Forex jak marketing

Od kilku tygodni spekuluje na rynku Forex na koncie demo. Z biegiem czasu zacząłem zauważać podobieństwa łączące Forex z marketingiem online. Jak się okazuje te dwie, zdawałoby się odległe, dziedziny mogą napędzać się wzajemnie.

Na rynku Forex możemy spekulować na parach walutowych, surowcach, akcjach. XTB udostępnia ponad 500 takich instrumentów. Oczywiście każdy z nich rządzi się własnymi prawami, ma swoją charakterystykę, w różnym stopniu jest podatny na sytuację rynkową czy dane makroekonomiczne. Dlatego też opanowanie wszystkich instrumentów na poziomie ekspert i ich śledzenie jest wręcz niemożliwe. Większość traderów wybiera sobie kilka, na przykład, par walutowych, o których ma wiedzę absolutną. Dzięki temu jest w stanie na nich spekulować z sukcesami (albo przynajmniej nie tracić ;-). Oczywiście każdy może spekulować na wszystkim, ale będą to działania intuicyjne, w mniejszym stopniu podparte wiedzą.

Marketing online również ma swoje instrumenty – narzędzia takie jak reklama display, e-mail marketing, retargeting, adwords, reklama na Facebooku, LinkedIn, Twiterze, remarketing, RTB, sieci afiliacyjne i tak dalej. Znając się na każdym z nich „po trochu” nie osiągniemy sukcesu ponieważ nie będziemy w stanie wyciągnąć największych konwersji, ROI czy CTRów. Podobnie jak na rynku Forex lepiej się wyspecjalizować.

Real time work

To czyni spekulację i działania marketingowe jednymi z najbardziej stresujących zajęć. Wymagają od nas ciągłej obserwacji wyników, danych i czekania na najlepszy moment do podjęcia działań. Za tym idzie działanie na ułamkach procentów (optymalizacja kampanii z CTR 0,5 proc na 0,6 proc. może decydować o tym, czy ROI będzie ponad 100 proc.) lub na pipsach, czyli minimalnych zmianach kursów.  Już nie wspomnę o monitoringu działań w mediach społecznościowych…

Możemy też zapomnieć o pracy na ośmiogodzinnym etacie. Podobnie jak internauci są online 24/7, tak rynki na całym świecie również działają nonstop. Giełda w Japonii startuje w nocy polskiego czasu, rano startuje ta w Europie, a po południu rusza Wall Street zamykając się przed północą w Polsce. 

Nic nie jest dane na zawsze

Zwłaszcza to, czego już raz się nauczyłeś. Branża interaktywna ciągle się zmienia, zmieniają się też ludzie i ich przyzwyczajenia. Powstają nowe narzędzia, które pozwalają na jeszcze dokładniejsze targetowanie. Pamiętajmy, że popularne serwisy społecznościowe również się zmieniają – dosłownie z dnia na dzień.
Forex to przede wszystkim działania w oparciu na danych ekonomicznych jak i analizie technicznej. Jednak rynek nie zawsze zachowuje się w ten sam sposób na te same bodźce. Te same układy świec na wykresie kursu danej waluty nie muszą oznaczać takiej samej reakcji rynku za każdym razem. To, że Apple ogłasza słabsze wyniki za ostatni kwartał nie jest równoznaczne ze spadkiem kursu ich akcji.

Czynnik ludzki

Czy to w działaniach marketingowych czy na rynku Forex, zawsze nasze działania finalnie mają wpływ na prawdziwych ludzi, których zachowania nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Możemy się tylko domyślać jak klientom spodoba się nasza nowa reklama na Facebooku i czy będzie miała wysoką klikalność. Podobnie na rynku Forex, nie wiemy jak zachowają się tysiące traderów, jak oni zinterpretują te same dane, które są dostępne dla nas.
W obu przypadkach musimy starać się przewidywać przyszłość.

::

Czy widzicie jeszcze jakieś podobieństwa branży marketingowej i rynku Forex? Piszcie w komentarzach – najlepsze nagrodzę książkami!

::

Jeśli chcesz poczytać o rynku Forex to zapraszam do Akademii XTB, gdzie znajdziecie najważniejsze informacje.

 

Jak mieć dużo wyświetleń na blogu?

Wyświetlenia to Święty Graal blogosfery, marzenie tysięcy blogerów… Jak go zdobyć?


Lubię sobie tłumaczyć, że czytelnicy Why so social są jak Spartanie: nieliczni, ale odważni i silni. Każdy z nich równa się 10 innym czytelnikom/wojownikom. I to mi się podoba, chcę być Waszym Leonidasem!

Jednak zdaję sobie sprawę, że większość blogerów, otwarcie lub skrycie, pragnie być bożyszczem setek tysięcy czytelników. Dążą do tego w pocie czoła, pisząc notki, robiąc focie i spamując linkami gdzie się da. Moja Sparta jest bezpieczna, więc mogę się podzielić kilkoma wskazówkami, jak tego dokonać. Oczywiście wszystko w krzywym zwierciadle.

Społeczeństwo jest płytkie

I płytkich teksów też oczekuje. Rośnie klasa średnia, dla której ważne jest to jak człowiek wygląda, ile ma pieniędzy, czy ma władzę. Są to rzeczy, które można ocenić od razu. Żeby poznać czyjś intelekt należy poświęcić więcej czasu i wysiłku.

Rada #1. Nie sil się na mądre teksty, gruntowne analizy. Michał Szafrański i jego blog jest wspaniałym wyjątkiem, który wymaga absolutnego poświęcenia i wielu lat doświadczenia, którego Tobie najprawdopodobniej brakuje, skoro szukasz odpowiedzi na pytanie jak pisać, żeby było dużo odsłon. Pisz o nowym iPhonie, o swojej podróży samolotem czy modzie na zapuszczanie brody. Łatwe dla Ciebie, lekkie i przyjemne dla czytelników.

Emocje głupcze!

Ludzie lubią się ekscytować, szukają stymulacji, pobudzenia. Twoje teksty powinny im to dawać! Jeśli chcesz mieć dużo wyświetleń, to Twój blog powinien im dawać rozrywkę.

Rada #2. Pisz o aktualnych tematach. Wypowiedz się jeszcze tego samego dnia o zwycięstwie Conchity Wurst, czy nastolatce, która uważa Tuska za zdrajcę. Pieprzyć to, że w obu tematach możesz zaoferować wyłącznie swoją opinię. Opinia jest jak dupa: każdy ma swoją i każdy lubi ją pokazywać.

Rada #3. Ludzie szukają raczej potwierdzenia tego co myślą. Więc prędzej udostępnią Twój wpis z komentarzem „Zgadzam się z autorem!” niż „Co on pieprzy?”. Nie idź pod prąd broń boże. Pamiętaj, że Twoim celem jest duża liczba odsłon, więc musisz dawać to, czego chce większość. 

Tytuł pod pozycjonowanie

Rada #4. Nie sil się na wybitne tytuły swoich wpisów. Nie szukaj na siłę tematów. Wejdź na Google i zacznij wpisywać frazy typu „Jak zrobić dobrze…”, „10 sposobów na…”, „Dlaczego warto…” i patrz jakie daje sugestie wujek Google. Wybierz sobie temat, przeczytaj ze trzy podobne wpisy, dodaj swoją dupę (opinię) i gotowe.

Kominek w sierpniu 2011 napisał test „Jak zrobić loda” i nadal utrzymuje się na pierwszej stronie wyników wyszukiwania na tę frazę. Można? Można! Pomyśl ile napalonych nastolatek w ten sposób ściągnął na swój blog ;-)

Nie musisz mieć piątki z polskiego
Jeśli nieskładnie, zapominasz przecinków, albo budowa zdań u Ciebie leży to nie masz się czego obawiać. Większość z nas nie potrafi dobrze pisać. Jesteśmy spaczeni nowomową internetową pełną skrótów myślowych i dwuznaczności. Zdania wielokrotnie złożone to często próg nie do przeskoczenia. Pisz zatem jak większość – będziesz im bliższy.

Rada#5. Składnia składnią, ale ortografy popraw bo zawsze się znajdzie ktoś, kto Ci to wypomni w komentarzach. Nie jesteś zapewne Grzesiem Marczakiem i u Ciebie to nie przejdzie. Wrzuć tekst przynajmniej w Worda i niech Ci podkreśli błędy. Trzy minuty roboty, a tyle dobrego.

Chwal lepszych, pomagaj słabszym

W blogosferze już tak jest, że dobrze mieć szerokie plecy. Dlatego bij pokłony przed tuzami, czytaj ich, komentuj, zaznaczaj swoją obecność. Zachęć ich do tego, żeby weszli na Twój blog i być może coś udostępnili swoim czytelnikom na fan page’u czy Twitterze.
Chwal też tych, którzy zaczynają, wspieraj ich, angażuj się w szkolenia. W ten sposób dajesz coś od siebie, a jak wiadomo dawanie jest formą manipulacji. Będą czuli wobec Ciebie potrzebę rewanżu, na przykład poprzez udostępnianie. Pomóż 10 takim blogerom, nawet jeśli każdy z nich ma 5 razy mniejszą widownię od Ciebie.
Przykład? Coroczny wpis Kominka i działania edukacyjne Maćka Budzicha.

Rada#6. Rób co pewien czas podsumowania blogerów, których czytasz, oznaczaj ich, linkuj do ich blogów. Potem pochwal się takim wpisem na Facebooku i Twitterze, nie zapominając oczywiście z oznaczeniem wszystkich, których umieściłeś w swoim podsumowaniu.
Nie zapominaj też o regularnym #FF na Twitterze!

::

Mam nadzieję, że moje rady choć trochę Wam pomogą :-) Proszę udostępniajcie je dalej, żeby dotarły do jak największej liczby osób. Dziękuję!

Stay sick, stay social.

Jak smakuje branża doktorze Lecter?

Specjalnie dla Was: wywiad z Hannibalem Lecterem. Porozmawialiśmy o życiu, serialu i branży social media w Polsce. Oczywiście rozmowa odbyła się przy kolacji w domu doktora.

Siedzę przy stole i czekam na rozmówcę. Mój wzrok przyciąga platera z idealnie ułożonymi, świeżymi owocami. W ich kompozycji jest coś niepokojącego. Efekt ten potęguje odbijające się od nich światło czterech świec, które są głównym źródłem światła w jadalni doktora Lectera. W coolerze stoi butelka białego wina, którego nazwy nie jestem nawet w stanie wymówić.

W drzwiach łączących jadalnie z kuchnią pojawia się Hannibal trzymając dosyć pokaźną tacę. Jeszcze nie jestem w stanie dostrzec co na niej jest, ale gospodarz natychmiast zaczyna opisywać dzisiejsze danie główne…

Jajko jest uznawane w kulturze chrześcijańskiej jako symbol nowego życia – rozpoczyna swój wywód doktor Lecter. W Chinach natomiast mamy do czynienia z potrawą znaną jako „stuletnie jajka”. Przygotowanie ich wymaga czasu. Kacze jajka wkładamy do metalowego pojemnika z gliną zmieszaną z niegaszonym wapnem, solą, listkami herbaty oraz łuskami ryżu i kawałkami słomy ryżowej. Szczelnie zamykany i odstawiany na okres około stu dni. Podczas procesu gaszenia wapna jajka się gotują. Skorupka zabezpiecza je przed zepsuciem. Smacznego.

Życząc mi smacznego doktor postawił tacę z posiłkiem na stole i otworzył chłodzącą się butelkę wina. Muszę przyznać, że zgniłe jajka nie brzmią zachęcająco, ale sposób ich podania sprawił, że wyglądają całkiem… hmm… apetycznie.

Łyk wina przed pomógł mi przełknąć pierwszą połówkę jajka. Coś co kiedyś rokowało, aby przekształcić się w życie, a teraz jest zgniłe, smakuje zaskakująco dobrze…

::

Why so social: Dziękuję za spotkanie doktorze. Ciągle jestem pod wrażeniem finału drugiego sezonu. Jak widać dobro nie zawsze zwycięża w serialach…

Hannibal Lecter: Czym jest dobro i zło?

Dwoma biegunami ludzkich zachowań, postrzegania przez nich świata.

Biegunami, które sami sobie narzuciliśmy. Żeby o tym nie pamiętać wierzymy, że podział pochodzi od Boga.
Wierzysz w Boga Arturze?

Nie

Więc możesz odrzucić koncept dobra i zła. Podobnie jak odrzucasz niesmaczny posiłek, czy ludzi, których uważasz za prostackich.

Odrzucając dobro i zło staje się społecznym pariasem, zrywam więzi, które łączą mnie z ludźmi.

Więzi, które Cię ograniczają. Masz szansę zbudować nowe – wypływające od Ciebie.

Mogę wtedy manipulować ludźmi…

Możesz pozbyć się ich wpływu. Możesz stać się wolnym człowiekiem Arturze.
Zastanawiałeś się nad tym?

Brzmi kusząco. Wyzwolić się od wpływu branży social media…

Zyskasz nową perspektywę. Wolność da Ci przewagę, będziesz mógł wznieść się wyżej.

Doktorze Lecter: jak smakuje branża?

[Hannibal Lecter pochłania niemal z czcią kolejne jajko]

Mogę tylko się domyślać. Poza nielicznymi wyjątkami nie spożywa się żywych posiłków.

Załóżmy zatem, że branża jest już martwa.

Smak mięsa zależy od tego jak zginęło zwierzę. Im więcej stresu i przerażenia, tym gorszy smak.

Twierdzisz zatem doktorze, że branża jest przerażona?

A nie jest?

Jeśli tak, to czym?

Myślę, że znasz odpowiedź na to pytanie Arturze.

[Tym razem to ja sięgam po chiński przysmak. Daje mi to kilka sekund na przemyślenie swojej odpowiedzi]

Przerażona jest swoim uwiązaniem i wynikającym z tego brakiem wolności.

Czy zatem też chcesz czuć się przerażony?

Przynajmniej moje mięso nie skusi amatorów

Trafna uwaga.

[Hannibal Lecter zajął się swoim kieliszkiem wina. Mam czas na zadanie kolejnego pytania]

Wróćmy do finału drugiego sezonu. Wiele osób czuje się nim zawiedziona…

A Ty?

Gdyby tak było, to nie dążyłbym do dzisiejszego spotkania.

Czemu do niego dążyłeś?

Uznałem Pana doktorze za ciekawego rozmówcę.

Tylko dlatego? A może szukasz w naszej konwersacji potwierdzenia swoich obserwacji?

Obserwacji dotyczących…

… osób, które poczuły się zawiedzione serialem. Co o nich sądzisz?

Wchodzimy na grząski grunt doktorze.

To znaczy, że jesteś pod ich wpływem. Powinieneś zwracać uwagę na to, co dla Ciebie jest istotne. Inspirujące do działania.

Czy serial o Hannibalu Lecterze może być inspirujący?

Tylko dla nielicznych.

To znaczy?

Nie grozi nam zjawisko o tak dużej skali jak „efekt Wertera”…

::

Rozmowa toczyła się jeszcze przez kilka godzin. Jednak jej treść zachowam dla siebie. Na kolejny wpis.

::

Źródło przepisu „stuletnich jajek”: pastereczka.blogspot.com

Why so forex: po pierwsze dyscyplina

 

Po co gram na rynku Forex? Co mi to daje? Czy można na tym zarobić?


Jak pewnie zauważyliście od 12 maja gram na Forexie dzięki uprzejmości X-Trade Brokers. Całe szczęście, że na koncie demo, bo pomimo pierwszych, udanych dni zaczynam ostro tracić. Z drugiej strony więcej się uczę gdy konto staje się szczuplejsze.
 

Po co gram na rynku Forex?

Żeby się sprawdzić, zmusić do wysiłku intelektualnego. Gram również dla wiedzy. W sumie połykając kolejne strony książek o rynku finansowym i wpływie różnych czynników na gospodarki największych krajów staję się świadomy kto tak naprawdę rządzi tym światem. Okazuje się, że jest na świecie kilku panów, przedstawicieli banków, którzy jednym, krótkim oświadczeniem są w stanie wiele namieszać. Strach pomyśleć jak któryś z nich zgubi telefon z zalogowanym Twitterem, a właściciel dla beki wrzuci status typu „Spodziewamy się osłabienia dolara i umocnienia euro. Stopy procentowe idą w dół w przyszłym tygodniu”.

Nie ukrywam, że dreszczyk emocji i radość z trafnych spekulacji też robi swoje.

Dyscyplina to podstawa

Wiedza jest ważna, ale jest niczym bez odpowiedniej dyscypliny i cierpliwości. Im bardziej ćwiczysz te cechy, tym mniej jest w Twojej grze przypadku. Warto opracować sobie konkretną strategię, której będziesz się trzymał w 100 proc. Nie możemy sobie pozwolić na otwieranie pozycji, czyli zakupie bądź sprzedaży instrumentu (waluty, surowca bądź akcji), gdy nie mamy do niej przekonania. Myślenie typu „kupie te złoto i zobaczymy co będzie” jest pierwszym krokiem do poważnych strat.

Nic też nie zastąpi doświadczenia. 40 minut szkolenia z Kacprem Gawrońskim, analitykiem XTB dało mi więcej niż kilka godzin spędzonych samotnie na grze. Zresztą polecam blog Kacpra – forex-time.pl.

Czy na Forex można zarobić?

Po pierwsze trzeba się nauczyć jak nie tracić. Umiejętne wyznaczanie trendów, sprawność w analizie technicznej wykresów i określanie właściwych stop loss i take pofit to podstawa. Dopiero wtedy możemy myśleć o zysku.

Powiedzmy sobie szczerze, gdyby na Forex można było łatwo zarobić, to każdy by na nim grał zamiast chodzić do pracy (spadła by produktywność w wielu krajach, co doprowadziłoby do katastrofy finansowej i… końca Forex ;-). Przy kapitale 5 tys. PLN na koncie, możemy spokojnie dziennie zarobić 200-300 PLN, grając bardzo bezpiecznie i wykorzystując krótkie wahania kursów. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że rynek działa przez około 20 dni w miesiącu, to mamy zysk w postaci średniej krajowej. Na nasze nieszczęście nie uda się to nam bez treningu na koncie demo i wyćwiczeniu wyżej wspomnianej dyscypliny.

Konkurs Forex! 

Mam dla Was 3 książki „Forex dla bystrzaków”. Otrzymają je osoby, które jako pierwsze odpowiedzą na pytanie:

Co poniższe dwa wykresy mają wspólnego, a co je różni?
Odpowiedź na to pytanie jest ważną częścią gry na rynku Forex!
Odpowiedzi wysyłajcie na aroguski84@gmail.com wpisując w tytule „Why so forex: konkurs”.
Wykres 1
Wykres 2

Których blogerów czytać?

Przedstawiam Wam moje, subiektywne zestawienie blogów marketingowych, które warto czytać. W przeciwieństwie do innych, podobnych zestawień tego typu, skupiłem się na autorach i ich doświadczeniu, a nie ładnym layoucie.

Dominik Kaznowski - prowadzi blog Networked Digital Age. Pisze na nim z dużą częstotliwością i o tematach, których próżno szukać u „młodszej blogosfery”. Prowadzi też blog o… blogach firmowych – blogifirmowe.com. Od kilku lat organizuje konkurs na najlepsze blogi prowadzone przez firmy. Można powiedzieć, że robił to, zanim to było modne (biorąc pod uwagę trwający „boom” na content marketing i owned media). W jednym z wpisów znajdziecie stale uaktualnianą listę ponad 300 blogów firmowych – warto się im przyjrzeć!

Dominik Kaznowski zaczął swoją przygodę z internetem (jeśli wierzyć LinkedIn) już w 2000 roku. Większość z nas było jeszcze prawiczkami i dziewicami, a Dominik był już vice CEO & CMO w IAB. Zresztą co ja będę opisywał – sprawdźcie profil na LinkedIn.

LinkedIn, Twitter

::

Rafał Skwiot – pisze na rafalskwiot.pl. Cenię sobie jego wpisy za ciekawe spojrzenie na podejmowane tematy. Często podważa podstawy, na których bazuje branża – na przykład niezrozumienie słowa „fakt”. Bez ogródek rozprawia się z PRem w Polsce. Brawo!

Zresztą co się dziwić. W pijarze siedzi od maja 2007. Pracował zarówno po stronie agencji, jak i klienta (nk.pl).

LinkedIn, Twitter

::

Marcin Kalkhoff – autor branddoctor.pl, regularnie prowadzonego bloga na temat tego co w branży się dzieje. Zarówno jeśli chodzi o social media, jak i rozgrywki na wyższych szczeblach (Omnicon i Publicis). Robi też swoje podsumowania (podobnie jak Pijaru Koksu), ale więcej w nich case study, kampanii i ciekawych wideo do oglądania.

21 lat doświadczenia w branży robi swoje. Wystarczający powód, żeby czytać.

LinkedIn, Twitter

::

Mikołaj Nowak – pisze na mikolajnowak.blogspot.com. Pierwszy wpis datowany na … 2001 rok (polecam zobaczyć o czym był ;-). Potem 8 lat (!) przerwy, pisanie co kwartał i eksplozja twórczości w 2013. Dość powiedzieć, że w tym roku trzasnął już 51 notek. Co lubię we wpisach Mikołaja? Nie szczypie się, potrafi spojrzeć z innej perspektywy, wyciąga syf na powierzchnię.

W 2005 zaczynał w Grono.net. Potem spędził sporo czasu w Onecie, od dwóch lat Fakty TVN.

LinkedIn, Twitter

::

Artur Roguski – zaczynał we wrześniu 2010 jako stażysta w Ogilvy Interactive. Wytrzymał tam nieco ponad rok. Potem przez rok szlajał się po różnych agencjach social media (w tym „Lubię to”). Obecnie, od lutego 2013, pracuje w branżowym magazynie „Brief”. W sumie jakieś 3 i pół roku doświadczenia.

Czytelniku, cieszę się, że do mnie zaglądasz. Dziękuję Ci, że chcesz poczytać to, co mam Ci do przekazania, ale jeśli Twój pęd wiedzy jest silny, proszę odwiedzaj regularnie również 4 powyższe blogi.

Z treści, które są w nich zawarte przemawia wieloletnie doświadczenie ich autorów, a nie chęć autolansu i pisania pod wyszukiwarki…

Budowanie relacji: nowy cykl wpisów

Budowanie relacji

Nowy cykl na blogu! W kilku kolejnych wpisach postaram się przyjrzeć efektywnym sposobom budowania relacji z klientami i konsumentami. Obserwuj fan page oraz blog Why so social.

Zacznijmy od zdefiniowania słowa „relacja”. Według najprostszej definicji jest to „odzwierciedlenie oddziaływania między dwoma bądź większą liczbą podmiotów, przedmiotów, cech itp” (źródło: niezawodna Wikipedia). Oczywiście relacja może zachodzić również pomiędzy klientami (konsumentami) a marką czy dostawcą usług. W marketingu w odniesieniu do tych podmiotów używamy określenia „budowanie relacji”. Owe budowanie relacji stało się ostatnio bardzo popularnym konstruktem. Został on wybudzony z letargu niczym Godzilla, która zetknęła się z promieniotwórczymi odpadami.

Relacje istniały od zawsze

Już pomiędzy pierwszymi ludźmi tworzyły się relacje. Przejawiało się to poprzez tworzenie się struktur pierwszych społeczności, kast, ogłaszaniu pierwszych przywódców i tak dalej. Były to czasy gdy owe relacje budowało się wyłącznie twarzą w twarz – często z użyciem przemocy, a elementem wzmacniającym był strach.

Potem nadeszły czasy marek i korporacji. I w sumie nic się nie zmieniło. Podmiot/osoba/organizacja, która tworzyła pewną relację (najczęściej poprzez dominację) maksymalnie ograniczała wpływ jaki relacja na nią miała. Szlachcic wymagał od chłopa pańszczyźnianego, ale sam nie dawał więcej niż kawałek ziemi pod uprawę. Globalne korporacje wymagają od swoich klientów, aby ci kupowali ich produkty, ale są głusi na ich uwagi i potrzeby….

Odwrócenie relacji, czyli konsumenci u władzy

Ratunkiem dla firm, które zaczęły być postrzegane jako krwiożercze bestie, był przez pewien czas pomysł na budowanie wizerunku.

„Hej! Patrzcie jacy jesteśmy troskliwi i współczujący! Cały jeden procent naszego zysku przekazaliśmy na walkę z rakiem. Wow!”

Pierwsze koty za płoty jak to mawiają, ale potrzeba dbania o wizerunek była pierwszą oznaką tego, że powoli konsumenci zyskują władzę i mogą się wypiąć tyłkiem do marki ;-) Oczywiście ktoś może powiedzieć, że dbanie o swój wizerunek zaczęło być przewagą na coraz bardziej konkurencyjnym rynku, ale wolę naiwnie wierzyć w tą drugą, optymistyczną wersję.

Obecnie każdy z nas ma setki tysięcy produktów do wyboru. Dzięki temu może dokonać zakupu tych dóbr lub usług, które są dla niego optymalne. Szybciej też zmieniamy swoje preferencje, a względnie dobry stan naszych portfeli pozwala nam na próbowanie i eksperymentowanie z nowymi produktami… Dorzućmy do tego niemal natychmiastowy przepływ informacji dzięki rozwojowi technologii takich jak internet czy mobile i mamy w rezultacie szachownicę z olbrzymią liczbą różnych figur i możliwych strategii do wykorzystania.

::

Jak się w tym odnaleźć? Jak budować relacje z konsumentami przy wykorzystaniu internetu? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w następnych wpisach cyklu „Budowanie relacji”, który zagości na Why so social.

Chętnych do współtworzenia cyklu zapraszam do współpracy.

Dlaczego NIE warto prowadzić bloga

Obserwujemy od kilku lat wysyp blogerów. Każdy chce pisać, każdy myśli, że w ten sposób ułoży sobie życie i będzie zarabiał więcej niż na nudnym etacie w firmie. Kominek swoimi książkami i rankingami skutecznie ten płomień nadziei podsyca… W ten sposób mamy blogerów kulinarnych, modowych, lifestylowych, marketingowych itd. Obok siedzą też tak zwani youtuberzy/vlogerzy. Poniższym wpisem chce się wyłamać z pewnej konwencji i podzielić się z Wami powodami, dla których nie warto się zabierać za pisanie bloga…

Stara, dobra, biznesowa prawda mówi, że im szybciej zapełnimy lukę w potrzebach konsumentów (tak – nasi czytelnicy, to nasi konsumenci), tym większa szansa na osiągnięcie sukcesu. Mam wrażenie, że wiele osób na fali entuzjazmu o tym zapomina. Blogerzy są już prawie na górze swoich wyników jeśli chodzi o liczby wyświetleń. Nie łudźmy się, że społeczeństwo porzuci portale horyzontalne czy serwisy WWW czołowych mediów. Poza tym firmy zaczynają tworzyć z sukcesami swoje media, tak jak na przykład Play czy PZU. Blogerzy dostali swój kawałek tortu i na talerzyku zostały już tylko okruchy…

Nikogo nie obchodzi co myślisz

W internecie jest tyle treści, że oprócz grupki Twoich znajomych i rodziny nikt nie będzie czytał Twoich wypocin. Zwłaszcza jeśli jest to forma pamiętnika, czy emocjonalnych wpisów na zasadzie to mi się podoba, a to nie. Taka treść nie ściągnie do Ciebie czytelników w liczbie gwarantującej Ci zarobek czy chociażby prezenty.

Nie pisz, jeśli nie jesteś ekspertem w jakiejś dziedzinie

Najpierw zdefiniujmy słowo ekspert. To osoba, która pół życia poświęciła na poznanie jakiejś dziedziny lub ćwiczenie pewnych umiejętności. Ekspertem nie jest natomiast ktoś kto pracuje w branży ledwo 2-3 lata i czyta serwisy zza „Wielkiej Kałuży”. To też nie jest wannabe kucharz, który nie skończył technikum kulinarnego albo dziewczynka losowo łącząca ciuchy z second handów.

Sam siebie też nie uważam za specjalistę czy eksperta w dziedzinie marketingu. Może za 5, ciężko przepracowanych lat, tak o sobie powiem zachowując czyste sumienie (więc po co pisze bloga ;-).

Nie będąc ekspertem w sumie nie masz za bardzo o czym pisać, a jeśli już coś naskrobiesz to nie będzie to miało jakiegokolwiek potwierdzenia w Twoich działaniach. Ot, takie „nie znam się to napiszę o tym na blogu”.

Daruj sobie jeśli Twoje życie polega na siedzeniu na dupie przed komputerem

Serio. Nie ważne czy piszesz, czy nie, liczy się aktywność, uczestniczenie w różnych wydarzeniach, spotykanie ludzi, uściski dłoni i wódka, którą z nimi wypijesz. Inaczej jesteś tylko smutnym i zakompleksionym człowieczkiem. Kominkowi się udało w ten sposób, ale na drugiego „piecyka” ludzie już się nie nabiorą. Zresztą on już pewien czas temu wstał od komputera i krąży po świecie zdobywając znajomych i materiał na kolejne wpisy.

Ludzie chcą historii od ciekawych osób, które podróżują, robią wiele rzeczy, a co najważniejsze inspirują ich do działania. Przykład? Jacek Gadzinowski ze swoim blogiem i kanałem na Youtube.

Nie dla potulnych misiów i skromnych myszek

Charakter i wyrazistość. To zdecydowanie pomaga, jeśli umiesz to przelać „papier” (wpis na blogu). Czytelnicy kochają osoby szczere, które nie owijają w bawełnę, osoby, które uderzają mocno i nie boją się konsekwencji. Taki jest Michał Górecki, on się nie boi, nie wstrzymuje. Dzięki temu ma swój styl, z którego jest znany.

Blog, trochę naginając rzeczywistość, jest zwierciadłem duszy, którą wystawiasz na publiczny osąd. Jeśli w Twoim zwierciadle czytelnicy zobaczą mgłę marazmu, rozmyte linie i chociażby piksel szarego koloru to pójdą obejrzeć dusze innej osób.

::

No i co? Dalej myślisz, że pisanie blogaska to fajna sprawa dla każdego? Że to takie łatwe i zaraz posypią się gifty i pieniążki? Figa z makiem kolego i koleżanko. Najpierw musisz ruszyć tyłek i zainwestować w siebie jako człowieka. Wypieprzaj z domu, zwiedź swoje miasto, swój kraj, spróbuj egzotycznych potraw, zacznij uprawiać regularnie sport. Inaczej ludzie będą mieli gdzieś Twoje wypociny :*

Zwłaszcza, że takich jak Ty są już dziesiątki tysięcy…

::
Photo: Stuart Miles

Why so Forex

Pewien czas temu odkryłem nową zajawkę, hobby i wyzwanie jednocześnie. Chodzi o Forex, czyli rynek handlu na parach walutowych i surowcach. W zeszłym roku w konkursie XTB dla dziennikarzy i blogerów zająłem szóste miejsce i jako jeden z ośmiu uczestników byłem na plusie. Pora podjąć wyzwanie ponownie.

Tym razem zabrałem się do tego na poważnie i od kilku tygodni staram się chłonąć wiedzę dotyczącą poszczególnych rynków, instrumentów (czyli par walutowych, surowców) i strategii. Jest to ogrom informacji, które nie tylko trzeba posiąść, ale również na bieżąco łączyć ze sobą, aby podejmować możliwie szybko odpowiednie decyzje.

Forex to wiedza, emocje i doświadczenie

Wiedza jest pierwszą rzeczą, która decyduje o naszym sukcesie/porażce na rynku Forex. Kolejną jest nasz charakter. Tutaj nie ma miejsca na emocje – jest tylko zimna kalkulacja. Podobnie jak w hazardzie nie można liczyć na to, że kurs w końcu się „odbije”, a my będziemy przynajmniej „na zero”. Dlatego też często korzysta się z automatycznych zleceń typu stop loss albo take profit, które automatycznie zamykają nasze otwarte pozycje (zakupione pary walut, czy surowców). Stres i niepewność też nie jest naszym sprzymierzeńcem. Często kilka sekund opóźnienia w podjęciu decyzji może równać się olbrzymiej sumie pieniędzy zyskanej… albo straconej.

Pewien poziom wiedzy i opanowania emocjonalnego zamierzam zdobyć przed 12 maja, kiedy to zmierzę się po raz kolejny z Forexem. Wtedy zacznę też zdobywać trzecią rzecz niezbędną w mądrej grze, czyli doświadczenie. I nim właśnie zamierzam się dzielić z Wami na blogu w specjalnej zakładce, w której będę opisywał swoje dokonania oraz proces myślowy, który mną kierował.

Forex nie tylko dla zawodowców

Rynek Forex jest otwarty niemal non stop. Wcale nie trzeba cały dzień siedzieć przed komputerem i śledzić setki notowań. Wszystko zależy od strategii, którą przyjmiemy. Dzień otwiera rynek japoński. Po nim wchodzą giełdy europejskie i amerykańska, które przez kilka godzin działają równocześnie. Od tego zależy płynność poszczególnych walut oraz liczba dokonanych transakcji.

Wystarczy zatem, podobnie jak przy przygotowaniu harmonogramu wpisów na fan page na Facebooku, przygotować swój harmonogram gry w ciągu dnia (np. granie przez godzinę rano na jenach i po 18 na parach walutowych z dolarem). Jeśli możemy sobie w ciągu dnia pozwolić na godzinę lub dwie śledzenia rynku to spokojnie powinniśmy spróbować swoich sił w handlu euro. Najbardziej popularna para walutowa, czyli EUR/USD, charakteryzuje się małą liczbą nagłych i dużych wahań kursów, więc istnieje mniejsze ryzyko straty. No chyba, że mamy do czynienia z jakimiś nieprzewidzianymi zdarzeniami geo-politycznymi.

Dla zainteresowanych

Po pierwsze zapraszam do specjalnej zakładki „Why so Forex”. Po drugie na strony X-Trade Brokers: trading-academy.pl, świeżo założony blog.xtb.pl, oraz na platformę xsocial.xtb.pl, dzięki której można wybrać inwestora, którego ruchy będziemy kopiować. Fajna opcja dla osób, które boją się na początku podejmować własne decyzje ;-)

W trakcie mojej gry na Forex będę miał dla Was kilkanaście książek „Forex dla bystrzaków”, które omawiają najważniejsze rzeczy związane z handlem na tym rynku. Zapraszam zatem do komentowania, dzielenia się własnymi doświadczeniami itp. Liczę na Waszą aktywność!

Jak widać Michelle von Miśka książki się spodobały i też zaczyna „ogarniać” Forex ;-)

W międzyczasie trzymajcie za mnie kciuki i nie zapominajcie o hashtagu #whysoforex

Wkurzający warszawiacy

Format „co mnie wkurza” dobrze się klika. Niezależnie czy za cel obierzemy sobie blogerów, ludzi mediów, celebrytów czy przeciętnego Kowalskiego. Widzę, że blogerzy po fachu piszą takie rzeczy. Co z tego, że piach mi zgrzyta między zębami jak inni blogerzy grupami lajkują takie wpisy roznosząc je dalej jak wirus. Dziś ja zapuszczę swojego wirusa w świat. Będzie się składał z listy rzeczy, które wkurzają mnie w zachowaniu ludzi na ulicach Warszawy.

Zacznijmy klasyką polskiego jazzu, czyli zachowaniem podczas korzystania z usług transportu miejskiego…

Daj wysiąść człowieku

Mam ochotę kopać ludzi, którzy po otwarciu drzwi autobusu lub metra nie dość, że wpychają się nie czekając, aż wszyscy wyjdą, to jeszcze staną na wprost. Nie z boku – na wprost, żebym od razu na nich wpadł po wyjściu. Jeszcze się burzą jak im się zwróci uwagę. Kierowcy to nie złośliwe karły i poczekają, aż załadujecie swoje dupska do środka.

Uszanowanie dla kobiet

Pomimo, że używam słów nieparlamentarnych na co dzień, to jednak wchodząc do autobusu czy metra wpuszczam do środka najpierw przedstawicielki płci pięknej – te młode, i te starsze. Zabawa się zaczyna gdy korzystać z mojej uprzejmości zaczynają mężczyźni. WTF? Czy oni hodowali się w oborze ze świniami? Ba! Zdarzyło mi się, że wepchali się i… nie miałem już jak wsiąść do środka lokomocji.
Kiedyś nie wytrzymam i złapię takiego ciapka za kołnierz i pociągnę do tyłu. Tak dla opamiętania.

Królowie ruchomych schodów

Sprawa prosta: po prawej stronie stoisz, a lewą zostawiasz wolną bo może ktoś się śpieszyć. Jednak zawsze znajdą się dwie przyjaciółeczki, które muszą sobie pogadać albo para zakochanych koniecznie musząca się trzymać za rączki. Wiele razy uciekło mi metro przez takie lebiody.
Zastanawiające jest to, że niby tyle osób biega, jeździ na rowerach, ale i tak 3/4 wybiera ruchome schody zamiast zwykłych. Sportowcy pełną gębą!

::

Skoro już rozprawiłem się z ZTM to pora na kilka randomów:

Zjadłeś? Wyjdź i zwolnij stolik

Jak ja tego nienawidzę! Jest zima, wchodzę do kawiarni biorę ciepłą kawę z cynamonem, kanapeczkę i… nie mam gdzie usiąść. Rozglądam się jeszcze raz z nadzieją i co widzę? Przy trzech stolikach  pary, które kupiły sobie jedną jebaną kawę albo serniczek na dwie osoby i siedzą przy pustym kubku/talerzu gadając radośnie ze sobą. No cóż, staje przy ladzie z plecakiem, nie mam jak zdjąć płaszcza, ale wcinam. Cieszę się wątłą przyjemnością jedzenia i picia na stojąco. Kończę po 15-20 minutach, wyrzucam po sobie śmieci i co? I oni nadal tam siedzą! Nosz k….

Ja wiem, że pracownicy nie mogą wygonić, więc nie mam do nich pretensji. Ale to, że kupiłeś najtańszą, małą kawę za 8 PLN nie znaczy, że masz prawo zajmować stolik przez pół dnia! Zwłaszcza w zimie.

E-papierosiarze

Kolejni pieprzeni egoiści. On nie pali papierosa zwykłego, tylko elektronicznego! Dlatego nie widzi nic złego w tym, żeby puszczać dymki w hipermarkecie, w kolejce na poczcie czy na lotnisku. Dym to dym. Papieros to papieros. I nie – nie lubię słodkiego zapachu tej chemii, którą się raczysz.
W USA poszczególne miasta wprowadzają zakaz korzystania z e-papierosów w miejscach publicznych. Czekam na takie zakazy w Polsce.

Lamy i wielbłądy

Czyli ci, co plują na chodnik, po którym sami chodzą. Niektórzy nie zdają sobie sprawy zapewne ile razy sami wdepnęli w czyjąś flegmę. Ja nie mam zamiaru tego robić. Nie chodzi tylko o chłopaków typu dres, ale o starszych panów emerytów również.

::

Może jestem staromodny i cenię sobie życzliwość wobec ludzi. Swoiste bycie miłym i nieutrudnianie życia. Może idąc ulicami miasta patrzę co się wokół dzieje, czy kogoś nie potrącę, nie zajdę drogi.

A może ludzie to po prostu egoistyczne świnie? Wpis został napisany przez pryzmat Warszawy, nie rozgraniczając na Warszawiaków i przyjezdnych.

Czy spotykacie się z podobnymi zachowaniami ludzi? A może jest coś innego co Was wkurza w ludziach?

Trendy: fałszywe przepowiednie

Słów parędziesiąt na temat moich przemyśleń dotyczących pędzącego świata – trendów, nowości technologicznych, seriali i papierowej gazety przeczytanej bez pośpiechu w kawiarni.


Świat technologii, marketingu, nauki czy kultury zmienia się jak nigdy wcześniej. Akceleracja tego procesu ciągle postępuje. Rzeczy, wynalazki, które jeszcze 5-10 lat temu wydawały się całkowitą fantazją, możemy kupić obecnie w sklepie. Pytanie brzmi, czy nie powinniśmy zwolnić tempa.

Od dłuższego czasu obserwuje różne trendy czy urządzenia oparte o nowe technologie. Niektórymi z nich, mówiąc kolokwialnie, jaram się jak dziecko. Czy to Oculusem, czy pierścieniem do sterowania bezprzewodowego (Ring). Moim marzeniem jest postawienie sobie w pokoju 60 calowego Samsunga z zakrzywionym ekranem 4K. Smartfon i tablet to dla mnie norma, coś jak powietrze czy pudełko zapałek.

Do napisania o trendach skłoniły mnie dwa przemyślenia. Pierwsze z nich to „pryzmat Warszawy”, drugie dotyczyło seriali takich jak „Airwolf”, „Drużyna A” czy „MacGyver”. Uważasz, że oba przemyślenia są od siebie zbyt odległe? Jak to mawia Radek Kotarski „nic bardziej mylnego”…

Patrzenie przez „pryzmat Warszawy”

Chodzę na konferencje branżowe dosyć często. Rozmawiam podczas nich z dziesiątkami osób, które są bardzo blisko nowych technologii, oswajają je, są ich pierwszymi użytkownikami. W metrze czy autobusach większość osób dzierży w dłoni smartfone’a lub tablet. 95 proc. osób, które znam ma inteligentny telefon, ale według najnowszych badań TNS tylko (albo aż) 44 proc. Polaków jest w posiadaniu takiego urządzenia.

To znaczy, że żyję w bardzo niereprezentatywnej grupie.Wyprzedziłem jakieś 4/5 rodaków w tym technologicznym wyścigu. Wbrew pozorom tacy Włosi czy Francuzi są podobni do Polaków, ale nie do tej wiodącej garstki adapterów nowych technologii. Ich życie jest na tyle przyjemne, że nie czują potrzeby ścigania się z kimkolwiek, o cokolwiek. Mają czas i pieniądze, żeby kupić gazetę (taką na papierze), usiąść w kawiarni i ją w spokoju przeczytać.

W tym momencie, po raz pierwszy warto się zastanowić, czy ta akceleracja technologii jest nam potrzebna, czy jej chcemy, czy może jest nam na siłę wciskana?

Stare, dobre seriale

Zestawmy takie hity serialowe jak „Drużyna A”, „Airwolf” czy „MacGyver” chociażby z „Housem”, „Breaking Bad”, „Homeland” czy „Hannibalem”. Kto zgadnie czym te dwie epoki, koncepcje tworzenia seriali się różnią? Hmm?

Śmierć.

W „Drużynie A”, w każdym odcinku była rozpierducha na całego, podobnie w „Airwolfie”. Mimo to śmierć nie była częścią przedstawienia, krew była nieobecna. Teraz oglądając popularne seriale śmierć traktujemy jako niezbędny element fabuły. Tylko ta wyjątkowo brutalna, jak w przypadku „Gry o Tron”, potrafi nas wyprowadzić z pewnej homeostazy. Doszło do sytuacji gdy ogół społeczeństwa skupionego wokół pewnego serialu cieszył się, że dana postać została uśmiercona!

Jednak z drugiej strony takie seriale jak „Na Wspólnej” ciągle przyciągają w naszym kraju miliony widzów przed telewizory. Czy mają większą widownię w Polsce od np. „Breaking Bad” – nie wiadomo. Jeśli miałbym obstawiać to powiedziałbym, że tak.

::

Jest pewna grupa ludzi, która podąża za silnymi bodźcami. Jej członkowie aktywują się w sprzyjających okolicznościach, takich jak mieszkanie w dużym mieście czy dostęp do internetu umożliwiającego oglądanie popularnych seriali zza „Wielkiej Kałuży”. Ta grupa nie znosi pustki, dlatego też wręcz wymaga od firm, korporacji czy wydawców nowości. Nowości, które zapełnią pustkę i zapewnią im nowe, intensywne doznania. Nie ważne czy będzie to iPhone 9 czy kolejny sezon ulubionego serialu, w którym zginie kolejnych kilku bohaterów. Ciągle gonią, ciągle szukają. Wyrywają się przed szereg. Bardzo często ich motywacją jest zbudowanie wewnętrznego poczucia, że są lepsi. Ale wtedy okazuje się, że ktoś ma nowszy telefon, chodzi do bardziej elitarnych klubów… 

Ich życie, w większym niż u przeciętnego człowieka, stopniu opiera się o konsumpcję.

Właśnie ten podział jest przyczyną tytułowych fałszywych przepowiedni, które dotyczą trendów przyszłości oraz innowacji. Otóż jedna grupa, ta bardziej „konsumencka” tworząc nowe trendy (bo to najczęściej jest też ich „obowiązek”) zapomina o drugiej grupie. Tej szczęśliwie oglądającej „Na Wspólnej” i czytającej gazetę.

Aby trend przerodził się w rzeczywistość i na stałe zagościł w społeczeństwie potrzebna jest pewna masa krytyczna – większa niż technologiczno-konsumpcyjna czołówka społeczeństwa. Trend staje się czymś więcej dopiero wtedy, gdy trafi pod strzechy domów i zdobędzie serca odbiorców polskich seriali.

Serwisy typu trendwatching.com czy trendhunter.com aż kipią od nowych pomysłów i proroctw dotyczących przyszłości. Jednak czy na wszystkie jest miejsce w naszych życiach? Czy jesteśmy w stanie za tym wszystkim nadążyć? Jeśli ktoś z Was odpowie twierdząco to… trzymam za niego kciuki, żeby zmądrzał.

::

Każdy z nas słyszał o NFC (near field communication). Od dwóch lat mówi się o jego nagłej eksplozji, która objawi się tysiącami aplikacji i setkami niezmiernie udanymi kampaniami reklamowymi. Nic takiego jeszcze się nie stało…

Co z Google Glass? Pomijając fakt, że technologicznie to nie jest jeszcze to czego się spodziewamy to czy przeciętnemu użytkownikowi smartfona z internetem są one potrzebne? A co z barierą psychologiczną? Wiele osób nie czuje się komfortowo gdy ich rozmówca ma na nosie okulary Googla (stąd zapewne firma zaczęła intensywne prace nad soczewkami).

Czy spacerując po centrach handlowych chcemy, aby nasz telefon był atakowany informacjami, że właśnie minęliśmy buty w promocji lub koszulę w kratkę? Nie wiadomo. Dlatego też iBeacony mogą popaść w zapomnienie równie szybko jak zostały wyniesione pod niebiosa.

Jaki więc jest morał z tego przydługiego wpisu?

Ano taki, że trendy to zazwyczaj egoistyczne i egocentryczne zjawiska. I tylko te, które od podstaw są nastawione w 100 procentach (nie w 90, czy 95) na dogodzenie przeciętnemu Kowalskiemu, mają szansę zagościć w domach setek milionów osób na dłużej. Bo jedyne czego chce człowiek to tak naprawdę spokój i wygoda.

::
Photo: KROMKRATHOG
Stay sick, stay social!
Artur Roguski