujemy tyle, że czasem nie zauważmy, że w domu skończył nam się papier w łazience – a to dopiero wyzwala ukryte pokłady kreatywności w człowieku!
- Pracują kiedy chcą. Chciałoby się, prawda? Wychodzi na to, że freelancerzy to ostoja kreatywności w naszym kraju. Albo lepiej – mamy wytłumaczenie, że nasza kreatywność jest hamowana z góry ustalonymi godzinami pracy.
- Rozmyślają. Patrz – daydreaming w wersji soft.
- Są skrzywdzeni przez życie. Różnorakie traumy życiowe wpływają na ich cechy osobowościowe, które mają przełożenie na kreatywność. W Polsce kreatywność wymarła razem z kulturą „emo”.
- Poszukują nowych doświadczeń, czyli narkotyków i nowych restauracji sushi w okolicach Domaniewskiej.
- Zaliczają upadki i wpadki. W sumie wolę chyba oddać budżet na promocję w ręce dobrego stratega, który tak często nie wypieprza się twarzą w błoto. Przecież mylić się jest rzeczą ludzką!
- Zadają pytania o istotę życia, tylko po ch… ? Ta cecha kreatywnych zapewne silnie koreluje z daydreamingiem i rozmyślaniem.
- Obserwują ludzi. Eee… trudno tego nie robić jadąc zatłoczonym metrem albo przepychając się do ciuchów z promo w H&M. A tak na serio…  jednak to jest trochę creepy.
- Podejmują ryzyko. Znowu trzeba się zapytać po cholerę. Już wiem – żeby mogli zaliczyć upadek (patrz wcześniejszy punkt).
- Pragną się pokazać – są ekspresywni. Tę cechę pewnie przytulili blogerzy, są w tym mistrzami. Problem polega na tym, że w większości ta ekspresja to podjęcie ryzyka i wypierdolenie się, tyle, że z czymś na wzór efektów specjalnych. Czasem towarzyszą temu wpisy na Twitterze i Instagramie.
- Podążają za swoimi pasjami, czyli szukają nowych restauracji sushi i narkotyków. Dobra wiadomość to taka, że nigdy swoich pasji nie dogonią bo, już się domyślacie, za często się po drodze wypieprzają!
- Kolejny punkt o rozmyślaniu. Tym razem o szerszej perspektywie, wyobrażaniu sobie siebie w różnych sytuacjach i takie tam bla bla bla…
- Tracą poczucie czasu. Jak się pół dnia rozmyśla o niebieskich migdałach to nie trudno tego dokonać… Ćpanie też podobno ma coś z tym wspólnego.
- Otaczają się pięknem. Sorry, ja tak nie mam. W Ikei wybieram najbrzydsze meble i dodatki do domu. Obrazy też tam kupuje, ale rzadko.
- Łączą kropki, czyli kojarzą ze sobą fakty. W sumie pierwszy punkt, który nie wiem jak obrócić przeciwko kreatywnym – punkt dla nich!
- Różnorodne doświadczenia, mała ilość nawyków. Jeśli opierdalanie się całymi dniami, spanie, rozmyślanie nad istotą świata itp. nie wchodzi w nawyk to jestem skłonny i ten punkt uznać ;-)
- Medytują. No tak… historia zatoczyła koło i wracamy do pierwszej wymienionej cechy, czyli daydreamingu.
Jak widać nie są to cechy zbyt pozytywne, wiele z nich jest zbliżona do siebie i można śmiało tę listę zawęzić do mniej niż 10 punktów. I tutaj właśnie przydałaby się instrukcja obsługi dla jej odbiorców. Otóż przedstawione powyżej cechy w większości ma każdy z nas. Kto nie popełnił w życiu przynajmniej kilku błędów? Kto nie lubi otaczać się pięknem? Kto nie lubi po prostu się lenić i rozmyślać o niebieskich migdałach?
Cały artykuł działa jak horoskop z gazety dla gospodyń domowych – cokolwiek nie przeczytasz to i tak to sobie dopasujesz do swoich cech i zachowań. Dlatego też zyskał olbrzymią popularność w postaci dziesiątków tysięcy udostępnień w mediach społecznościowych…
Zapewne teraz należałoby postawić pytanie czym jest kreatywność. Postaram się niedługo na nie odpowiedzieć w osobnym wpisie.