Szara eminencja branży reklamowej

Zastanówmy się. Czy znamy osoby, które w branży reklamowej mają największą wiedzę i umiejętności? Czy wiemy do czego dążymy i jaki jest nasz cel? Czy zdajemy sobie sprawę, że krzyczenie w mediach społecznościowych nie pomoże nam go osiągnąć?  

Mali najgłośniej krzyczą. W ten sposób domagają się uwagi, której im brakuje, która im się marzy. Chcą wszystko już i teraz. Nie mają zamiaru czekać 10 lat, aż zdobędą unikatowe doświadczenie zawodowe. Widzą tylko suche fakty typu „Łukasz Misiukanis sprzedaje swoją firmę za miliony złotych” lub „Estimote współpracuje z Apple”. Tak jak przeciętny człowiek podświadomie nie czyta słowa „nie”, tak oni nie czytają i nie widzą zwrotów „ciężka praca”, „wyrzeczenia”, „cierpliwość i pokora”. W ich własnym wyobrażeniu są już na etapie notek prasowych z ich nazwiskami…

Żeby stworzyć coś wspaniałego trzeba mieć po pierwsze umiejętności. Wielu się wydaje, że praca w mediach społecznościowych czy digitalu daje im nieziemską wręcz wiedzę. Daje im kreatywność, talent – czyli rzeczy dostępne wyłącznie promilowi naszej populacji. Media społecznościowe i digital to nie rocket science. To powtarzanie schematów, ciągłe wchłanianie wiedzy. Najważniejsze doświadczenie, które można zdobyć po wielu latach to przekonanie, że… nic nie trwa wiecznie. Mailingi nie zawsze będą skuteczne, podobnie jak media społecznościowe czy telewizja. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, które niemal co dzień zaskakują nas nowymi rozwiązaniami technologicznymi.

Obserwując aktywność branży reklamowej w mediach społecznościowych ciągle widać zachłyśnięcie się możliwością pokazania siebie. Niektórzy ciągle się topią, każdym kolejnym wpisem, statusem wykasłując zalegającą w płucach wodę, która i tak wraca. A skoro się topią to ich świadomość jest skoncentrowana wyłącznie na wodzie w ich ciele… Zdecydowaną większość tych osób stanowią pracownicy małych i średnich agencji. Nie są to nawet CEO czy dyrektorzy kreatywni. Pomimo tego z dumą piszą wielkimi literami swoje stanowiska typu Social Media Manager – pisownia angielskojęzyczna obowiązkowa!

Czy jesteście w stanie powiedzieć kto zarządza w Polsce Havasem, Isobarem, Ogilvy? Wiecie kto jest dyrektorem kreatywnym w Saatchi lub Leo Burnett? Nie wspomnę już o osobach z domów mediowych, które nie ustępują znaczeniu agencjom. Spodziewam się Drogi Czytelniku, że nie znasz tych osób, nawet z imienia. Nie wiesz więc kto zgarnia największe budżety w tym kraju i najbardziej prestiżowych klientów… Te osoby nie piszą na Facebooku o tym co jadły, nie napierdalają linków do swojego bloga i blogów swoich znajomych, nie domagają się uwagi.

To są właśnie tytułowe „szare eminencje” branży reklamowej. Są skromne, pokorne i cierpliwe. Wiedzą, że ich czas nadejdzie albo już nadszedł. Ich życiorysy starczają zazwyczaj na obdzielenie pomiędzy 2-3 „krzykaczy”. Są to osoby z autentycznym talentem do zarządzania, przewidywania przyszłości. Są to osoby o nieprzeciętnym umyśle i kreatywności.

Czy jesteś taką osobą?

::

Stay sick, stay social!
Artur Roguski

::
Photo: Idea go

Praca w mediach: plusy i minusy

Plusami pracy w mediach jest możliwość zdobycia unikatowej wiedzy, poznania ciekawych ludzi i szansa na rozwój. Trzeba też być gotowym na pewne poświęcenia. Jednak praca w mediach daje mi więcej radości niż w agencji reklamowej. 


Oprócz tego, że od 3 lat piszę tego bloga, w lutym minął rok jak pracuję w tak zwanych mediach. Uściślając w magazynie branżowym Brief, który od 14 lat regularnie trafia do kiosków (również tych online). Wcześniej spędziłem ponad 2 lata w różnych agencjach reklamowych. W sumie 3 lata doświadczenia to bardzo, bardzo mało, ale mam nadzieję, że moje doświadczenie pomoże chociaż trochę początkującym „branżowcom”.

Poniżej podzielę się plusami i minusami pracy w mediach. Oczywiście wszystko na tle doświadczenia zebranego w agencjach reklamowych.

Wiedza

Żeby pisać muszę czytać. Zarówno duże opracowania czy raporty, jak i branżowe ciekawostki typu kto z kim i za ile. Zawsze z tego coś zostaje w głowie. Pewien rozstrzał tematów pomiędzy social media, promocją w internecie, nowymi technologiami a startupami buduje z czasem „big picture”, szersze spojrzenie, które pozwala łączyć ze sobą pewne zjawiska i fakty.

Informacje zwrotne

Pracując w agencji informacje zwrotne dostaje się najczęściej od dwóch osób: klienta i zwierzchnika. Dosyć mała grupa i ilość informacji, jeśli myślimy o nauczeniu się czegoś i poprawieniu swoich umiejętności. Co więcej, ta sama prezentacja ofertowa przez szefa jednej agencji może zostać uznana za genialną, a przez szefa drugiej za beznadziejną. Jak żyć? Zazwyczaj zmieniając miejsce pracy dostosowujemy się do nowego. Podobnie z klientami. Jesteśmy jak trzcina na wietrze.
Pracując w mediach, oprócz szefostwa otrzymuję informację zwrotną od setek, czy tysięcy czytelników i odbiorców. 

Samodzielność

Wszyscy marzą o samodzielności w swojej pracy. Zdecydowanie więcej jest jej w mediach, niż w agencjach reklamowych, które są jak kiepskie gry RPG z liniową fabułą, która kończy się finałową bitwą – „Grą o brief”. „W media” gra się jak w MMORPG – chodzimy gdzie chcemy, wypełniamy questy, które nam się najbardziej odpowiadają. Jest też więcej okazji do wykazania się inicjatywą i tworzenia nowych, angażujących rzeczy. Razem z wyżej wspomnianym punktem daje to świetne podłoże do rozwoju swoich umiejętności i podjęciu decyzji o konkretnej specjalizacji, w której chcemy być ekspertami.

Kontakty

Olbrzymia zaleta pracy w mediach! Każda konferencja, gala czy śniadanie prasowe to nowe osoby, które poznajemy. Wśród tych osób są w większości osoby od strony klienta, osoby, które są praktykami i jeśli już zyskują zainteresowanie mediów, to dlatego, że czegoś dokonali. Szeregowy pracownik agencji reklamowej jest od tego odcięty. Jeśli już kogoś poznaje to raczej jest to… inny pracownik agencji.

#darylosu

Niekończąca się opowieść… niestety. Chodzą słuchy, że wielu dziennikarzy i pracowników mediów jest na nie podatnych. To bardzo, bardzo źle. I w sumie nie wiem co gorsze – blogerzy jarający się wafelkiem i soczkiem, czy dziennikarze, którzy są bardziej skłonni pisać o tej marce, od której dostaną cenne prezenty. Pomimo, że w miesiącu kilka razy przychodzi do mnie kurier z paczką, to jeszcze nie zdarzyło mi się, abym pod wpływem jej zawartości napisał coś o marce czy firmie. Nieważne czy dobrego, czy złego. W sumie to wolę ogarniętego PR-owca, który umie nawiązać bliską relację niż takiego, który liczy, że pendrivem zyska u mnie publikacje.

Wywiady

Jaram się nimi. Pomijając fakt samego wywiadu i możliwości poznania mega osób, to jeszcze zazwyczaj jest okazja porozmawiania w kuluarach. Poniżej lista osób, z którymi miałem przyjemność przeprowadzić wywiad:
Iain Mackenzie, obecnie Pan-Euro communications managerem w Facebooku. Iain ma również 13 letnie doświadczenie w mediach – między innymi jako dziennikarz i reporter BBC.
- Mark D’arcy, director of global creative solutions, Facebook. Zarządza zespołem ok. 40 ludzi.
- Pru Parkinson, global CMO, Clear Channel
- Edward Schlicksup, Salesforce. Osoba, która pracowała przy kampanii Baracka Obamy.
- Dave Meeker, vice president & director of Isobar Nowlab, Isobar US.


Uwierzcie mi lub nie, ale rozmowa z osobami spoza naszego podwórka to niesamowite doświadczenie. Pozwala spojrzeć szerzej i z niespotykanym w naszym kraju optymizmem.

Rozwój cech osobowości i charakteru

Tutaj można się rozpisywać.. ale postaram się krótko. Dokładność, sumienność i rzetelność – bez tych trzech cech w mediach kariery się nie zrobi. Przebojowość i otwartość do ludzi – o wiele cięższe do wypracowania, ale winduje na wyższy poziom. Podobnie jak wiedza.

Wszystkie te cechy powoli, sukcesywnie poprawiam. Oczywiście nigdy pewnie nie będę mistrzem przebojowości, ale robiąc prezentację nie uśpię przynajmniej słuchaczy ;-)

::

Starczy tych plusów. Teraz czas na parę minusów – nie ma róży bez kolców.

Nadmiar napływających informacji

Mam pieprzone FOMO (fear of missing out). Szerzej opiszę temat pewnie w osobnym wpisie bo to nie jest śmieszne, ani przyjemne. Dziennie muszę przyswoić bardzo dużą liczbę informacji, które w większości są bezużyteczne. Sporą cegiełkę dorzucają do tego PR managerowie (całe szczęście są wyjątki), zasypujący skrzynkę redakcyjną durnymi i niepasującymi do medium wpisami. Czasami czuję się jak 8 gigowy pendrive, na który ktoś chce wgrać 16 gigabajtów informacji. Muszę jest konwertować, pakować, skracać, szeregować… a i tak na koniec dnia ktoś mnie czymś zaskoczy i jeszcze z głupim uśmiechem spyta się: „To nie wiedziałeś o tym?”. Wtedy mam ochotę taką osobę strzelić w pysk.

Korzystam z aplikacji Pocket, ale już dawno jest wypełniona po brzegi. Dwie trzecie moich znajomych na Facebooku to branża, każdy z nich (a będzie to z 350 osób) wrzuca często ciekawe linki… Papierowa książka to dla mnie luksus!

Odpowiedzialność

Coś czego nie rozumieją (bo najczęściej nie muszą) blogerzy – jesteś tak dobry, jak Twój ostatni wpis. Mogę zrobić trzy świetne wywiady, cztery artykuły i dwa opracowania, ale jak tylko walnę jakąś głupotę to następnym razem ten kto mnie rozpozna jako autora oleje mój kolejny wpis. Nieważne jakich cudów bym dokonał w tytule i leadzie… Gorzej, że są przypadki, że przenosi się to na cały tytuł bądź stronę WWW. Dlatego też nie do końca rozumiem czasami co się dzieje na gazeta.pl czy spidersweb.pl. Są to tytuły online, które powinny pilnować tego co się u nich pojawia. Są zbyt duże, żeby mogły sobie pozwolić na to, co ja na Why so social. No, ale w sumie, czy ktoś widział pracę, w której odpowiedzialność nie jest wymagana? ;-)

Praca non stop (zwłaszcza przy online)

Niestety, ale informacja, internet i media społecznościowe związały się ze sobą po wsze czasy. Każdego dnia, o każdej porze dzieje się historia. Nawet teraz. Wystarczy spojrzeć ile treści w sumie zamieszczają dziennie takie serwisy jak Techcrunch, Mashable, Wired… lekką ręką 8 godzin czytania dziennie – również w weekendy. Informacja to też szybkość. 10 czy 30 minut różnicy dużej nie zrobi, ale jeden dzień już tak. Poza tym w weekendy czytelnicy też wpadają na stronę lub przesiadują na portalach społecznościowych. Odsłony, podobnie jak biceps, same się nie zrobią…

::

Jeśli Drogi Czytelniku dobrnąłeś do końca to zapewne rachunek jest dla Ciebie prosty. Praca w mediach jest ciekawsza i daje większe możliwości niż bycie czeladnikiem treści na jakimś fan page’u czy trzaskanie mailingów i banerów ze zniżkami na ubezpieczenie. Jednak musisz też pamiętać o tym, że jak w mediach już będziesz, to musisz być gotowy wypruwać sobie żyły od początku, bo tylko dzięki temu wykorzystasz swoją szansę. Nie możesz dać się ponieść wejściówkom na imprezy z darmowym alko, stertom prezentów (na nie trzeba też zasłużyć), czy nowo nabytym znajomościom. Musisz być pokornym cwaniakiem.

::
Stay sick, stay social!
Artur Roguski

Photo: Stuart Miles

Szewc bez fan page’a chodzi

Agencje reklamowe nie reklamują się, tłumacząc się ciężkimi czasami. Te specjalizujące się w social media łapią każdy budżet, który wpadnie i wykorzystują naiwność oraz niewiedzę klientów. Poza nielicznymi wyjątkami tak wygląda obraz polskiego rynku agencji reklamowych. 


Agencje reklamowe nie reklamują się

Podobnie jak szewc bez butów chodzi, tak samo agencje reklamowe nie wiedzą/nie potrafią same się zareklamować. Rekomendują swoim klientom kreacje, media, strategie za kotyliony kosmodolców… a co robią same? Na media nie mają pieniędzy. Przecież jest kryzys, zakup jakiejkolwiek reklamy w prasie branżowej czy na portalu to jak bryła węgla, którą trzeba przełknąć bez popicia. Liczą na osobę „tweetującego CEO”, wygranie nagród branżowych, darmowe publikacje i swój dział sprzedaży.  Kiedyś ktoś mądry powiedział, że z kryzysu obronną ręką wychodzą ci, którzy wydadzą więcej na… reklamę.

O ile jeszcze agencje 360 potrafią sypnąć groszem i zrobić coś niestandardowego (np. whaternet.pl od GoldenSubmarine), o tyle agencje social media mają do dyspozycji jako medium promocji wyłącznie swój fan page. Jak się okazuje nawet to potrafią spieprzyć…

Lepiej jest wejść komuś w drogę, niż w dupę.

Zastosuję się do tego hasła. A co! W końcu zamieściła je na swoim fan page’u agencja Get More Social, która od wielu miesięcy jest w czołówce raportów Sotrendera w kategorii „agencje”.

Uwaga – wchodzę w drogę!

A więc… zacznijmy od czegoś prostego, czyli analizy sytuacji agencji reklamowych. Ich klientami jest bardzo wąski target – może parę tysięcy osób w Polsce, jeśli policzymy firmy, które mają w miesiącu do wydania więcej niż kilkaset złotych. Jest to bardzo wymagająca grupa docelowa. Bardzo uważnie przyglądają się relacji jakości usług do ceny. Mają również o wiele szerszy „asortyment”. Kupując samochód wybieramy jedną markę spośród dziesięciu. Agencji reklamowych mamy dziesiątki…

Jak w takiej sytuacji rozsądny marketingowiec wykorzystałby fan page na Facebooku? Zapewne skorzystałby z performance marketingu, który na serwisie działa wybornie (targetowane Facebook Ads). Dodatkowo wykorzystałby go jako źródło ruchu na stronę, która jest (albo przynajmniej powinna być) głównym centrum naszej komunikacji z klientami – zwłaszcza b2b.

Zamiast tego mamy wpis o dupie:

A teraz wchodzę w skórę klienta i dzielę się z Wami moimi przemyśleniami na temat tego content marketingowego dzieła:
- skoro u siebie na fan page’u firmowym wrzucają takie rzeczy, to co za shit ląduje u ich klientów?
- skoro płacę agencji miesięczne fee to oczekuję właśnie wchodzenia mi w dupę, a nie w drogę. Od tego są.
- sporo lol contentu… :/
- o masz! w wyszukiwarce Google ich fan page jest wyżej niż strona WWW

Sam też kiedyś taką komunikację prowadziłem tylko po to, aby wbić się do raportu Sotrendera – jednak jest to fatalne działanie jeśli chodzi o skuteczność (inna sprawa, że nie miałem możliwości realizacji innych). 

Dobra, ale zejdźmy już z Get More Social, bo bym o nich nie wspomniał gdyby jako jedyni bez butów chodzili. Najgorsze jest jednak to, że na taki lol content, pierwsze miejsce w rankingu Sotrendera i ponad 50 tys. fanów ciągle nabierają się klienci. Dla nich ważne są liczby, im więcej tym lepiej. Za te liczby są skłonni sypnąć banknotami i agencje w to wchodzą (sic!). Wchodzą w dupę, bo wejście w drogę oznaczałoby stratę zarobków…

Jednak klienci z czasem zmądrzeją, uwierzą w jakościową komunikację. Co wtedy się stanie z agencjami?

Stay sick, stay social!
Artur Roguski

Najedliśmy się Majdanem

No i stało się. Jesteśmy w historycznym momencie dla Europy (jeszcze nie wiemy jak bardzo) i nagle okazuje się, że więcej do powiedzenia mamy na tematy przyziemne. Tylko nieliczni decydują się na zamieszczanie statusów, silą się na dłuższe komentarze. Nagle z mojego newsfeedu zniknęli wszyscy social-digital-media specjaliści. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka.

 

Zasada „nie znam się, to się wypowiem” nie zadziałała. 

Wszyscy skupieni wokół własnego tyłka, marki, personal brandu czy innego fan page’a, nie mają nawet szczątkowej wiedzy na temat aktualnej sytuacji politycznej w bardzo bliskim sąsiedztwie Polski. Zapewne trzeba przeczekać kilka godzin jak ogarną kilka losowych newsów z tak bardzo rzetelnych serwisów jak Interia czy O2 i dopiero wtedy rozpocznie się kanonada.

Jest to przykre. Większość osób nie wie co się teraz dzieje, jaka jest geneza konfliktu. Tylko trochę osób próbuje się dowiedzieć i nadrobić zaległości – w tym ja. Nieliczni potrafią spojrzeć szerzej na temat, trzeźwo, bez emocji. Przy okazji wyciągają słuszne wnioski płynące z historii. Ciekawe jest to, że są to osoby, które mogą się pochwalić konkretnymi osiągnięciami w życiu i karierze zawodowej. Duże sprawy dla dużych ludzi?

Edit: powyższy akapit pisałem 2 dni temu. Zgodnie ze wszelkimi internetowymi prawidłami temat Ukrainy, Rosji i Krymu ulega wygaszeniu. Najedliśmy się Majdanem. Szkoda, bo każde kolejne doniesienie jest niepokojące, a sprawa interwencji Rosji na Krymie jest z historycznego i politycznego punktu widzenia kilkukrotnie razy ważniejsza niż bitwa na Majdanie.

Zachowujemy się jakbyśmy tej wojny chcieli

Być może brakuje nam, jako narodowi, kolejnego checkpointu w historii, który przypomni nam jak bardzo walecznym/pokrzywdzonym (niepotrzebne skreślić) społeczeństwem jesteśmy.  Jest tylko jedno „ale”. Od 1939 do 1945 roku karabiny i butelki z benzyną w łapach dzierżyli hipsterzy z bujnymi czuprynami o ksywkach „Zośka”, „Rudy”, „Alek”… Takich jak oni były setki. Polecam Wam książki Aleksandra Kamińskiego – np. „Zośka i Parasol”. Autor opisuje czasy okupacji i powstania w Warszawie. To co robili następcy wyżej wymienionej trójki to jest, mówiąc dzisiejszym językiem, jakiś cholerny turbo-hardcore. W 2014 roku, młodzieńcy o równie bujnych czuprynach przebieraliby nóżkami na terminalu na Okęciu w oczekiwaniu na samolot.

Na ulicach z bagnetami i karabinami biegaliby Ci sami panowie, którzy w zeszłą niedzielę tłukli się na Łazienkowskiej. Ci sami, co rzucali śmietnikami 11 listopada. I tych samych historia z czcią wspominać będzie za 50 lat.

Tylko czemu tej wojny pragną bardziej osobniki z Okęcia? Chyba, żeby mieć dobry pretekst do spieprzenia na zmywak.

O co w tym wszystkim chodzi?

Na koniec linki dla tych, którzy chcieliby coś więcej niż newsy z popularnego portalu horyzontalnego. Polecam jeden, dosyć długi artykuł i niezawodnego Maxa Kolonkę. Poświęcicie pół godziny, ale dowiecie się, że:

- dla Ukrainy nie ma ratunku
- Rosja tylko korzysta z sytuacji
- kto walczy tak naprawdę o władzę na Ukrainie
- jacy są sami Ukraińcy i dlaczego tak bardzo mylimy się nazywając ich braćmi…

Artykuł Rostislawa Wygranienko – zapoznajcie się koniecznie z tą treścią, oryginał jest w języku polskim. Treść pokazuje drugie i trzecie dno konfliktu.

Ukraiński Gambit Putina – Mariusz Max Kolonko jak zwykle trzeźwo i bez opieprzania się mówi jak jest.

Jakie problemy ma Putin – ten artykuł należy przeczytać z komentarzami, ponieważ jego treść jest trochę naciągana w jedną stronę – komentarze czytelników prostują to.

::
Stay sick, stay social!
Artur Roguski

::
Photo: freedigitalphotos.net / Victor Habbick

Folwark reklamowy

Okazuje się, że historia ma bardzo silny wpływ na kolejne pokolenia. Koleżanka podesłała mi wpis sprzed 5 lat ze strony Polityki o tytule „Podjąć pana pod kolana„. Tekst ma formę wywiadu z prof. Januszem T. Hryniewiczem, socjologiem, który przekonuje, że dalej siedzimy w feudalizmie. Ciężko się z tym nie zgodzić, zwłaszcza patrząc na branżę reklamową w naszym kraju.

Bo czymże jest agencja reklamowa? Ma swoich (najczęściej nieomylnych) panów feudalnych oraz zwykłych robotników. Jedni z nich sadzą grafiki, inni hodują fan page, zbierają leady, budują strony i tak dalej. Ten podział jest jeszcze bardziej widoczny w agencjach zajmujących się głównie mediami społecznościowymi. Panowie feudalni, noszący dumne nazwy w stylu CEO albo founder rozmawiają między sobą, dyskutują oraz rywalizują o względy królów (klientów), którym chcą sprzedać korzystnie owoc pracy swoich robotników folwarcznych. Wymaga to od nich ogłady, sprytu, inteligencji… lub po prostu dojebania pracownikom więcej godzin za niższą stawkę. Zresztą podobny schemat przerabiany był w ustroju feudalnym parę wieków temu.

Spytacie się dlaczego chłopi się nie buntowali? To proste! Przecież mieli dach nad głową, mieli co jeść, mogli się pieprzyć na sianie w oborze. Czego chcieć więcej? Dzisiejsi pracownicy agencji mają na sushi, w weekend mogą się zachlać, a internet i Facebook jest w ilościach nieograniczonych. Podobnie jak w folwarkach, również w branży powstały pewne rytuały i hierarchie. A więc mamy blogerów-mentorów, którzy uczą innych jak mają pracować dla swoich panów. Mamy też (tych jest większość) ciche myszki, które od 9 do 17 pracują – nie więcej i nie mniej – i udają się w miasto uskuteczniać hedonizm (nazywamy to konsumpcją). 

Wróćmy na chwilę do wspomnianego na początku artykułu prof. Hryniewicza. Chciałbym przytoczyć dwa ciekawe fragmenty:

Niestety, po lekturze mojego nowego opracowania „Stosunki pracy w polskich organizacjach” będzie panu jeszcze mniej wesoło. Relacjonuję tam wyniki badań przeprowadzonych ze współpracownikami już w XXI w. I co się okazuje? Że ok. 80 proc. osób z wykształceniem zasadniczym i podstawowym najbardziej ceni sobie w pracy spokój i kierownika, który nie skłania do ujawniania własnych opinii. Jeszcze gorzej, że podobne deklaracje składa blisko połowa pracowników z wyższym wykształceniem. To ludzie praktycznie straceni dla gospodarki opartej na wiedzy, w której liczy się innowacyjność i własna inwencja.

Wśród szefów dominują postawy wodzowskie, autorytarne lub – w najlepszym przypadku – biurokratyczne. Kierowanie wodzowskie odwołuje się do dyskrecjonalności, jest emocjonalne i mało przewidywalne. Co gorsza, pracownikom generalnie odpowiada taki styl kierowania. Przypomina to opowieści z dawnych folwarków, gdzie pan lub ekonom był despotą, często nieprzewidywalnym, ale można go było udobruchać podejmując pod kolana.”

Skoro tak głęboko zakorzeniły się w nas postawy mające swój początek ponad pięćset lat temu, to czy jest jakaś racjonalna przesłanka za tym, że od 2009 roku (data publikacji artykułu) sytuacja uległa zmianie w zaledwie 5 lat? Otóż tak! Ale o tym na koniec tego wpisu – ćwicz cierpliwość Czytelniku.

Wróćmy do „feudalnych founderów” lub, jak kto woli, „panów CEO”. Wyraźnie widać, że towar, który sprzedają (reklamę) traci na wartości. Pojawiają się też nowe folwarki, które zaniżając cenę (czyt. dociskają pracowników) i przez to „psują rynek” – ach te fan page za 500 pln miesięcznie. Rośnie liczba folwarków zautomatyzowanych, czyli nowych form reklamowych. Są one skuteczniejsze niż tradycyjne i oczywiście bardziej wydajne. Co w takiej sytuacji robią panowie feudalni? Sprzedają w cholerę swój folwark razem z inwentarzem i pracownikami. Pół biedy gdy sprzedają kolegom zza miedzy. Jednak coraz częściej sprzedają globalnym sieciom folwarków (agencji), które pochodzą spoza Polski. Czymże jest dla czołowej grupy 10, 20 czy 40 mln złotych? To zaledwie procent ich zysku w skali roku. Nijak się to ma do przejęć kosztujących setki milionów, czy wręcz miliardy dolarów (razy trzy jeśli mierzymy w lokalnej walucie). Jednak feudalny CEO jest ukontentowany z tejże niewielkiej kwoty. Dzięki niej może do końca życia jeść sushi i jeździć sportowym samochodem. Ten ambitniejszy założy kolejny folwark o nieco innej specjalności…

Teraz chciałbym zadać Ci Drogi Czytelniku ważne pytanie: czy w średniowiecznej Polsce inne nacje kupowały u nas folwarki? I jak sądzisz: co by się stało gdyby udało im się wykupić przynajmniej połowę z nich? Czy Polska byłaby Polską? 

Jedną z dwóch pocieszających rzeczy jest fakt, że w erze feudalizmu byli panowie CEO, którzy prowadzili swoje folwarki według zupełnie innych, innowacyjnych zasad. Zapewniało im to skuteczność i spokojne, niezależne życie. Tak jak kiedyś każdy musiał jeść, czy się w coś ubrać, tak teraz każda firma musi wykładać pieniądze na marketing i reklamę. Martwi mnie jednak, że ówcześni, polscy panowie feudalni nie patrzą na wschód i nie starają się podkupić innych. W ten sposób przynajmniej częściowo rekompensowane byłyby poniesione straty z zachodu…

A teraz czas na obiecaną, pozytywną obserwację, te światełka nadziei. Są nimi polskie startupy, które coraz śmielej idą na zachód. Trend ten się nasila i być może za 2-3 lata będziemy mogli mówić o istnym tsunami, które przetoczy się we właściwą stronę. W czym tkwi ich siła? W tym, że nie są folwarkami, w których większość osób zadowala się sushi na obiad i alkoholem na weekend. Startupy to ludzie nie przywiązani do przyzwyczajeń, stereotypów czy utartych schematów. Zarządzane są też w sposób demokratyczny, a nie autorytarny.

Panie i Panowie – nadchodzi kres feudalnych CEO! Chciejcie więcej, zmieniajcie świat.
To Wasz czas!

::
Stay sick, stay social!
Artur Roguski

::
Photo by noppasin/freedigitalphotos.net
 

Fan page: agencyjna rzeczywistość

Wywołałem w sumie niezłą burzę wpisem o tytule „Ile kosztuje fan page na Facebooku?”. Negatywne komentarze posypały się od mniej lub bardziej znaczących pracowników różnych agencji reklamowych zajmujących się mediami społecznościowymi. Jednak liczba polubień i udostępnień jest naprawdę duża, więc jest się nad czym zastanowić…

W telegraficznym skrócie. Na 5900 pln miesięcznie wyceniłem prowadzenie fan page’a, który ma kilka tysięcy fanów. Dodatkowo agencja za tę kwotę będzie wrzucała 2 wpisy dziennie oraz przygotuje miesięczny raport. W wycenie dałem do zrozumienia, że pozycja „stratega social media” jest zbyteczna. I właśnie to wzbudziło największą dyskusję.

Ale po kolei. Niestety dosłownie wszystko trzeba pisać wprost i każdą treść wzbogacać o „klauzule zrozumienia”. Oczywiste jest, że są różnice w wycenach fan page’y (tak! pisze się osobno to słowo, jeśli ktokolwiek z Was się pofatygował i sprawdził pisownię chociażby w regulaminach Facebooka czy na ich blogu). Zależą one od rodzaju klienta i rodzaju treści jakie zamieszczamy. Żeby spisać dokładne wyceny dla wszystkich kategorii produktowych przy różnym zakresie działań, trzeba by było napisać nową encyklopedię.

Zadaniem wpisu było pokazanie klientom, że fan page na Facebooku prowadzony w stopniu przynajmniej przyzwoitym to nie jest koszt 1500-2000 pln, ale znacznie, znacznie więcej. Podział na stanowiska miał wskazać skąd wyżej wspomniana kwota się bierze. Doszły mnie słuchy spoza Warszawy, że tekst pomoże walczyć z klientem o wyższe stawki. Pracownicy agencji, również pokazali go swoim szefom, aby do tego ich zachęcić. Czy nie o taki efekt „warszawskiej branży” chodzi? Czy zmniejszenie podmiotów oferujących prowadzenie fan page’a za <2000 pln jest Wam nie na rękę? ;-)

Korzystając z dobrych praktyk, których nabyłem podczas pracy w Ogilvy Interactive rozbiłem kosztorys na stanowiska i stawkę godzinową, którą ustaliłem na poziomie 50 pln. Oczywiście podniósł się lament, że to dużo za mało (dopisałem, że jest to stawka minimalna, a agencje sieciowe mają stawki zaczynające się od 100 pln. Niestety nikt nie czyta tego co jest w nawiasie, chyba, że jest wyboldowane).

Przejdźmy teraz do głównego zarzutu, czyli wypieprzenie z wyceny stratega social media. O tym pisałem już wcześniej we wpisie „Strategia w social media nie istnieje”. Nie zamierzam się powtarzać i pisać po raz n-ty tych samych fraz. Ale muszę odnieść się do pewnego, dla mnie śmiesznego, argumentu, że dzięki strategowi fan page opowiada historię. Niech to jasny … strzeli. Przejrzyjcie raport miesięczny Sotrendera i fan page’e, która w nim są zawarte. 90 proc. z nich, po przeczytaniu wpisów z ostatniego miesiąca nawet nie wykazuje pozorów spójnej strategii, która OPOWIADA HISTORIĘ!

::

A teraz esencja tego tekstu, czyli parę informacji o agencyjnej rzeczywistości w social media:

- jeden community manager prowadzi przynajmniej 3 lub 4 fan page. Jednak słyszałem o sytuacjach gdy musi prowadzić 7 i więcej. Zazwyczaj są to fan page dla bardzo różnych klientów. Czy osoba, która zajmuje się jednocześnie stroną motoryzacyjną, kosmetyczną, płatków owsianych itp. będzie w stanie na każdym z nich prowadzić unikatową, wyraźną komunikację? Sorry, nie sądzę…

- mydlenie oczu statystykami zaangażowania. Jeśli tak wszyscy bronią tej strategii, to jestem ciekaw na jakie KPI są umówieni z klientem? Co przedstawiają w raportach? Jeśli liczbę polubień, komentarzy czy udostępnień zebranych pod wystandaryzowanym wskaźnikiem „engagement rate” lub podobnym, to nie nazwałbym tego strategią. Te wskaźniki nie dają nic, oprócz zasięgu.

Pisałem o tym w poprzednim wpisie: Social media: cechy dobrej kampanii

Natomiast o tym co jest ważniejsze w statystykach fan page’y tutaj: Drugie dno fan page’y

- zasięgi wpisów to obecnie 10 do 20 proc. liczby fanów. Najskuteczniejszym sposobem ich zwiększenia jest płacenie za promowane posty. Skoro darmowe zasięgi spadają, to po co postować tak często? Po co tworzyć treści, które i tak mało kto zobaczy? Marnotrawienie potencjału kreatywnego, którego i tak nie ma za dużo.
Optymalnym rozwiązaniem jest zmniejszenie liczby wpisów (a co za tym idzie godzin community managera/content editora/grafika w kosztorysie) i uzyskane w ten sposób oszczędności przeznaczyć na promowanie postów. W tym momencie ile agencji social media ma na sercu dobro klientów i zaproponowało takie rozwiązanie…

Zresztą o tym szerzej też mogliście przeczytać na Why so social: Koniec ery fan page’y

::

Problem jest jeden: brak standaryzacji i w miarę spójnych zasad w wycenie. Oczywiście jest to utopia podobnie jak odwieczne dyskusje dlaczego ta strona WWW kosztuje 40 tys. a ta jest podobna i kosztuje tylko 8 tys. Każda agencja robi to na swój sposób, a kończący się „boom na social media” oraz przejmowanie tych działań przez sieciówki jako element całościowej obsługi sprawia, że nikomu nie zależy na podjęciu jakiejkolwiek dyskusji.

Agencje specjalizujące się w social media są jak karpie. Większość z nich rosła przez pewien czas, ale do następnej gwiazdki raczej w większości nie dotrwają…

::

Stay sick, stay social!Artur Roguski

Photo: www.freedigitalphotos.net / basketman

Erystyka w social media


 

Do większości rzeczy trzeba dorosnąć. Nie tylko jako jednostka, ale również jako społeczeństwo. Jedną z takich rzeczy jest niewątpliwie umiejętna dyskusja, wymiana poglądów i rozwiązywanie sporów. Względna anonimowość i brak kontaktu wzrokowego drastycznie obniża tą umiejętność, zwłaszcza w social media. Poniżej znajdziecie kilka porad jak się poprawić w tej dziedzinie i jak reagować na osoby, które nie za bardzo erystyką się przejmują.

Osoby, które mnie znają zapewne uznają ten wpis za hipokryzje z mojej strony. Sam nie jestem święty i potrafię rzucić się w wir bezsensownych dyskusji toczących się online. Jednak stosując się do poniższych punktów udaje mi się znacznie ograniczyć swoje impulsywne zachowania.

Nie spodziewaj się jednak w dalszej części tekstu „know how” na temat tego, jak wygrać w dyskusji. Niestety erystyka w swojej obecnej formie nie do końca jest przystosowana do komunikacji w internecie. Artur Schopenhauer, jeden z jej ojców, napisał w swoich książkach wskazówki jak pokonać osobę, z którą prowadzimy spór (nawet jeśli nie mamy racji). Jednak dotyczą one sytuacji, gdy spór prowadzony jest twarzą w twarz, komunikacja jest symetryczna i bardziej trzymamy język za zębami w obawie, żeby ich nie stracić. W internecie takie pojedynki to pułapka. Ze względu na niesymetryczną komunikację mogą przeciągać się na wiele dni. Mają też zazwyczaj więcej obserwatorów, którzy w łatwy sposób mogą stać się jej uczestnikami. Dodatkowo najczęściej nie warto z całych sił dążyć do zwycięstwa – zwłaszcza z rozmówcami, dla których tylko ono się liczy.

 

Sprawdź z kim prowadzisz dyskusję

Wyrobiłem w sobie nawyk, że zanim odpowiem osobie, której nie znam, sprawdzam jej profil w poszukiwaniu wszelkich wzmianek na temat jej doświadczenia odnoszącego się do tematu rozmowy. Jeśli jest to specjalista z danej dziedziny to pochylam głowę i czytam/słucham tego co ma do powiedzenia. Niestety w internecie obrodziło osobami typu „nie znam się, to się wypowiem”, lub co gorsze „nie znam się, to napiszę o tym na blogu”. Wtedy profile takich osób są biedne jak oskubana kolba kukurydzy z KFC – brak informacji o wykształceniu i doświadczeniu zawodowym.

Pamiętajmy, że to działa w obie strony, więc uzupełnijmy też własny profil. Jeśli chcemy dyskutować na branżowe tematy to do jasnej anielki pokażmy swoje kompetencje.

Przykład offline: czy z kloszardem lub panią w obuwniczym porozmawialibyście o EdgeRanku?

Wzajemny szacunek

Broń boże nie zaczynajmy dyskusji stawiając się na wyższej pozycji. Od razu nastawiamy wrogo naszego rozmówcę do siebie. Pamiętajmy, ze wszelkie dyskusje i spory powinniśmy prowadzić po to, aby się rozwinąć, dowiedzieć czegoś nowego, a nie po to, żeby komuś dojebać ku własnej uciesze.Wymiana kilkunastu komentarzy pod wpisem na Facebooku może zaowocować wymianą doświadczeń, ciekawych linków itp. Jeśli zaczniemy dyskusję od słów „ty się nie znasz kmiocie” to szansa na taką sytuację spada.
Oczywiście od tej reguły są wyjątki, o których przeczytacie poniżej.

Ważne jak się skończy

Dyskusja w internecie to zazwyczaj spieranie się o to, kto ma rację. Niestety. Często obie strony mają rację, czasami obie jej nie mają. Są to sytuacje patowe, których nie warto przeciągać. Bądźmy pierwszymi, którzy zamieszczą komentarz podsumowujący całą dyskusję. Wypunktujmy naszą opinię, opinię naszego rozmówcy. Zakończmy frazą, że jak znajdziemy jakieś ciekawe badania/raporty, to zamieścimy je w tej dyskusji. Nie starajmy się na siłę wmawiać naszej racji innym bo kończy się to tym, że zaczynamy szyć z biodra i rzucamy argumentami z dupy, które nie do końca są merytoryczne.

Poczucie tego, że nasz komentarz ma zamknąć dyskusję to największe zło. Jest podobne do uzależnienia od hazardu i przekonania, że „siódemki” muszą się w końcu kiedyś złożyć w linię na hotspocie. Dobra rada – jeśli napisaliście już wszystko co dotyczy tematu, to pięknie podziękujcie za dyskusję i wyłączcie śledzenie postu na Facebooku. Serio, notyfikacje będą Was tam ciągle ściągać.

Pieprzyć wszystkich grammar nazi

Dyskusja i spór powinien dotyczyć merytorycznej strony wpisu czy artykułu. Niestety obrodziło w internetach kolejnym wkurzającym typem ludzi, którzy uważają się za tak zwanych „grammar nazi” i co gorsze, szczycą się tym mianem. Nie ważne, że napisałeś treść po tygodniowym researchu w internecie i jest bardzo merytoryczna. Nie ważne, że Twój komentarz ma 2000 znaków i odwołuje się do treści w 100 proc. Ważne, że ma literówkę, która neguje całą wartość merytoryczną.

Po pierwsze. Nie ma osoby, która nie popełnia błędów w pisaniu lub mówieniu. Nawet najlepsi redaktorzy i korektorzy siedzą w słownikach. Dodatkowo język polski się zmienia i czasami są sprzeczne reguły pisania pewnych słów czy zwrotów. Więc i pieprzeni grammar nazi też się mylą siłą rzeczy.

Po drugie. Jeśli widzisz u kogoś błąd i masz możliwość skontaktowania się z autorem przez prywatną wiadomość to to zrób. Ale nie, Ty wolisz pokazać swoją „wyższość” przypieprzając się w komentarzu publicznym. Najczęściej robisz to jeszcze pokazując swój brak szacunku do autora.

Po trzecie. Jeśli się ze mną zgadzasz w kwestii upierdliwości „grammar nazi” to wiedz, że nie zwalnia Cię to od poprawnego pisania. Powinieneś wręcz starać się mocniej, żeby mieli jak najmniej możliwości do dowalenia się.

No ale co zrobić, jeśli już komentarz z ortografem się pojawi? Popraw, podziękuj, olej, sprawdzaj dokładniej na przyszłość.

Raz, dwa, trzy… czytelnicy patrzą

Miej świadomość tego, że „jak Cię czytają, tak Cię piszą”. Pod dyskusją może nie być lajeczków i innych komci, ale to nie oznacza, że nikt tego nie czyta. Wręcz przeciwnie – mogą to być dziesiątki osób takich jak Twój szef czy rodzina. Może to też być Twój potencjalny inwestor (w wersji dla startupowca). Ogólnie nikt nie lubi internetowych pieniaczy, hejterów i osób, które dopieprzają się bez sensu. To powinno Cię zachęcić do stosowania się do podstawowych zasad erystyki internetowej. 

Wcale nie musicie być mili dla ludzi

A co zrobić, gdy dostajesz komentarz „Jak poprawisz ortografy to przeczytam”? Miej swój honor, nie przepraszaj – jak komuś się nie podoba to trudno. Jedno pv Twojego świata nie zbawi. Oczywiście ortografa popraw czym prędzej ;-)
Pomijam fakt, że ktoś musiał tekst przeczytać uważnie skoro wie o błędach.
Dziękowaniem i przepraszaniem daleko nie zajdziemy – zostaniemy za to zdeptani. No chyba, że jesteśmy cholernymi perfekcjonistami. Ale nie łudźmy się, takie osoby to mniej niż 1 proc. populacji i zapewne nie zaliczasz się do tej grupy Drogi Czytelniku. Ja zresztą też.  Dlatego też cięta riposta jest jak najbardziej na miejscu. Użyjmy jej, aby ukuć złośliwą osobę (odbiorcom się to spodoba). I odejdźmy, taka osoba nie jest warta naszej uwagi.

 

Oszczędzaj swój czas. To Twój najważniejszy zasób

To stwierdzenie jest wspólnym mianownikiem dla większości z tych punktów. Te dwie godziny dziennie, które przeznaczacie na udowodnienie racji, że to właśnie wy macie rację możecie znacznie lepiej spożytkować. Na przykład czytając mojego bloga albo jakieś inteligentne książki ;-) Nawet jeśli okażecie się lepsi w erystyce od konkurenta to co wygrywacie? Talon na balon? Szacunek na dzielni? Najprawdopodobniej tylko samozadowolenie podobne do masturbacji.
Pamiętaj o tym, że wyżej wspomniana asymetryczność komunikacji i brak kontaktu fizycznego w dyskusjach i sporach w social media jest przekleństwem, wirusem, który zabija sztukę jaką jest erystyka.

Podryw na Facebooku

Jak poderwać dziewczynę na Facebooku

Mamy weekend więc trochę luźniej potraktuje temat mediów społecznościowych. W końcu nazwa „Why so social” do czegoś zobowiązuje ;-) Poniżej kilka wskazówek jak poderwać kogoś wykorzystując Facebooka. Uwaga: sprawdzone w boju!

Kiedyś pisał o tym Opydo, wideo nagrali Abstrachuje TV. U tego pierwszego tekst służy chyba tylko wyłącznie lepszemu pozycjonowaniu bloga… Więc co zrobić? Jak zachęcić osobnika płci przeciwnej do podjęcia długofalowej konwersacji wykorzystującej aplikacje z web 2.0., której celem jest w bliżej nieokreślonej cenzurze czasowej zbliżenie fizyczne? Oto kilka moich pomysłów.

Ogarnij profil

Czy do klubu idziesz ubrany jak dziad z tshirtem upieprzonym sosem z kebaba ze Świętokrzyskiej? Nawet jeśli tak to możesz się sam oszukiwać i wmawiać sobie, że „taka koncepcja” albo „że liczy się wnętrze”. Ale jeśli ustawisz sobie takie hasła na cover photo to jesteś spalony jak tęcza na Placu Zbawiciela.
Ustaw sobie sensowne zdjęcie profilowe. Najlepiej jakieś pozowane, fajne, hipsterskie #selfie. Tylko nie rób na nim groźnej miny, bo przy Twoich 60 kilogramach wagi będzie to wyglądało słabo. Uśmiechnij się, ale nie dlatego, że jesteś napruty jak szpadel. Uśmiechnij się tak naturalnie, przyjaźnie (przy założeniu, że jeszcze nikt Cię nie pozbawił części przedniej uzębienia).

Kto powiedział, że nie możesz mieć na profilu zdjęć jak tyrasz na siłce albo opierasz się o swojego tuningowanego Golfa? Wszystko zależy od targetu, do którego uderzasz. Jeśli jesteś dresem to metalówy lub hipsetrki nie wyrwiesz (chociaż z tymi drugimi to nigdy nic nie wiadomo w sumie). Widziałeś kiedyś metala idącego za rękę z dresiarą? Nie? A ja tak :P Nie zapominajcie o Nergalu i Dodzie. Jednak traktujmy to jako wyjątek potwierdzający regułę. Od tego wątku zgrabnie przechodzimy do kolejnej istotnej rzeczy.

Zlookaj dziunię

Zanim napiszesz przejrzyj profil osoby, na której się focusujesz. I nie chodzi tylko o sprawdzenie czy jest w związku i czy ma ładne fotki w albumach. Zobacz jej wpisy z ostatnich kilkunastu tygodni. Zrób sobie listę rzeczy, które lubi oraz te, których się brzydzi. Taka analiza SWOT jakby nie patrzeć.
Musisz być maksymalnie przygotowany do pierwszego kontaktu. Margines błędu jest naprawdę niewielki! Może się okazać, że dziewczyna pija tylko Desperadosy a Ty masz na profilu focię jak idziesz na imprezę z kratą Harnasi, którymi ona gardzi. Szczegół? Nic bardziej mylnego! Już jesteś stracony.
Przygotuj swój profil. Nie musisz pisać od razu, jeden dzień Cię nie zbawi (od tego jest Redtube). Jeśli dziewczyna ma 5 zdjęć w Starbucksie, a Ty jedno w CoffeHeaven to od razu je usuń. Potem idź do Starbucksa, zapoznaj się z jego menu, kup najdroższą kawusię i walnij #selfie z otagowaniem na Fejsa i Instagram.

Pierwszy kontakt

Dziewczyny dzielą się na dwie grupy: te nieświadome i te maksymalnie wyczulone. I za cholerę nie wiesz, do której piszesz. Dlatego też warto z góry założyć, że piszesz do takiej wyczulonej, która każdy kontakt od nieznajomego płci przeciwnej traktuje jako podryw. Nie wyskakuje z tekstem „Siema malutka” na dzień dobry. Odrobina szarmancji nie zaszkodzi.

Musisz być jednak świadomy pewnych ograniczeń technicznych. Pisząc do osoby, której nie masz w znajomych, Twoje wiadomości wpadną jej zapewne do folderu „inne”. Zapraszanie bez przedstawiania się do znajomych sukcesu nam nie wróży. Polecam (o ile nie jest to zablokowane w ustawieniach prywatności) skomentowanie zdjęcia bądź statusu i zapytanie się o jakąś pierdołę. Na przykład komentując zdjęcie z klubu „Podobno niezła muzyka leci w tym miejscu. Warto wybrać się tam w sobotni wieczór?”
Uwaga. Oczywiście drugie zdanie w tym komentarzu jest pułapką. Jeśli trafiłeś na maksymalnie wyczuloną dziewczynę (a takie przyjmujemy założenie) to uzna je jako zaproszenie i nici z dalszej konwersacji. Prawda jak łatwo się naciąć?
Jeśli już rozkminisz jakiś konkretny komentarz i doczeka się on odpowiedzi to przeszedłeś więcej niż połowę drogi! Zapewne niewiasta  przejrzała Twój profil i jest on na tyle spoko, żeby zaszczycić Cię odpowiedzią. Kolejny Twój krok to napisanie komentarza z prośbą o zajrzenie do skrzynki odbiorczej bo masz pytanie (broń boże nie pisz na jej profilu, że „masz do niej interes” bo zostaniesz wyśmiany przez jej koleżanki a koledzy się na Ciebie zasadzą). Możesz też z miejsca zaprosić do znajomości jeśli dziewczyna odpowiada Ci w mega pozytywny sposób. Zapewne przyjmie Cię – oczywiście na razie do znajomych ;-)

Na co uważać podczas podrywu na Facebooku:

- przejrzyj dokładnie wszystkie zdjęcia. Nie ufaj tym, które pokazują tylko twarz lub są ewidentnie dotknięte magią Photoshopa lub innego filtra z Instagrama. Jak się zabezpieczyć i dokonać weryfikacji? Ustaw się z nią na wideo rozmowę na Skype lub Google Hangouts.

- sprawdź czy jest w związku. To, że jest, nie znaczy, że nie jest Tobą zainteresowana. Oczywiście większe szanse masz u takiej dziewczyny jeśli, paradoksalnie, i Ty jesteś zajęty. I na odwrót – są pary, które nie obnoszą się ze sobą w social media. Dlaczego? Bo lubią mieć otwartą furtkę ;-)

- dziewczyna może preferować swoje koleżanki. Nie pohandlujesz wtedy, więc to uszanuj i oszczędź sobie (i jej) czasu na próby namawiania na trójkąt.

::

Oczywiście ten wpis nie wyczerpuje tematu, ale mam nadzieję, że pomoże komuś się poznać i będą z tego dzieci. To jest mój wkład w rozwój cywilizacji na Ziemi ;-)

Jeleń czy stażysta?

Czy darmowe praktyki lub staż to zło i wykorzystywanie czy może szansa dla młodego człowieka? Jak uniknąć tego pierwszego? Bazując na własnym doświadczeniu postaram się Wam chociaż trochę podpowiedzieć.


Cała dyskusja na temat praktyk i staży nie jest czymś nowym – jednak co pewien czas wyłania się z odmętów internetu niczym potwór z Loch Ness. I dobrze. Co roku, każda branża jest zasilana nowym naborem, który stawia pierwsze kroki w karierze. Mimo to, za każdym razem irytują mnie ludzie, którzy uważają staże i praktyki za wykorzystywanie rzucając argument typu „za mój poświęcony czas należy mi się wynagrodzenie”. Często mam ochotę odpisać im, aby pierdolnęli się w głowę. Dlaczego? Odpowiedź poniżej.

Bezpłatny staż

Zaskakująco wiele osób uważa je za wyzysk ze strony firmy. Sorry, ale jeśli nie masz doświadczenia to jesteś głównie obciążeniem. Wszystko trzeba Ci tłumaczyć, poprawiać po Tobie itp. To zajmuje czas pozostałych pracowników, którzy mają na głowie projekty. Jesteś noobem i nawet nie pozwolą Ci się zbliżyć do klienta. Nie zarabiasz też nawet na swoje biurko i kawę, którą chlasz cały dzień, więc się nie dziw, że nie dostajesz pieniędzy na konto.

W takiej branży jak reklama i marketing nie każdy się sprawdza. Umiejętność pracy w grupie i pod presją czasu są niezwykle istotne i niech Ci się nie wydaje, że to potrafisz, dopóki nie spróbujesz. Równie ważna jest dokładność i sumienność. Mój pierwszy staż trwał blisko pół roku, z czego 3 miesiące były za free. Odbyłem go w małej agencji reklamowej, która do tej pory istnieje i ma się dobrze. Co ciekawe, nie robią digitalu. Następnym stażem było Ogilvy Interactive, gdzie przez 3 miesiące zarabiałem 500 pln brutto za pełny etat. Dostanie się na ten staż, pomimo odbycia już jednego, nie było takie łatwe. Musiałem przygotować prezentację na temat cloud computingu. I udało się – prezentacja była sumiennie przygotowana co spodobało się dyrektorowi działu client service.

W sumie 9 miesięcy różnych praktyk i staży zanim zostałem zatrudniony na stałe w Ogilvy na stanowisku junior project managera. W międzyczasie byłem jeszcze na stażu w agencji zajmującej się szeptanką. Podziękowali mi po dwóch tygodniach, za co w sumie jestem im wdzięczny bo zamiast oszukiwać ludzi na forach internetowych zacząłem pracować na takich klientach jak IBM czy Whirlpool.

Drabina kariery

Mam dla Was smutną wiadomość – nie da się wspinać kilka stopni na raz. A jeśli nawet, to sami sobie robicie krzywdę. W moim przypadku musiałem odbyć staż w mniejszej agencji, żeby dostać staż w sieciowej, gdzie musiałem się sprawdzić, aby dostać najniższe z możliwych stanowisk. Nauczyło mnie to pokory, organizacji pracy, wytrwałości i cierpliwości. To prawda: w marketingu i reklamie nie zarabia się mało, najczęściej jest to powyżej średniej krajowej. Dlatego też kilka miesięcy poświęcone na staże i praktyki szybko sobie finansowo można odbić. O ile jesteście dobrzy.

Oczywiście niektórym udaje się szybciej i więcej. Nie patrzcie na nich, nie starajcie się podążać ich drogą na siłę. Cierpliwie realizujcie swój plan. Prawda wygląda tak, że ponad połowa ofert staż i praktyk daje realną szansę stałego zatrudnienia.

Jeleniem być

Jak unikać tych nielicznych miejsc, w których szuka się jelenia? Zazwyczaj są to małe agencje, które balansują na skraju rentowności. Po drugie staże i praktyki dłuższe niż 3 miesiące dają jasny sygnał, że coś jest nie tak. Wyjątkiem są mega znane firmy czy agencje, które po prostu warto mieć w CV.

Oczywiście czasami trzeba być jeleniem przez pewien czas, aby mieć lepsze argumenty w rozmowie w poważnej firmie. Jednak nie polecam zbierania 2 lub 3 miesięcznych staży w nieskończoność – może to zostać zinterpretowane jako oznaka naszej niekompetencji. Skoro nikt nas nie chciał na dłużej, to znaczy, że po prostu się nie nadajemy.

Pracować, nie zarabiać

To jest prawdziwa plaga. Żeby otrzymać należne nam (niemałe) wynagrodzenie musimy, mówiąc wprost, zapierdalać i przynosić zysk firmie. Za samo siedzenie przed komputerem i picie kawy nikt nie da nam pieniędzy. Najpierw wykonajmy przynajmniej 100 proc. tego co do nas należy, a potem wyciągajmy dłoń.

::

Jak widać najwięcej zależy od nas samych. Dobrzy, pracowici ludzie dostają to, na co zasługują. Muszą wykazać się tylko odrobiną cierpliwości. Cała reszta zasługuje na karną miotłę i niech idzie zamiatać ulicę. Przynajmniej będzie z tego jakiś pożytek dla pozostałych.

Jakie są Wasze doświadczenia ze stażami i praktykami? Piszcie w komentarzach!

Multitasking na ASAPie

Gdy Twoja lista „to do” zajmuje już na początku dnia całą kartkę, to wiedz, że coś się dzieje. I to źle się dzieje. Nie tylko dla Ciebie, bo znowu na koniec dnia nie będziesz wiedział jak się nazywasz, ale również dla Twojego pracodawcy. Dlaczego?

Multitasking (robienie wielu rzeczy czy projektów jednocześnie) i ASAP to dwie frazy, które coraz częściej określają naszą pracę – zwłaszcza w takiej branży jak marketing i reklama. Ja rozumiem, że mamy kryzys (chociaż dla niektórych stał się on wyłącznie dobrą wymówką), ale wszyscy wpadamy przez to w bylejakość tego co robimy.

Bo jak możemy nazwać sytuację, gdy prowadzimy kilkanaście różnych projektów, które są „na już”? Jedyne co nam pozostaje to wypychać wszystko, tylko po to, aby nie dostać zjeby od szefa. A wypychamy rzeczy zrobione na 60 procent lub, przyjmując skalę szkolną, na tróję z minusem. Czy z takimi ocenami w szkole bylibyśmy wyróżniającym się uczniem? Czy z taką jakością pracy firma wyróżni się na tle konkurencji – klasy?

Nie.

Sukces oraz rozwój przynoszą projekty zrobione na 110 procent lub na przynajmniej piątkę z plusem. Trochę boli, że dziś (jutro zapewne też) jakość jest tak cholernie deficytowym towarem. Jakości sukces zawdzięczają takie firmy jak Apple, Facebook, Google, czy Microsoft. Również My, szeregowi pracownicy, chcemy odnosić sukcesy. Marzy nam się zrobienie projektu od A do Z, z którego będziemy absolutnie zadowoleni. Chcemy czuć, że to co robimy jest ważne. Zamiast tego działamy często na oślep, ufamy swojej intuicji zamiast zrobić rzetelny reaserch przed każdym krokiem, czy zadaniem, które mamy wykonać. A najzabawniejsze jest to, że coraz częściej takie działanie na oślep nazywane jest w branży doświadczeniem. WTF??!!

W rozmowach kwalifikacyjnych częściej pyta się o to „doświadczenie” zamiast o przeprowadzone projekty. Miałem przyjemność przeprowadzić kilka takich rozmów. Niemal każdy, pewny siebie, młody człowiek wypierdala się na pytaniu „Jaki projekt przeprowadziłeś ostatnio i jesteś z niego zadowolony”.
Jedna z moich ulubionych odpowiedzi jaką otrzymałem to „prowadziłem parę miesięcy duży fan page czipsów”.

Sorry, ale z takim nastawieniem to ani My, ani firmy, ani nasz kraj daleko nie zajedziemy.

::

Obrośliśmy w maile i rozmowy telefoniczne. Wydają nam się nierozłącznym elementem naszej pracy. Nie mamy problemu z tym, że skrzynka mailowa i telefon stają się narzędziami, które zamiast nam służyć i pomagać kradną nasz czas. Jesteśmy ich niewolnikami.

::

Pracodawcy chwytają się każdej rzeczy, która przyniesie choćby minimalny przychód i korzyść firmie. Nie za bardzo przejmują się kalkulacją poświęconego czasu do zysków. W końcu to czas ich pracowników, a nie ich.

::

Do napisanie tego wpisu zainspirowały mnie rozmowy, które przeprowadziłem z wieloma osobami, również spoza Polski. Najsmutniejsze jest to, że wszyscy widzą problem, ale nikt nie jest w stanie z nim walczyć. Dlaczego? Ponieważ potrzebna jest gruntowna zmiana mentalności i kultury pracy.

No ale kiedy się za to zabrać, skoro trzeba na jutro oddać dwa inne projekty?

::

Mądrość na dziś:
Jeśli ktoś nie przeklina to znaczy, że nie widzi co się wokół niego dzieje.”